W rytmie ‚końca’ i mediów.

Autor: Marcin Milczarski

 

Szczerze wątpię, czy opinia publiczna potrzebuje Francisa Fukuyamy. Środki masowego przekazu strywializowały idee autora i pożywką jest już teraz tak naprawdę sama osoba. Do czego to prowadzi? Do uczynienia z autora osobowości efemerycznej, która pojawia się i znika, w zależności od sytuacji. Jego wizytom w mediach szczególnie sprzyjają konflikty międzynarodowe podważające zasadność jego koncepcji oraz promocje jego nowych książek. Dalej, taka konstrukcja jego osoby zwiastuje parodię, z której dla nikogo nic dobrego nie wynika. Dla telewizji, ponieważ komunikaty są krótkie i nie pozwalają się zorientować w temacie, dla publiki, która błyskawicznie zapomina, że coś podobnego kiedyś było. Najbardziej cierpi chyba Fukuyama, który nie dostaje ani sekundy na obronę swoich racji po krytyce dwóch innych profesorów. Takie rzeczy w świecie nauki uchodzić nie powinny. Ale przecież nie byliśmy w świecie nauki… Być może chodzi więc o podrażnienie intelektualne odbiorców, skłonienie ich do namysłu, kupienia i przeczytania książki.Wstęp

Francis Fukuyama nie ma sobie równych w konstruowaniu kontrowersyjnych tez i oczarowywaniu opinii publicznej. Warto spojrzeć na to nie tylko od strony erudycji autora i prawdziwości jego teorii, ale również przez pryzmat popularności, jaką omawiane wizje zyskały w potocznej świadomości, i funkcjonowania tych idei w świecie „profesjonalnych” humanistów. Twierdzę, że o ile rzesza uczonych (po uprzedniej krytyce) zdążyła już o Futurologu (przez wielkie-podwójne „F”) zapomnieć i prawie nikt nie traktuje go już poważnie, o tyle rozgłos w świecie mediów nadal się utrzymuje. Niewielu jest uczonych, których nowe książki zajmują tyle miejsca na łamach gazet, w telewizji czy na plakatach reklamowych. Moja uwaga kieruje się w stronę polskiej sceny publicznej i biorę tu pod uwagę środowiska, które nie zajmują się kwestiami nauk społecznych na co dzień. Sprawa Fukuyamy jest swego rodzaju fenomenem społecznym, który siłą rzeczy przyciąga uwagę socjologa.

Rozgrzewka

Na początek wypada krótko – niemalże w kilku punktach – przedstawić, o czym Fukuyama traktuje przede wszystkim. W 1989 roku w The National Interest ukazał się pierwszy tekst Fukuyamy, cichutko wieszczący początek defilady wolności i równości pod sztandarami liberalizmu polityczno-ekonomicznego. Wyczerpanie się źródeł alternatyw systemowych doprowadziło do końca dziejów. Zjawiska świadczące o zakończeniu poszukiwań ustroju „idealnego” miały się przejawiać na dwóch płaszczyznach. Pierwszy to zmiany w klimatach intelektualnych wielkich niedemokratycznych krajów, natomiast drugi – ekspansja zachodniego obyczaju konsumpcji. Autor stwierdzał, że ostateczna forma rządów – liberalna demokracja – jako jedyny ustrój, nie posiada wad wewnętrznych, które zrujnowały monarchię dziedziczną, faszyzm i komunizm; a co więcej, społeczeństwa cywilizowane upodabniają się do siebie ze względu na niezaprzeczalny rozwój nauk przyrodniczych. Fukuyama, odwołując się do Platona oraz Hegla, stwierdził, że świadomościowe aspekty – heglowska „walka o uznanie” – są tym, co wprowadza ludzkość do pohistoryczności.

Ostatnio Fukuyama zrewidował swoje poglądy. Dzisiaj zakłada, że historia skończy się, ale pod jednym warunkiem: uprzedniego końca nauki. Ostatniego człowieka anonsował już w 1992 roku, teraz zaś mówi o końcu człowieka jako takiego. Najciekawsze są jednak jego wywody dotyczące przyszłej kariery nauki. Otóż sądzi, że naukę – szczególnie przyrodoznawstwo – można i nawet należy kontrolować. Niedawno otwarcie powiedział, że zadekretowanie rozwoju nauki jest konieczne i możliwe.

Tyle tytułem wprowadzenia.

Koniec historii i początek kłopotów

Liberalna demokracja to bardzo ważny etap dziejów i w tej kwestii gotów jestem sympatyzować z Fukuyamą. Co więcej, uznaję jego – czasami dość ekstrawaganckie – wyjaśnienia co do źródeł sukcesów, tak gloryfikowanego przez autora, ustroju. Natomiast kwestionuję podejście Fukuyamy do tego, jak długo potrwać może panowanie liberalizmu polityczno-gospodarczego, albowiem, jak pisał Raymond Aron, z faktu przemożnego rozprzestrzeniania się danej ideologii nie wynika, że jest ona prawdziwa i niezastąpiona (por. np. komunizm).
Ataki na ewolucjonizm, które wysunęli Karl Raimund Popper, Robert Nisbet, Charles Tilly czy Immanuel Wallerstein w rzeczywistości odnoszą się również do koncepcji Fukuyamy. Pisze o tym np. Piotr Sztompka w The Sociology of Social Change.

