Zbuntowani lustrowani.

Autor: Witold Filipowicz

 

Chaosik wykluwał się powoli w sejmowych kuluarach.(…) Idea była prosta. Zlustrować wszystko, co daje głos. Obojętne, w jakiej formie. Wielki Wybuch nastąpił dopiero wtedy, gdy ustawa o lustracji została podpisana.(…) Zastanawia w tym wszystkim, co robili ci wszyscy wojownicy przez minione miesiące, gdy obecne zarzewie buntu powstawało? Przecież nie działo się to potajemnie.Na początku była cisza. Zupełnie odwrotnie niż przy stworzeniu świata. Chaosik wykluwał się powoli w sejmowych kuluarach. Przez kilka miesięcy wrzucano tam do jednego kotła wszystko, co miało jakikolwiek związek z życiem publicznym. Idea była prosta. Zlustrować wszystko, co daje głos. Obojętne, w jakiej formie. Wielki Wybuch nastąpił dopiero wtedy, gdy ustawa o lustracji została podpisana.

Niemal natychmiast zaczęły się krzyżować hasła, odezwy, manifestacje i petycje – lustrować, nie lustrować. Hamletowski dylemat. Na barykady wyległy najpierw środowiska dziennikarskie, a w ślad za nimi następni – naukowcy, nauczyciele i pewnie to nie koniec. A może i koniec. Nasza specjalność narodowa. Pokrzyczeć, pomachać szabelkami, odkurzyć hasła o godności i honorze, a z drugiej strony o przyzwoitości i postawach etyki przeplecionych moralnością. Każdy ma rację i każdy ma argumenty.

Zastanawia w tym wszystkim, co robili ci wszyscy wojownicy przez minione miesiące, gdy obecne zarzewie buntu powstawało? Przecież nie działo się to potajemnie. Przeciwnie, spory o kształt ustawy co chwila pojawiały się w informacjach medialnych. Podawali te wieści zresztą ci sami dziennikarze, którzy teraz dopiero ruszyli ze szturmówkami do boju.

Ustawa jest kretyńska, nie da się ukryć. Nie pierwsza i nie ostatnia. Był jednak czas na to, by zapoczątkować bunt lustracyjny na etapie lepienia tego legislacyjnego gniotu. Być może powód obecnych iskrzeń w ogóle by nie powstał. Przynajmniej nie w takim kształcie. Nie byłoby potrzeby nawoływania czy demonstrowania oporu przeciw obowiązującemu prawu. Durnemu, ale jednak prawu.

Nieposłuszeństwo obywatelskie nie jest jakimś zjawiskiem nieznanym. Niejednokrotnie sięgało społeczeństwo po taki środek sprzeciwu. Jest też on uzasadniony, gdy ustanawiane prawo jest ewidentnie szkodliwe, niesprawiedliwe, wyrządzające bezprawnie szkody, powodujące krzywdę grupom społecznym czy nawet pojedynczych osobom. Ale czy ustawa lustracyjna rzeczywiście wyrządza komuś krzywdę? Otóż można sobie wyobrazić ewentualne zagrożenia. Poczynając od zniszczenia komuś reputacji na podstawie mglistych przesłanek, które staną się pożywką dla rozsiewania najzwyklejszych plotek. Często z rozmysłem rzucanych fałszywych oskarżeń.

Głównym i w zasadzie jedynym powodem buntu przeciw lustracji jest naruszenie poczucia godności osobistej. Ta fundamentalna, niezbywalna wartość człowieka nie może być naruszana przez nikogo i żadne okoliczności takich naruszeń nie usprawiedliwiają. Konstytucja wyraźnie o tym mówi, sytuując godność człowieka jako wartość nienaruszalną nawet w sytuacjach stanów wyższej konieczności. Tylko czy ustawa lustracyjna narusza tę godność?

Oczywiście, każdy ma prawo sam oceniać, co rozumie pod pojęciem swojej godności. Ma też prawo, wyłączne i niezbywalne, godności swojej bronić. Dlatego też opór tej części dziennikarzy, którzy nie chcą się podpisywać pod – jak to określają – lojalkami IV RP – jest zrozumiała z ich punktu widzenia i uzasadniona, skoro tak ten obowiązek postrzegają.

Ale też nie można odbierać prawa decydowania o sobie drugiej grupie, która opowiada się za podpisywaniem oświadczeń. W tym wypadku podstawą jest przekonanie, że skoro zabierają głos w sprawach publicznych, to ich wiarygodność dla społeczeństwa jest kwestią podstawową. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, z kim ma do czynienia, czytając opinie, słuchając wypowiedzi, oglądając relacje.

Obie strony mają święte prawo do podejmowania decyzji we własnych sprawach. To są jednak kwestie indywidualnej konstrukcji psychicznej i nie ma potrzeby organizowania jakichś ruchów ogólnokrajowych, tak z jednej, jak i z drugiej strony. Każdy niech sam ze siebie decyduje. Na własny rachunek i ze świadomością ewentualnych konsekwencji ponoszenia odpowiedzialności przed potencjalnym odbiorcą, jak i o odpowiedzialności prawnej. Tworzenie ad hoc list za czy przeciw lustracji ma lekki posmak wojny w piaskownicy.

