Tragedia dóbr wspólnych czy zwykłe oszołomstwo? Konteksty zjawiska NIMBY.

Autor: Dariusz Szklarczyk

 

Tekst jest próbą przybliżenia czytelnikowi polskiemu zjawiska określanego na Zachodzie mianem syndromu NIMBY (ang. Not In My Backyard – nie na moim podwórku). NIMBY, z grubsza biorąc, oznacza postawę ludzi wyrażającą ogólne poparcie dla określonego typu inwestycji (np. autostrada, spalarnia odpadów) i jednoczesny sprzeciw wobec ulokowania jej blisko własnego miejsca zamieszkania. W tekście omówione zostały problemy związane z definicją zjawiska, jak również jego ogląd z punktu widzenia rozmaitych grup interesu. Podkreślono wagę i atrakcyjność tematu. Zaprezentowane zostały wybrane ujęcia teoretyczne zjawiska, lokujące NIMBY w kategorii zjawiska o charakterze politycznym, społecznym i ekonomicznym. Wreszcie skrótowo przedstawiono stan prawny stanowiący szerszy kontekst zjawiska oraz potencjalne trudności w prowadzeniu badań nad zjawiskiem w Polsce.Wprowadzenie

Z prasy lub innych mediów, a nieraz z najbliższego otoczenia dowiadujemy się o problemach lokalizacyjnych inwestycji takich, jak drogi, składowiska odpadów, oczyszczalnie ścieków, więzienia czy też po prostu zabudowa mieszkaniowa. Protesty miejscowej ludności, listy pisane do prasy, wizyta telewizji, przeciągające się spory i terminy realizacji inwestycji – z tym wszystkim można spotkać się w sposób mniej lub bardziej bezpośredni. W różnym stopniu też sprawy te dotyczą nas osobiście. Wydaje się, że między innymi od stopnia osobistego „uwikłania” w daną sprawę zależy społeczna ocena sytuacji: zdystansowanie się od problemu lub ewentualne poparcie dla jednej ze zwaśnionych stron (jak później zobaczymy, wyodrębnienie stron konfliktu to też tylko jedna z możliwości oceny sytuacji – z pewnością nie jedyna, która gwarantuje zrozumienie zaistniałego problemu). Ludzie zajmujący pozycję obserwatorów sporu w różny sposób tłumaczą protesty: naukowe uzasadnienia przeplatają się z humorystycznym czy wręcz satyrycznym oglądem rzeczywistości. Osobiście zetknąłem się z następującą anegdotą:

Przed rozpoczęciem prac grupa decydentów i wykonawców inwestycji wyrusza na wizję lokalną. Na kawałku pola, na którym docelowo ma stanąć słup wysokiego napięcia spotykają pracującego mężczyznę. Krótko tłumaczą mu, o co chodzi, że będzie tu postawiony słup, i pytają czy wyraża na to zgodę. Mężczyzna zgadza się i składa podpis pod stosownym, przygotowanym już wcześniej oświadczeniem. Po pewnym czasie, przystępując do prac, ekipa napotyka problem: okazuje się, że pod oświadczeniem wyrażającym zgodę na postawienie słupa podpisał się ktoś inny, niż prawowity właściciel pola, protestujący teraz przeciwko inwestycji. Odnajdują więc mężczyznę, który złożył podpis i pytają: „Panie, dlaczego wyraził pan zgodę na postawienie słupa, skoro to nie jest pańskie pole?”. W odpowiedzi słyszą: „Bo na Józkowym się zgadzam, a na swoim się nie zgadzam”.

Czy trywialne, czy „z życia wzięte”, koresponduje to bardzo dobrze ze znaczeniem akronimu „NIMBY”: Not In My Backyard, „nie na moim podwórku”. W przypadku procesu lokowania inwestycji budowlanej o określonym charakterze, hasło to oznacza brak przyzwolenia na daną lokalizację inwestycji ze strony ludności mieszkającej w sąsiedztwie. Jako gotowe słowo-klucz na oznaczenie pewnej kategorii zjawisk NIMBY nie funkcjonuje w powszechnym obiegu tak, jak to ma miejsce na Zachodzie (tam zresztą problemem jest, o czym będzie jeszcze mowa, nadużywanie terminu skutkujące bardziej zaciemnieniem tematu, niż wyjaśnieniem czegokolwiek) [Wolsink, 2005]. Taki stan rzeczy ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony oznacza bowiem, że tematyka ta jest na gruncie polskim słabo opracowana teoretycznie (o badaniach empirycznych nie wspominając), z drugiej – to dobrze, że nie przejmujemy bezkrytycznie haseł, które, przy braku ostrożności, mogą być po prostu mylące. Zanim zacznę więc częściej wykorzystywać pojęcie NIMBY w dalszych rozważaniach, proponuję przyjrzeć się nieco problemom w definiowaniu zjawiska, jakie można odnaleźć w obcojęzycznej literaturze.

