Zmierzch nauki, czyli dlaczego Naród nie potrzebuje funduszu stypendialnego.

Autor: Piotr Prokopowicz

 

Sejm, przyjmując projekt ustawy budżetowej na 2007 rok, zdecydował się zmienić przeznaczenie stu pięćdziesięciu milionów złotych, zarezerwowanych wcześniej na fundusz stypendialny, przenosząc je na konto Kancelarii Premiera. Politycy opozycji oraz niektórzy komentatorzy są oburzeni wynikami głosowania twierdząc, że decyzja taka oddala rząd od realizacji programu taniego państwa, pozbawiając przy tym młodych naukowców należnego im wsparcia finansowego. Nic bardziej mylnego.Powiedzmy to wyraźnie: należy skończyć raz na zawsze z rozpieszczaniem młodych „naukowców”. Od samego początki dostają oni od swojego kraju znacznie więcej niż im się należy. Darmowa, profesjonalna służba zdrowia; wolna od przemocy, świetnie wyposażona i sprzyjająca rozwojowi szkoła; tysiące kilometrów prostych i równych dróg. Niestety, okazuje się, iż po osiągnięciu dojrzałości, wielu młodych ludzi, wykształconych i odkarmionych przez Ojczyznę, nie chce zwrócić zaciągniętego u niej długu. Zamiast wyjechać do Wielkiej Brytanii, gdzie pracując jedynie kilkanaście godzin dziennie mogliby wzbogacać polską gospodarkę wyrwanymi wyspiarzom funtami, niektórzy z nich wolą zostać w Polsce i żyć dalej na koszt podatników. Po co? Żeby przyczyniać się do rozwoju tak zwanej nauki. Zadajmy jednak pytanie, które często, ze względu na polityczną poprawność, umyka komentatorom: o jaką naukę chodzi?

Coraz większą popularność zdobywają dzisiaj na świecie dziedziny nauk ścisłych o dziwnie brzmiących, często kuriozalnie złożonych nazwach. W tamach tych nauk, pod przykrywką wszechmocnego „postępu”, próbuje się hodować krzyżówki człowieka i świni, identyfikować na próżno prapoczątki Wszechświata, zamazywać granice pomiędzy istotami ludzkimi a królestwem zwierząt. Nie ma najmniejszych wątpliwości – współczesne nauki ścisłe przeciwstawiają się samej istocie praw natury. Czy chcemy, aby nasza młodzież uczestniczyła w tym postępującym pochodzie szaleństwa?

Z równie dramatyczną sytuacją mamy do czynienia w przypadku nauk społecznych. Młodzi socjologowie, psychologowie, ekonomiści i kulturoznawcy jeżdżą po świecie, przywożąc wszystko to, co najgorsze w środowisku akademickim Zachodu. Feministki, homoseksualiści, zwolennicy Miltona Friedmana, ewolucjoniści – to oni kształceni są dzisiaj za pieniądze polskich obywateli w amerykańskich i europejskich uczelniach.

Na szczęście Polacy, pomimo kilku nieszczęśliwych wypadków w historii, nigdy nie mieli zbytnich osiągnięć w zakresie nauk ścisłych i społecznych. Nie są tym samym odpowiedzialni za bombę atomową, jak Żydzi i Amerykanie czy za zrównanie człowieka z małpą, jak Brytyjczycy. Warto podkreślić, iż może właśnie dzięki brakowi osiągnięć w nauce Polacy byli w stanie dokonać tylu wiekopomnych czynów.

Bo wielkość Narodu nie przejawia się w postępie technicznym. Przejawia się w triumfie ducha nad materią. Wielkość narodu to nie cherlawi studenci wertujący w bibliotekach pożółkłe tomy – to zdrowi młodzieńcy ruszający z husarskim zapałem na wrogie Polsce oddziały. A tych nigdy nie brakuje.

Cieszmy się zatem wszyscy, iż mamy w końcu rząd, który jest w stanie bez zbędnych skrupułów dokonać właściwej decyzji, przeznaczając niezbędne środki na rozrost administracji zwiększającej poczucie bezpieczeństwa Narodu, zwłaszcza, że dzieje się to kosztem pasożytniczych zastępów nielojalnej i kosmopolitycznej piątej kolumny prozachodniej „nauki”.