Można wszak, jak stwierdziła jedna z dziennikarek, zostawić pióro w szufladzie i zająć się handlem guzikami. Automatycznie wówczas wypada się poza krąg zobowiązanych do składania oświadczeń lustracyjnych. Prosty pomysł, skuteczny, bez potrzeby buntu. Zbyt prosty chyba jednak i nie o to w tym chodzi.

Pojawia się tu bowiem kwestia sankcji za odmowę składania oświadczeń. Zakaz wypowiedzi publicznych przez okres 10 lat naruszać zdaje się konstytucyjne prawo swobody wypowiedzi. Dla dziennikarza jest to równoznaczne z zakazem wykonywania zawodu, co z kolei narusza następną zasadę konstytucyjną o swobodzie wykonywania zawodu.

Sankcja ma dotykać nie za to, że ktoś całymi latami tworzył i publikował pod dyktando i w interesie reżimu. Zakaz ma dotykać za samą odmowę składania oświadczeń. Bez względu na to, co miałoby się w nich znaleźć. Innymi słowy władza uchwaliła instrument przymusu spowiadania się dziennikarzy przed społeczeństwem. Gdyby to była inicjatywa samego społeczeństwa, wszystko byłoby w jakiś sposób zrozumiałe.

Ale i w społeczeństwie opinie na ten temat też są podzielone. Jak dotąd, poza zdarzającymi się wyzwiskami wobec niektórych dziennikarzy o ich agenturalnej przeszłości, nie płynął od społeczeństwa postulat lustracji. Według sondaży ponad połowie cała ta lustracja powiewa na wietrze. Władza chce więc, jak należy sądzić, zrobić wszystkim dobrze.

Ciekawą konstrukcję władza też przyjęła w tej chęci robienia dobrze. Mianowicie zaliczyła władza podlegających obowiązkowi lustracyjnemu do grupy funkcjonariuszy publicznych. Trochę wybiórczo to zaliczenie przebiega, bo dotyczy obowiązków i odpowiedzialności, natomiast nic nie mówi o przywilejach z tego faktu zaliczenia płynących.

A skoro dziennikarz ma być uważany za funkcjonariusza publicznego, to powinien jednocześnie korzystać choćby z ochrony prawnej państwa przy wykonywaniu swoich obowiązków. Służbowych, jak należy przypuszczać. To znaczy zbieranie materiałów i ich publikacja podlegać winny ochronie państwa. Ciekawe tylko, jak dziennikarz, funkcjonariusz publiczny, miałby pisać o łajdactwach innego funkcjonariusza publicznego? Przecież za to grodzi automatycznie odpowiedzialność służbowa i dyscyplinarna.

Wychodzi na to, że tematyka poruszanych kwestii zawęzi się na przykład do aspektów życia seksualnego pingwinów albo statystyki opadów. Wszak i o Rospudzie musieliby dziennikarze zmilczeć. I jak tę ewentualną odpowiedzialność egzekwować, a przede wszystkim, kto miałby to wykonywać i w jakich trybach? Trochę to trąci kabaretem.

Tak czy inaczej, odmowa stosowania się do obowiązującego prawa nie wydaje się dobrym rozwiązaniem. Gdyby chodziło o próbę dokonania zmian w samej Konstytucji, z pominięciem społeczeństwa, protest byłby z pewnością uzasadniony i pożądany. Tu jednak chodzi o ustawę zwykłą. Już w przeszłości pojawiały się symptomy takich zamysłów, by ignorować prawo, które uwierało niektórych. Tłumacząc, iż jest durne. Ostatnio był taki trend w związku z mandatami spóźnialskich samorządowców przy składaniu – trzeba trafu – też oświadczeń, ale majątkowych dla odmiany.

Zamiast dawać niechlubny przykład anarchizowania państwa, powinno się jednak poczekać na zajęcie stanowiska przez Trybunał Konstytucyjny. Właśnie jeden z durnych pomysłów prawotwórczych – konsekwencje za spóźnienia w składaniu oświadczeń majątkowych – odesłał na śmietnik.

Skutki bezmyślnie ustanawianych regulacji są takie, że część samorządowców, którzy już stracili mandaty na podstawie rzekomego naruszenia niekonstytucyjnych przepisów, na należne sobie z mocy prawa stanowiska nie powróci. Za to otwarła się dla nich droga sądowa do żądania odszkodowań. Analogiczna sytuacja może nastąpić w przypadku dziennikarzy, ale i innych grup zawodowych, jeśli zostaną pozbawione prawa wykonywania zawodu, a Trybunał Konstytucyjny przepisy te uchyli.

Do tego czasu można, faktycznie, zahandlować guzikami, skoro udowadnianie, że nie było się świnią narusza czyjąś godność. Wyglądałoby dość interesująco, gdyby od połowy marca zaczęły ukazywać się gazety z białymi plamami, a w programach radiowych pojawiłyby się w miejsce autorskich reportaży minuty protestacyjnego szumu.
Natomiast w programach telewizyjnych, szczególnie informacyjnych i publicystycznych mogłyby się pojawiać wirujące kółka.

Jako instruktaż dla niektórych.