Wszyscy jesteśmy piratami?

Autor: Piotr Prokopowicz

 

Nigdy nie przekonywały mnie argumenty porównujące kopiowanie muzyki, filmów lub oprogramowania bez licencji z kradzieżą samochodu, biżuterii czy bułki ze spożywczego. Analogia ta jest pozbawiona sensu z prostego powodu – póki co nie dysponujemy możliwością skopiowania w salonie najnowszego modelu Audi i odjechania nim w siną dal. Żadne urządzenie (na dzień dzisiejszy) nie pozwala nam stworzyć na poczekaniu repliki pierścionka zaręczynowego czy bułki krakowskiej, z którymi najspokojniej w świecie moglibyśmy wyjść z centrum handlowego. Mówiąc krótko: piractwo komputerowe nie jest grą o sumie zerowej – nie można stwierdzić, iż każdy zysk „pirata” wiąże się ze stratą artysty, filmowca czy producenta oprogramowania.Czytając artykuł Piotra Miączyńskiego i Zbigniewa Domaszewicza „Piraci cyberprzestrzeni”, zamieszczony w świątecznym wydaniu „Gazety Wyborczej”, po raz kolejny zacząłem się zastanawiać nad specyfiką zjawiska, jakim jest piractwo komputerowe. Nigdy nie przekonywały mnie argumenty porównujące kopiowanie muzyki, filmów lub oprogramowania bez licencji z kradzieżą samochodu, biżuterii czy bułki ze spożywczego. Analogia ta jest pozbawiona sensu z prostego powodu – póki co nie dysponujemy możliwością skopiowania w salonie najnowszego modelu Audi i odjechania nim w siną dal. Żadne urządzenie (na dzień dzisiejszy) nie pozwala nam stworzyć na poczekaniu repliki pierścionka zaręczynowego czy bułki krakowskiej, z którymi najspokojniej w świecie moglibyśmy wyjść z centrum handlowego. Mówiąc krótko: piractwo komputerowe nie jest grą o sumie zerowej – nie można stwierdzić, iż każdy zysk „pirata” wiąże się ze stratą artysty, filmowca czy producenta oprogramowania. Wszelkie wyliczenia kosztów, jakie ponosi skarb państwa czy producenci w związki z działalnością takich programów, jak eMule czy BitTorrent, oparte na są na błędnej przesłance, że użytkownicy biorący udział w tym procederze w innej sytuacji kupowaliby legalne płyty, chodziliby do kina czy używaliby legalnych programów. Co ciekawe, wielu z domniemanych „piratów”, ściągając z Internetu nielegalne media, zapoznaje się z filmami, które po prostu musi później mieć w swojej domowej kolekcji DVD, muzyką, którą kupuje później na płytach czy oprogramowaniem, które staje się dla nich początkiem przygody z profesjonalną obróbką dźwięku czy grafiki. Zjawisko wirtualnego obrotu mediami i programami jest wyjątkowo skomplikowane i nie da się go wtłoczyć w proste ramy prawa autorskiego.
Nie zmienia to jednak faktu, iż piractwo komputerowe jest procederem nielegalnym i etycznie wątpliwym. Co możemy zrobić, aby mu zapobiec? Możemy zacząć używać oprogramowania open source, kupować w miarę możliwości finansowych legalną muzykę, częściej chodzić do kina i na koncerty. Od czegoś trzeba zacząć.