NIMBY – problemy definicyjne

W określeniu granic pojęcia NIMBY, a co za tym idzie w rozumieniu derywatów tego terminu takich, jak NIMBYism, NIMBYs (osoby charakteryzujące się postawą NIMBY), może być pomocne przyjrzenie się dyskusji pomiędzy Maartenem Wolsinkiem (University of Amsterdam) a atakowanym przez niego Phillem Hubbardem (Loughborough Univeristy). Trzeba przyznać, że przywoływany już tekst Wolsinka, na tle innych materiałów związanych z interesującym nas zagadnieniem wypada niezwykle metodycznie. Przede wszystkim autor odwołuje się do definicji ujmującej zjawisko NIMBY jakopostawę charakteryzującą osobę, która sprzeciwia się lokowaniu w swoim sąsiedztwie czegoś, co uważa za szkodliwe lub niebezpieczne, podczas gdyjednocześnie nie wyraża takiego sprzeciwu wobec inwestycji w jakimkolwiek innym miejscu [ibidem]. Wyróżniona tłustym drukiem część definicji ma tu decydujące znaczenie. Skłania ona do przyjęcia za Wolsinkiem, że etykieta NIMBY jest w sposób nieuprawniony stosowana do problemów lokowania inwestycji, które w jakiś sposób wkraczają w sferę etyki, moralności czy przekonań. W ten sposób czyni m.in. Hubbard, pisząc o protestach na tle rasowym przeciwko budowie azylu dla czarnoskórych. Ale to zbyt odległy przykład. Zastanówmy się nad protestami, z jakimi w Krakowie spotykają się plany budowy spopielarni zwłok. Nie można, przykładowo, mieszkańcom danej dzielnicy przypisywać syndromu NIMBY z tego prostego powodu, że nie wiemy nic o tym, jakie są ich opinie, postawy i odczucia wobec kremacji zwłok w ogóle (a mamy wszelkie przesłanki by twierdzić, że jest to nadal temat tabu w polskim społeczeństwie; praktyka kremacji zwłok wykracza poza kulturowe normy, a co za tym idzie nie cieszy się społeczną akceptacją). Złamane zostaje więc założenie, że NIMBYsta protestuje przeciwko budowie inwestycji na swoim podwórku, nie ma jednak nic przeciwko tego rodzaju inwestycjom w ogóle.

Pierwsze wrażenie, jakie można odnieść to wątpliwości: czy warto w ogóle „zachłystywać się” „magicznymi formułkami” w stylu NIMBY? Zwłaszcza, że zupełnie beztrosko współwystępują one ze sobą lub zamiast siebie: NIMBY, NIABY (Not In Any Backyard), NIMTOO (Not In My Term Of Office) czy LULU (Locally Unwanted Land Use). W przypadkach takich, jak opisywany przez Hubbarda azyl czy spopielarnia zwłok być może najwłaściwszym określeniem byłoby to ostatnie. Z kolei takie, jak przywoływane przez Herberta Inhabera [Inhaber, 1992] NIMTOO, wskazują na jeszcze inne podłoże konfliktu, związane z relacjami pomiędzy władzą samorządową a społecznością lokalną. W każdym razie nie trzeba iść chyba aż tak daleko, jak sugeruje Wolsink pisząc:
Używanie języka NIMBY to zjawisko będące jedynie częścią szerszego, wymagającego zbadania tematu. Jako koncept, narzędzie analizy bądź wyjaśnienie problemu zaciemnia ono prawdziwe motywy i utrudnia zrozumienie przez nas, co tak naprawdę dzieje się w konfliktach dotyczących lokowania inwestycji [Wolsink, op.cit].
Wystarczy konsekwentnie trzymać się definicji, która naprowadza nas na trop zgoła różny od konfliktowego folkloru – teorię dóbr wspólnych. Wydaje się bowiem, że cały koncept można odnieść jedynie do ograniczonej kategorii inwestycji: muszą one być ogólnie uznane za pożądane dobro wspólne. Inwestycją taką może być więc np. budowa autostrady, a już niekoniecznie wspomniana wyżej spopielarnia zwłok. Ujęcie takie pozwala bowiem na interpretację problemu w kategoriach gry, pułapki społecznej, lub – jak powiedzielibyśmy za Garretem Hardinem [Hardin, 1968] – tragedii dóbr wspólnych.

