Zwycięstwo demokracji.

Autor: Bartłomiej Baryła

 

Podobno demokratyczne rządy są najlepszym ustrojem, jaki jest znany ludzkości. Ustrój dla małych społeczności jest jednak po modyfikacjach adaptowalny dla ogromnych narodów. Demokracja to nie tylko ustrój polityczny. To także, a może przede wszystkim, kultura polityczna, która niesie ze sobą więcej znaczeń niż tylko powszechne glosowanie. Ustrój demokratyczny, by działać, potrzebuje świadomego swoich praw obywatela. Człowieka racjonalnego i myślącego. Obywatela, który wyraża swoje wątpliwości i okazuje swoją wolę. To on jest prawdziwym ustawodawca. Od niego zależy kształt i kierunek państwowej polityki. Łatwo zarzucić temu rozumowaniu idealizm, lecz to właśnie droga obywatelskiego zaangażowania jest najbardziej skuteczną drogą wpływania na rządy w okresach pomiędzy wyborami.Wybory to nieustający konkurs, w którym wybieramy najlepszych kandydatów do sprawowania urzędu. Niestety jest to tylko założenie, które w praktyce rzadko ma miejsce. Wybory w erze massmediów to nieustająca walka miedzy populizmem i rzetelnością, w której zwycięstwo tej drugiej jest nieczęste. Racjonalne argumenty nie są cenione bardziej niż prostackie odzywki a rzetelny program nie pokona kilku populistycznych haseł, które, jeśli wykrzyczy się je odpowiednia ilość razy staja się prawdziwe, niezależnie od stanu rzeczywistości.

Przyglądając się w tym świetle ostatnim wyborom w USA łatwo wysunąć wniosek, ze demokracja poniosła dotkliwa porażkę. Doprowadziła do wyboru kandydata nie tylko nie najlepszego, lecz niosącego zagrożenie dla demokratycznych wolności. Wygrał kandydat, który oparł się na retoryce wojny, siły i strachu.

Wybory prezydenckie 2004 w USA wzbudziły prawdopodobnie nie mniej kontrowersji niż te sprzed 4 lat. Akcenty położone były inaczej. Więcej emocji wzbudziły same przygotowania i prawybory. Tym razem techniczna strona wyborów była skrupulatnie zbadana i nie pozostawiono miejsca na niedopowiedzenia i nieścisłości. W przeciwieństwie do poprzednich wyborów nie było większych kontrowersji wokół rejestracji wyborców czy, tak nagłośnionego, sposobu liczenia głosów. Poziom mobilizacji obu sztabów wyborczych był najwyższy w historii. Zebrane fundusze rekordowe. Kampania wyjątkowo agresywna. Zaangażowanie obywatelskie niespotykane. Zwycięstwo Busha było nieprzewidywalne. Każdy wynik był prawdopodobny. Lecz nie jest to zwycięstwo kresem demokracji ani nawet jej porażką. Jest jej tryumfem.

Czyż przecież demokracja nie jest głosem ludu? Nie naruszono żadnych żywotnych procedur ani reguł. Przejrzystość samego procesu wciąż jest nieosiągalna dla wielu europejskich krajów. Jednak pozostaje niesmak. Zdecydowana większość ludzi na całym globie wsparłaby chętniej demokratycznego kandydata. Czyżbyśmy rościli sobie prawo do głoszenia jedynie słusznej prawdy o wyższości jednego kandydata nad drugim? Czyżbyśmy znali potrzeby Amerykanów lepiej niż oni sami?
Można się sprzeczać czy wybory prezydenckie w USA są rzeczywiście demokratyczne. Nie są to przecież wybory bezpośrednie. Głosowanie poprzez elektorów miało na celu dodatkowo zabezpieczyć nowopowstający kraj przed brakiem rozsądku obywateli. Czyż nie jest to brak zaufania, które powinno leżeć u podstaw demokracji? Ojcowie założyciele mieli jeszcze jeden cel. Obecnie ten stopień glosowania jest gwarantem federalizmu nie mniejszym niż amerykański senat. Obrona obywateli mniejszych stanów przed zakusami ograniczenia wolności przez rząd federalny. Amerykanie, w przeciwieństwie do Polaków, nie śledzą z zapartym tchem rosnących słupków poparcia dla kandydatów, lecz obserwują uważnie mapę, na której kolejne stany padaj łupem jednej lub drugiej partii zgodnie z zasadą „zwycięzca bierze wszystko”. 170 tysięcy głosów dla Busha w Wyoming dało mu więcej głosów elektorskich niż cztery i pół miliona w Kalifornii. Istniejący od niedawna obowiązek rejestracji wyborców wyklucza wiele upośledzonych społecznie grup. Ogranicza w ten sposób zasadę powszechności. Jednak ostatecznie to kandydat Republikanów zdobył więcej głosów. Z taką przewagą zdobyłby ponad 50% głosów również w innych systemach wyborczych, także w naszym kraju.