Fukuyamę uważam za rasowego konwencjonalistę. Kiedy cokolwiek zagraża korpusowi konwencjonalistycznej nauki, natychmiast podnoszone są zarzuty o niedoskonałym posługiwaniu się narzędziem, braku rzetelności badacza; powoływane są do życia pomocnicze twierdzenia lub przeorientowane definicje. Wszystko po to, by sprzeczności, kryzysy czy anomalie nie naruszyły systemu. W takich okolicznościach teorie naukowe nie są falsyfikowalne. Brak końca historii i inne bardziej szczegółowe argumenty nie wzruszają Fukuyamy. Jest on aż nadto konsekwentny i właściwie z godnym podziwu zacietrzewieniem rytualnie powtarza od lat, że są to wyniki niedostateczności treningu demokratycznego i zaniedbań w realizacji liberalnych idei. To jeden z częściej prezentowanych przez niego instrumentów intelektualnej samoobrony.

O zjawiskach, które zaprzeczają tezom Fukuyamy, można by pisać wiele. Przytoczmy kilka przykładów: kolizja, w jaką wchodzą dziś równość i wolność, ograniczanie wolności na rzecz bezpieczeństwa, brak jedności w kręgu cywilizacji Zachodu, gigantyczne trudności z demokratyzacją Afryki czy fascynacja faszyzmem od Indii po Wielką Brytanię. Myślę, że nie trzeba o tym teraz dłużej rozprawiać. Czytając jego prace, co jakiś czas można odnieść wrażenie, że pozostaje on w izolowanej, bezczasowej próżni intelektualnej (to jego słowa) i montuje zupełnie groteskowe projekty. Błądzi przy tym okrutnie, czasami nie rozpoznając w pełni tematu, i w ekstatycznym uporze wcale nie zdradza objawów wielkości. Zdarza mu się nie dotrzymywać dyscypliny, przez co sam strzela sobie bramki i wpada w naukowe poślizgi. Umiejętnie selekcjonuje materiał, przez co sam staje sobie na przeszkodzie i powoduje nieszczęścia. I trudno się dziwić, że przytomnej krytyki jest mnóstwo.

„Margines szaleństwa”, jaki wyznaczył sobie Fukuyama, jest tak rozległy, że jego dalsze brnięcie w półprawdę nie powinno dziwić.

Nauka i reszta

Materiał dowodowy przeciw Fukuyamie można zbierać latami. Rzecz w tym, że niezależnie od wysiłków ekspertów pozostaje on na estradzie. Nie jest niczym nadzwyczajnym, że głosy specjalistów nie dochodzą do mas, a nawet jeśli dochodzą, to nie są rozpoznawane. Krytyka jest zazwyczaj trudniej przyswajalna niż kandyzowany twór lepiony z oryginału. Takie wyjaśnienie jednak nie wystarcza. Podobnie bezużyteczne byłoby wskazanie na fakt, że sam Fukuyama jest bardzo wpływowym człowiekiem i przez to dobrze widocznym na publicznej scenie. Profesura na Uniwersytecie George’a Masona w Waszyngtonie czy kariera w administracji George’a Busha pod koniec lat 80. dla nieakademickiej publiczności w Polsce są bez znaczenia.

Gdzie zatem leży istota sukcesu Fukuyamy? Spróbujmy odpowiedzieć.
Po pierwsze, Fukuyama doskonale radzi sobie w świecie mediów, ze względu na chwytliwe tytuły. Koniec historii, Ostatni człowiek, Koniec człowieka – to tylko niektóre. Nawiasem mówiąc tytuł Koniec historii nie był pomysłem Fukuyamy. Ów dwuznaczny zwrot zasugerował, a nawet narzucił (przy późniejszej aprobacie autora) wydawca. Można by rzec, że słowo „koniec” stało się ostatnio bardzo modne i robi wielką karierę w rozległym świecie humanistyki, od ekonomii do religioznawstwa. Jerzy Szacki doliczył się na anglosaskim rynku wydawniczym ponad 500 pozycji, które w tytule mogą pochwalić się tym wyrazem. Okazuje się jednak, że takie figury nie są niczym nowym. Fryderyk Nietzsche zapowiadał śmierć Boga, o zgonie człowieka wspominał Michel Foucault, koniec wspólnoty ogłaszał Ferdinand Tönnies, pracy – Jeremy Rivkin, klas – Seymour Martin Lipset, nauki – John Horgan. Po upadku komunizmu pisano o końcu utopii, Jean-Francois Lyotard stwierdził śmierć metanarracji, Leszek Kołakowski opisuje ponurą wizję śmierci dogmatu postępu, a Raymond Aron pytał o śmierć ideologii. Kryzys po prostu dobrze się sprzedaje i nie ma znaczenia czy chodzi o zmierzch Zachodu, dolara, rozumu, religii, Freuda, filmu czy moralności. Wzrok publiki (czytelników) przyciągany jest tego rodzaju retoryką. Szum wywołany prowokującym tytułem może powodować psychologiczną gotowość bezrefleksyjnego przyjmowania atrakcyjnych treści Fukuyamy, który „uwodzi”, trafiając raczej do serca niż do rozumu.