Reasumując – jakie kryteria powinien spełniać dany problem czy konflikt, byśmy mogli uznać go za przejaw syndromu NIMBY?
• Nie kwestionuje się konieczności budowy danej inwestycji, jedynie protestuje przeciwko budowie w bliskim otoczeniu.
• Inwestycja ma charakter dobra wspólnego. Co prawda poprzedni punkt nie implikuje takiej konieczności, musimy jednak pamiętać, że nawet głosy poparcia dla nowych inwestycji wyrażane na poziomie jednostek, społeczności czy organizacji są jedynie pewną deklaracją. Preferencje mieszkańców zdradzające typowy syndrom NIMBY niekoniecznie oznaczają postawę NIMBY – liczy się stabilność postaw i spójność z działaniami [Matczak, 1996]. Przyjęcie tego warunku na mocy definicji chroni nas przed braniem za „dobrą monetę” deklaracji ludzi, na podstawie których można by zdiagnozować problem jako syndrom NIMBY.
• Protesty nie bazują głównie na etycznej ocenie inwestycji przez mieszkańców, nie wynikają z obowiązujących w danej społeczności norm kulturowych (aczkolwiek można dopuścić występowanie takiego czynnika; problemem etycznym może być np. odczuwany przez jednostki konflikt pomiędzy własnym interesem a dobrem wspólnym)[Matczak, op.cit].
• Protest może dotyczyć: budowli już istniejących, budowli w trakcie budowy oraz samych planów budowy.

Dlaczego warto zajmować się NIMBY?

Warto przede wszystkim dlatego, że jest to problem praktyczny, domagający się skutecznych rozwiązań. Z definicji zjawiska wynika, że nie jest to jedynie kwestia np. mentalności mieszkańców danego kraju, luk prawnych lub braku odpowiednich procedur administracyjnych. Trudno też mówić o doskonałych rozwiązaniach. Faktem pozostają różnego rodzaju straty ponoszone przez inwestorów, wykonawców, jednostki czy społeczność lokalną. Konflikty tego typu ciągną za sobą koszty bezpośrednie (wydatki na przeprowadzenie dodatkowych ekspertyz, procesów sądowych) i pośrednie, związane z „zamrożeniem budowy”, tzw. „koszty utraconych możliwości” [Matczak, op.cit]. Te ostatnie mogą być w sposób szczególny odczuwane przez społeczność, która w danej inwestycji widzi określone korzyści. Taką sytuację nazywa się czasem PIMBY – Please In My Backyard [Shkarupin, 1992]. Można się domyślić, że ściągnięcie niektórych inwestycji, niechcianych w jednej społeczności, leży w żywotnym interesie innej, a zwłaszcza jej władz. Nie można zapominać też, że większość takich inwestycji ma znaczenie ponadlokalne i podlega pod nadzór władz wyższego szczebla [Matczak, op.cit].

Wspomniałem już, że pojawienie się konfliktu bazującego na syndromie NIMBY nie wynika jedynie z – nazwijmy je ogólnie – zewnętrznych uwarunkowań, np. prawnych. Przykładowo, może się zdarzyć, że tego samego rodzaju inwestycja w różnych regionach kraju w jednym przypadku spotka się z protestem, w innym nie. Wyjaśnień nie można wówczas poszukiwać w prawie budowlanym lub ustawie o ochronie środowiska. Idąc dalej, przeciw podobnej inwestycji mogą protestować mieszkańcy miasta, podczas gdy mieszkańcy wsi ją zaakceptują. Dlatego też nie można zjawiska NIMBY „zamykać” w mieście czy w teorii miejskich ruchów społecznych [Kostrzębski w: gazeta ekologiczna.pl].

