Uchodźcy: problem z nimi, czy z nami?

Uchodźcy: problem z nimi, czy z nami?

Od czasu pojawienia się w debacie publicznej kryzysu uchodźczego staram się unikać tego tematu  w rozmowach ze znajomymi czy nawet rodziną. Przeraża mnie obowiązujący dyskurs pełen strachu, niewiedzy, wstrętu i nienawiści, i nie wiem czy jestem gotowy aby dowiedzieć się jak wiele osób z mojego otoczenia go podziela. Sytuacja ta stawia pytanie skąd w naszym „chrześcijańskim” społeczeństwie, które wiele razy zmuszone było uciekać z kraju (albo w ogóle go nie miała) tak ogromny brak zrozumienia, czy nawet chęci zrozumienia bliźniego w sytuacji krytycznej (za którą w znacznej części sami podnosimy odpowiedzialność)

Po raz kolejny prostą odpowiedź na wielkie pytanie daje Zygmunt Bauman, wyróżniając dwa procesy którym poddawane są społeczeństwa Europy zachodniej. Pierwszy z nich opisywany jest poprzez bajkę o zającach i żabach. Zające miały dosyć bycia prześladowanymi przez inne zwierzęta, do czasu, kiedy odkryły, że żaby są jeszcze niżej niż one w hierarchii zwierząt i od tego czasu zaczęły przelewać swoją frustracje na nie. Wytchnienie w  przygnębieniach dnia codziennego ma ludziom zepchniętym na margines dawać świadomość, że ktoś ma gorzej.

Drugie zjawisko dotyka wyłącznie prekariatu- osób wyżej w hierarchii społecznej niż „zające”. Są to osoby zazwyczaj z klasy średniej, pracujące na etat, ze swoimi kredytami, marzeniami i strachem. Strachem o stabilność swojej pozycji społecznej czy ekonomicznej i niepewnością czy starczy pieniędzy do pierwszego. Napływ znacznej liczby ludzi ma potęgować uczucie strachu poprzez zwiększoną konkurencje chociażby na rynku pracy.

Moim zdaniem najciekawszą jednak teorią jest traktowanie uchodźców jako „posłańców złych wiadomości”. Nowe falę napływającej ludności informują nas o czymś, o czym chcielibyśmy albo nie wiedzieć, albo zapomnieć.

Wydaje mi się, że powyższe, skądinąd bardzo trafne spostrzeżenia Baumana odnoszą się bardziej do społeczeństw, gdzie zjawisko natężonej migracji jest obserwowalne od jakiegoś czasu. W społeczeństwach zachodnich, dokąd ludzie chcą przyjeżdzać, a nie wyjeżdżać, w państwach wielokulturowych, wielojęzycznych i o bogatej strukturze wyznaniowej. Polska jest tak homogeniczna jeżeli chodzi o narodowość, wyznanie czy etniczność, że aż smutno patrzeć na rozmaite tabelki czy wykresy, a Arabów czy muzułmanów znamy co najwyżej z książek, opowieści czy częściej- rasistowskich żartów.

Boimy się więc tego, czego nie znamy. Od czasów powojennych brakuje w naszym społeczeństwie kozła ofiarnego, więc mityczny muzułmanin gwałcący kobiety i posiadający dwadzieścioro dzieci spada nam z nieba. Jestem jednak przekonany, że poziom ksenofobii nie były tak wysoki gdyby nie populizm obecny w sferze politycznej, który niestety wpływa na masy i mimo tego że zawsze był obecny, ostatnio stał się coraz bardziej widoczny. Mam tu na myśli populizm w znaczeniu używania do celów politycznych resentymentów i obaw, odwołując się do najbardziej prymitywnego ludzkiego uczucia- strachu. Populiści korzystają ze  stereotypów, budując tym samym sztuczne podziały.

Niestety, ale bardzo ciężko jest znaleźć partię polityczną, która nie używa populizmu jako środka politycznego, niezależnie czy dana partia na codzień odwołuje się do wartości europejskich czy chrześcijańskich. Co więcej partie robią to w sposób haniebny i obrzydliwy, utożsamiając terrorystów z uchodźcami, wyrzucają migrantom ekonomicznym pragnienie godnych warunków życia czy manipulują faktami.

Kilka miesięcy temu chciałem nakleić sobie na błotnik od roweru naklejkę „Refugees Welcome”. Po kilku zasłyszanych rozmowach, stwierdziłem, że mój rower byłby prędzej czy później skopany, opluty albo pozbawiony hamulców. Tę krótką, osobistą historię zostawiam na wypadek, gdyby czytelnik miał wątpliwości w odpowiedzeniu sobie na pytanie z tytuły teksu.

Ilustracja: Gerd Altmann