Po drugie, jest człowiekiem bardzo mobilnym. Potrafi przelecieć ocean, by porozmawiać kilka godzin z czytelnikami w Polsce. Jest ponadto osobą bardzo sympatyczną, życzliwą i kulturalną. Można powiedzieć, że dobrze wypada na szklanym ekranie, ma przyjemny głos a obiektyw go lubi. Jakie to ma znaczenie? Pośrednie, ponieważ to akurat wspomaga mechanizm, o którym za chwilę.
Po trzecie, koncepcje Fukuyamy są nośne, ponieważ są bardzo wszechstronne, dotykają wielu punktów polityczno-gospodarczej przestrzeni, zatem nadają się do nabłyszczenia wielu tematów. Jego teoria zyskała dość szybko miano jednej z ważniejszych wypowiedzi intelektualnych końca XX wieku. Któż nie chciałby odbić jego blasku? Proszę mi wierzyć: rzecz nie dotyczy nauki sensu stricto. Chodzi tu o potrzebę obcowania z czymś ekskluzywnym, wyrafinowanym, niecodziennym i tę potrzebę demonstrują najczęściej dziennikarze. Gdyby chodziło o wiedzę, nie doszłoby do śmiesznych pomyłek. Np. w „Panoramie” 13 marca podano nieprawdziwe informacje, jakoby Fukuyama przewidział upadek Związku Radzieckiego. To nieprawda. Jeszcze w 1989 roku pisał on coś zupełnie przeciwnego. O tym, że w 1976 roku francuski historyk i demograf Emmanuel Todd sugerował rozpad ZSRR, nikt nie mówi.

Pojawia się zatem pytanie: do kogo adresowane są tego typu informacje? Umberto Eco pisze o kulturalnych widowiskach, które nie niosą za sobą żadnych treści. Są raczej sposobnością do bycia razem, do stworzenia pewnej wspólnoty. Czy temu mają służyć relacje ze spotkania z Fukuyamą? Chyba nie, choć sama perspektywa w tym przypadku wydaje się być obiecująca. Ważniejsze jest tutaj pokazanie się mediów z dobrej strony, odsłonięcie własnej tożsamości, udowodnienie publice swojego wysokiego poziomu.

Dochodzimy do sedna. Szczerze wątpię, czy opinia publiczna potrzebuje Francisa Fukuyamy. Środki masowego przekazu strywializowały idee autora i pożywką jest już teraz tak naprawdę sama osoba. Do czego to prowadzi? Do uczynienia z autora osobowości efemerycznej, która pojawia się i znika, w zależności od sytuacji. Jego wizytom w mediach szczególnie sprzyjają konflikty międzynarodowe podważające zasadność jego koncepcji oraz promocje jego nowych książek. Dalej, taka konstrukcja jego osoby zwiastuje parodię, z której dla nikogo nic dobrego nie wynika. Dla telewizji, ponieważ komunikaty są krótkie i nie pozwalają się zorientować w temacie, dla publiki, która błyskawicznie zapomina, że coś podobnego kiedyś było. Najbardziej cierpi chyba Fukuyama, który nie dostaje ani sekundy na obronę swoich racji po krytyce dwóch innych profesorów. Takie rzeczy w świecie nauki uchodzić nie powinny. Ale przecież nie byliśmy w świecie nauki… Być może chodzi o podrażnienie intelektualne odbiorców, skłonienie ich do namysłu, kupienia i przeczytania książki. Chociaż szczerze mówiąc – szczerze wątpię…

Karnawał

Świat ma się wyśmienicie, nie zamierza finiszować, karnawał dziejów trwa. Na parkiecie współczesności pięknie prezentuje się Francis Fukuyama, który pląsa z milionami. Czy chce czy nie, przy każdym wystąpieniu telewizyjnym czy radiowym przerywa mu się w połowie zdania. Wtedy wszyscy żwawo podskakują w takt masowej informacji. Dopóki nie znajdzie się ktoś, kto krzyknie: Hej, gdzie jest Fukuyama?! I wtedy dla niego historia się kończy. Jednak nie na zawsze. Francis powróci przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Po co to wszystko? Po to, żeby – tym razem na przykładzie – pokazać jak medialna jest społeczna przestrzeń, jak w środkach masowego przekazu produkuje się banały ze spraw wymagających zupełnie innego nośnika. Ciekawe, co sam Fukuyama sądzi o takim obrocie spraw, jak on sam odbiera manipulację swoją osobą. Przy kolejnym spotkaniu postaram się go zapytać.