Pomimo tego, że jest zjawisko NIMBY jest uniwersalne (w tym sensie, że jako pułapka społeczna może pojawić się wszędzie), nie da się stosować uniwersalnych schematów ani do przeciwdziałania konfliktom, ani tym bardziej do wyjaśniania ich. Za każdym razem trzeba odwołać się do konkretnych ludzi. Nie oznacza to jednak, że każdy przypadek należy rozpatrywać w odosobnieniu. Można korzystać z doświadczenia innych do formułowania hipotez. Np. Piotr Matczak za Brownem przytacza wyniki badań, gdzie jedną z charakterystyk osób protestujących przeciwko inwestycji potencjalnie szkodliwej dla zdrowia tworzyły kobiety posiadające dzieci [Matczak, op.cit]. Na bazie tych doświadczeń, w przypadku innego konfliktu, można będzie stwierdzić, że dużą rolę odgrywa postrzegane zagrożenie dla zdrowia, jakie niesie za sobą podobnego rodzaju inwestycja.

Dwoistość wynikająca z uniwersalności zjawiska z jednej, a jego „lokalności” z drugiej strony pozwala sądzić, że tematyka NIMBY będzie zyskiwała na popularności. Interes w tym ma wielu, jeśli nie wszyscy. Poszukiwane są i będą rozwiązania dla problemów, które potrafią nieraz ciągnąć się latami. Możliwość zaś uczenia się na wcześniejszych przypadkach daje nadzieję na wypracowanie skutecznego sposobu zapobiegania bądź radzenia sobie z NIMBY na terenie danej społeczności. O ile, o czym była mowa, wątpliwe jest stworzenie powszechnie obowiązującego schematu postępowania, który działałby zarówno na – nomen omen – naszym podwórku, jak i za oceanem, to na poziomie, powiedzmy, konkretnej, rozwijającej się metropolii, zebrana, usystematyzowana i pogłębiona wiedza na ten temat powinna owocować skutecznym rozwiązywaniem problemów. To chyba niemało.

Problemy z empirycznym badaniem zjawiska

W dotychczasowym wywodzie zostało już – implicite lub explicite – sformułowanych wiele założeń dotyczących NIMBY. Daje to wrażenie dużej złożoności problemu – i tak jest w istocie. Wspomnę teraz o kilku problemach rzutujących na sposób i możliwości badania zjawiska.

Grupy interesu

Przede wszystkim, oceniając dany przypadek, musimy przyjąć, że nawet, jeśli mówi się o protestach ludności, to nie jest to dokładne odzwierciedlenie postaw tej ludności. Po pierwsze, protestować może jedynie odsetek mieszkańców spośród tych, których sprawa w jakiś sposób dotyczy (którzy mogą w efekcie lokowania inwestycji ponieść straty lub odnieść korzyść). Po drugie, gdy spośród społeczności wyłaniane jest ciało przedstawicielskie lub organizacja reprezentująca społeczność w sporze, powstaje pytanie o sposób przejścia od interesu prywatnego do grupowego. Można tutaj, za Matczakiem, powołać się na Petera Blaua, który pisze: Normy społeczne są niezbędne, aby przeszkodzić działaniom umożliwiającym jednostkom osiąganie indywidualnych korzyści kosztem wspólnych interesów zbiorowość [Blau, 2006], problem z interpretacją sytuacji pojawia się jednak wówczas, gdy okazuje się, że oprócz rzeczonych przedstawicieli społeczności do konfliktu włączają się inne organizacje, lub – samodzielnie – jednostki należące do tej społeczności.

Gdy ilość grup zaangażowanych w konflikt zwiększa się, z punktu widzenia rozwiązania problemu może to oznaczać powstanie sprzecznych interesów. Zachodzi np. obawa, że silniejsze organizacje, dysponujące odpowiednimi środkami, mogą uzurpować sobie prawo do reprezentowania „interesów społeczności” i dążyć do takiego rozwiązania konfliktu, które zapewni realizację ich własnych interesów. Jest to ostatnio szczególnie mocno podkreślane w przypadku organizacji ekologicznych, oskarżanych o „ekoterroryzm” (np. w Warszawie Stowarzyszenie „Przyjazne Miasto” zostało oskarżone o przyjęcie 2 mln łapówki od inwestora centrum handlowego „Arkadia” za odstąpienie od protestu [Kostrzębski, op.cit.]).