Podobno jedynie demokracja zawiera w sobie mechanizm autodestrukcji. Dlaczego nie jesteśmy w tym wypadku świadkami kresu amerykańskiej demokracji? Mimo nowych urzędów, jak Department of Homeland Security, czy nowych regulacji prawnych, jak USA Patriot Act, Stany Zjednoczone wciąż pozostają krajem demokratycznym. Z nieporównywalną do innych krajów ilością urzędników wybieranych drogą powszechnego głosowania. Każdy urzędnik jest skrupulatnie kontrolowany przez liczne obywatelskie instytucje a także, dzięki mediom, samych obywateli. Poziom zaangażowania w działalność obywatelską jest jednym z najwyższych na świecie. Nad tymi instytucjami i regułami nie gromadzą się żadne chmury, a to one, ostatecznie, są podstawa demokratycznego ustroju, bo one dają narzędzie kontroli i wolę zaangażowania w proces polityczny.

Pozostał niesmak. Dlaczego można by uznać te wybory za porażkę demokracji? Nie dlatego, że to zagraża jej samej. Dlatego, ze wyborcy pozwolili narzucić sobie potrzeby, których nie mieliby gdyby nie kampania obecnej administracji. Z drugiej strony kontrkandydat nie potrafił odpowiedzieć na to zapotrzebowanie. Czyż nie jest logicznym glosowanie na kandydata, który lepiej spełnia nasze oczekiwania? Można by stwierdzić, że sposób, w jaki Republikanie chcą rozwiązać problemy, nie rozwiąże ich, a jedynie spotęguje. Obowiązkiem demokratów było nakreślenie prawdziwych zależności i sięgnięcie po zwycięstwo. Porażka demokratycznego kandydata to nie spisek czy brak szczęścia, to błędy kampanii, prawyborów, samego kandydata.

Początek XXI wieku to nie rok 1972 albo elekcje Reagana, gdzie przewaga jednego kandydata była ogromna. Ameryka w ciągu kilku ostatnich lat wyraźnie się polaryzuje. Przewaga demokratów na wschodnim i zachodnim wybrzeżu kontrastuje coraz wyraźniej z dominacja Republikanów w stanach środkowego zachodu i na południowym wschodzie. Prawybory powinny wyłonić kandydata, który najlepiej odpowie na zapotrzebowania jak największego spektrum wyborców. Niecharyzmatyczny inteligent z Bostonu nie znalazł odpowiednich argumentów by przekonać do siebie miliony Amerykanów, dla których bezpieczeństwo własnej rodziny było najważniejsze. Ważniejsze niż równowaga budżetowa, stosunki międzynarodowe czy obraz USA w oczach milionów muzułmanów. Dla tych, którzy czują niesmak, pozostaje liczyć, że Demokraci pobrali nauki z tej porażki i nie powtórzą tych samych błędów za 4 lata. Można tego życzyć chyba wszystkim obywatelom USA.
Rozszerzenie przywilejów agencjom rządowym ograniczyło wolność obywateli. Lecz wolność sama w sobie nie jest w USA zagrożona. Kraj ten wciąż plasuje się w czołówkach wszystkich analiz i sondaży oceniających poziom wolności mieszkańców różnych krajów. Zwycięstwo Busha sprawiło, ze setki pozarządowych organizacji, a także zwykli wyborcy śledzą uważnie każde posuniecie władz i oceniają ich wpływ na poziom swobód obywatelskich. Doprowadziło to również do wzrostu świadomości przywileju wolności w całym narodzie. Być może zastosowanie ma tu stara medyczna prawda: by się poprawiło najpierw musi się pogorszyć.

Tak wiec wybory po raz kolejny stały się świętem demokracji. Dla jednych zwycięstwo i przywileje, dla innych nauka i przestroga. Oby ten sukces został wielokrotnie powtórzony w wielu odmianach w przyszłości zarówno w USA jak i w naszym kraju. Obyśmy tylko nie przekroczyli niewidzialnej linii odgraniczającej eksperymentowanie z demokracja od jej zagłady. Glosujmy świadomi naszych praw i potrzeb oraz świadomi konsekwencji naszych wyborów. Glosujmy tak, by demokracja pozostała najlepszym znanym ludzkości ustrojem.