Pytanie dla badacza: czy interesy takich grup są pierwotne względem interesów protestujących mieszkańców? Czy na poziomie grupy można analizować syndrom NIMBY? Czy można z punktu widzenia decydenta lub inwestora mówić o rozwiązaniu problemu bez konsultacji z wszystkimi mieszkańcami, których dotyczy inwestycja? Otóż wydaje się, że nie. Przekonują o tym zgromadzone w różnych źródłach zalecenia praktyków nakłaniające do bezpośredniego uczestnictwa mieszkańców w procesie lokowania inwestycji.

Motywy, postawy czy zachowania, czyli co badamy?

Jak zasygnalizowano wcześniej, preferencje mieszkańców zdradzające typowy syndrom NIMBY niekoniecznie oznaczają postawę NIMBY. Postawy muszą być stabilne i iść w parze z działaniami. Za Aronsonem możemy przyjąć definicję postawy jako trwałej (utrzymującej się przez dłuższy czas) oceny – pozytywnej lub negatywnej – ludzi, obiektów i pojęć, reakcji na coś [Aronson, 1997]. W zjawisku NIMBY za decydujący uważa się komponent behawioralny postawy, ponieważ celem jest uniknięcie tworzenia artefaktów. Swoją drogą, wydaje się to oczywiste. W przypadku wielu badań empirycznych jednak tak nie jest. NIMBY ma tę „przewagę” nad innymi zjawiskami godnymi badania, że jest problemem palącym i domaga się szybkiego i skutecznego rozwiązania.

Sue Cowan, która badała (chciała badać) postawy społeczności względem ludzi psychicznie chorych (pod kątem lokowania placówki mającej służyć osobom z problemami psychicznymi) twierdzi, że w przypadku syndromu NIMBY większość przeprowadzonych badań empirycznych opierała się na metodzie sondażowej, z wykorzystaniem skal, w związku z czym nie uwzględniano interakcyjnego charakteru procesu lokowania inwestycji. Postawy tworzą się w trakcie danej sytuacji i nie mogą być badane w sposób hipotetyczny. Badania sondażowe pomijają m.in. sposób, w jaki strony tworzą swoje argumenty [Cowan, 2003].

Jest to dość kategoryczne postawienie sprawy, jednak obrazuje istotny, praktyczny problem w badaniu zjawiska. Z całą pewnością posiłkowanie się dodatkowymi źródłami informacji w przypadku NIMBY jest wskazane. Autorka zastosowaną przez siebie metodę nazywa analizą dyskursu. W przeprowadzonym procesie badawczym wyróżnia poszczególne, następujące po sobie fazy: a) analiza publicznych dokumentów, listów, wycinków prasowych, b) wywiady grupowe, c) wywiady indywidualne. Każda kolejna faza odwołuje się do zagadnień poruszonych przez samych rozmówców, w związku z czym jest ona „gruntowana” na fazie wcześniejszej. Cowan skupiając się na wypowiedziach ludzi dotyczących konsultacji społecznych (których forma, jak się okazało, nie odpowiadała mieszkańcom) zebrała materiał umożliwiający stworzenie skuteczniejszego i bardziej odpowiedniego modelu konsultacji społecznych. Zostało też wykryte rzeczywiste źródło problemu. Opracowane wskazówki, jak pisze autorka, mogą być wykorzystywane w podejmowaniu decyzji o lokowaniu placówek zdrowia psychicznego [ibidem].

Zatem – motywy czy postawy? W rzeczywistości dosyć rzadko zdarza się, by ktoś zbadał postawy, na bazie których można by zdiagnozować potencjalny (lecz jeszcze nie zaistniały) problem. Zazwyczaj usiłuje się zrozumieć protest wtedy, gdy on już zaistniał. W takim wypadku należy starać się dotrzeć do motywów protestu, by znaleźć wyjście z sytuacji i zażegnać konflikt. Wyzwaniem pozostaje taka ocena postaw i nastrojów mieszkańców, która umożliwi bezkonfliktowy przebieg procesu lokowania inwestycji. Motywy mogą rzucać światło na postawy, które z punktu widzenia decydentów w procesie lokacyjnym grają rolę „bomby z opóźnionym zapłonem”. Dlatego najlepiej starać się łączyć informacje obydwu rodzajów.

Literatura: Wymiary zjawiska i kierunki badań

Za Michaelem O’Hare, Matczak wyróżnia trzy wymiary syndromu NIMBY: ekonomiczny, polityczny i etyczny [Matczak, op.cit]. Każdy z tych wymiarów jest areną poszukiwań rozwiązań, które umożliwiłyby zrozumienie okoliczności tworzenia się syndromu NIMBY oraz skuteczne zapobieganie powstawaniu konfliktów.

Wymiar ekonomiczny

Wymiar ekonomiczny zjawiska NIMBY posiada bodaj najwięcej opracowań teoretycznych, dlatego też temu wymiarowi poświęcę najwięcej miejsca. Zacznijmy od tego, że swego rodzaju bazy, jaką stanowić tutaj będzie teoria racjonalnego wyboru i „tragedia dóbr wspólnych”. Być może trafniej, niż przywołana przez Hardina metafora wspólnego pastwiska [Hardin, op.cit.], istotę NIMBY oddają uwagi Mancura Olsona, który pisze: Analogią zatomizowanej konkurencji w sytuacji nierynkowej jest bardzo duża grupa (jeżeli brać pod uwagę niekoniecznie wielkość grupy, a więzi i sposoby funkcjonowania charakterystyczne dla dużych grup społecznych, za grupę taką można uznać protestującą społeczność – przyp. D.S.), którą będziemy tu nazywali „grupą ukrytą” (latent group). Jej cechą szczególną jest to, że jeśli jeden z jej członków nie przyczynia się do dostarczania wspólnego dobra, żaden inny członek nie odczuje spowodowanej tym szkody i tym samym nie będzie miał motywacji do zareagowania. Tak więc jednostka w „ukrytej grupie”, z definicji, nie może mieć zauważalnego wkładu do jakiegokolwiek grupowego wysiłku, a ponieważ nikt w grupie nie zareaguje na powstrzymanie się przez nią od jego wsparcia, nie ma motywacji do jego udzielenia. (…) duże grupy nie mają bodźców do działania na rzecz osiągnięcia wspólnego celu ponieważ, jakkolwiek wartościowe mogłoby być wspólne dobro dla grupy jako całości, nie oferuje ono pojedynczym osobom żadnej zachęty do ponoszenia kosztów działania jakiejkolwiek organizacji działającej na rzecz interesu ukrytej grupy, ani do ponoszenia w jakiś inny sposób jakichkolwiek ciężarów niezbędnego grupowego działania [Olson, 2006]. Olson zwraca w tym fragmencie uwagę na kilka istotnych kwestii. Po pierwsze, utrzymanie status quo może być, z punktu widzenia jednostki, postrzegane jako korzyść większa niż ta, którą przyniosłoby osiągnięte wspólnym wysiłkiem dobro wspólne. Skądinąd wiadomo, że korzyści są subiektywnie mniej dotkliwie odczuwane niż straty [Matczak, op.cit.]. To tłumaczyłoby, dlaczego jednostki w tym wypadku preferują zachowanie status quo. Po drugie, niechęć do działania ze strony jednych, a – z racjonalnego punktu widzenia – chęć działania ze strony innych, może w takim ujęciu prowadzić do konfliktu wewnątrz grupy. W rzeczywistości jednak najczęściej interesy członków grupy są sprzeczne, zaś podejmowane decyzje – w pełni racjonalne. Jest to szczególnie widoczne w sytuacjach, gdy w wyniku inwestycji wymierne i namacalne korzyści odnosi jakaś kategoria członków grupy, np. na to, że nowa droga powstanie mogą liczyć restauratorzy czy hotelarze.

Olson, przyjmując, że istnieje jednak dobro wspólne dla całej grupy, pisze dalej o konieczności stosowania „selektywnych zachęt” w stosunku do wybranych jednostek po to, aby zachęcić je do działania na rzecz interesu wspólnego. W takiej sytuacji ci, którzy się od działania powstrzymują, powinni być traktowani w odmienny sposób – albo nie dostają oni żadnej nagrody, albo wręcz ponoszą karę. Nazwa „ukryta grupa” bierze się więc stąd, że posiada ona możliwość mobilizacji pod wpływem selektywnych zachęt [Olson, op.cit.] Podobne podejście prezentuje Hardin. Pisze m.in., że kwestia zanieczyszczenia środowiska to kwesta prawna – musi dojść (za pośrednictwem pewnych narzędzi podatkowych, rygorystycznych przepisów, ulg) do takiej sytuacji, żeby jednostce bardziej opłacało się dbać o środowisko (i na przykład segregować odpady), niż czerpać „korzyści” z kosztów ponoszonych przez wszystkich [Hardin, op.cit.].

Ekonomiczny wymiar NIMBY to m.in. ekonomiczne wyjaśnienia, skąd się biorą NIMBY? William Fischel [Fischel, 2001] wyjaśnia to w następujący sposób. Najwięcej osób zdradzających syndrom NIMBY jest wśród właścicieli domów (a nie właścicieli mieszkań czy lokatorów, nawet jeśli, jak pisze Fischel, w USA tych pierwszych jest więcej). Bierze się to stąd, że „nieubezpieczonym ryzykiem” posiadania domu jest spadek jego wartości w związku ze zmianami w otoczeniu. Dlatego też właściciele domu są mniej przychylni dokonywaniu jakichkolwiek zmian w otoczeniu. Autor zwraca uwagę, że sprzeciw NIMBYs często odnosi się do projektów, których sąsiedztwo nie tylko będzie ledwo odczuwalne, lecz czasem – po prostu – korzystne. Sprzeciw ten jednak nie musi być irracjonalny – jest w głównej mierze odpowiedzią właścicieli nieruchomości, którzy nie mogą ubezpieczyć ich od spadku wartości związanej z kontrowersyjną inwestycją. Sugeruje więc, by na NIMBYism patrzeć jak na strategię zabezpieczania się przed ryzykiem.

Fischel przytacza argumenty mające gruntować tezę, że problem NIMBY to problem właścicieli domów i dlatego ewentualne rozwiązania należy profilować pod tę określoną kategorię ludzi. Jeśli wziąć pod uwagę właścicieli kamienic, wynajmujących swe mieszkania, to mogą oni o wiele łatwiej rozłożyć czy podzielić ryzyko spadku wartości mieszkania, niż ma to miejsce w przypadku właścicieli domów (jednorodzinnych). Powołując się na innych badaczy, podaje kolejne motywy opozycji: Po pierwsze, żądasz więcej za porzucenie czegoś, co już masz niż byłbyś w stanie zapłacić, by to posiąść [Knetsch, 1990, cyt.za: Fischel, 2001]. Po drugie, jak zauważył Kent Portney, długoletni mieszkańcy są mniej opozycyjnie nastawieni do planowanych inwestycji niż nowo przybyli. Być może wiąże się to z efektem „świeżości zakupu” – nikt nie chce się od razu pozbywać tego, co przed chwilą kupił [Portney, 1991, cyt.za: Fischel, 2001].

Wszystko to każe się zastanowić nad możliwościami stosowania całej „rodziny” rozwiązań, które bazują na wypłacaniu protestującym odszkodowań (kompensacji). Fischel proponuje alternatywne rozwiązanie – pracę nad rozwojem rynku ubezpieczeń od spadku wartości nieruchomości. Jak każde rozwiązanie, tak i to ma swoje wady, których nie będę tutaj przywoływał. W każdym razie od kompensacji ubezpieczenia odróżnia to, że kompensacja zakłada zgodę mieszkańców na ryzyko, ubezpieczenie zaś nie jest wypłacane w momencie, gdy okazuje się, że ryzyko nie przekuło się na realne niedogodności [Fischel, op.cit.].

Generalne nastawienie autora jest takie, że rozwiązania problemów NIMBY lepiej upatrywać w funkcjonowaniu rynków finansowych niż wprowadzaniu politycznych reform. Skoro mówimy o ekonomicznych sposobach na radzenie sobie z przeciwnikami inwestycji, nie sposób nie odwołać się do Herberta Inhabera, autora tekstu Of LULUs, NIMBYs and NIMTOOs. W przypadku pewnych inwestycji, które mogą stanowić pewne ryzyko ekologiczne, twierdzi on, że „niewygodne” ekologiczne standardy wcale nie muszą być osłabiane lub zredukowane. Wyjściem jest odwołanie się do sprawdzonych zasad rynkowych [Inhaber, op.cit.].

Inhaber ma na myśli mechanizm aukcji. Jak pisze, podczas każdej transakcji cena wyznaczająca wartość towaru jest odniesieniem do chwilowego układu sił popytu i podaży. Nie dziwi nas to w przypadku rynków produktów „zwyczajnych” czy, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, szybko zbywalnych. Tym bardziej jednak dla produktów wyjątkowych, jedynych w swoim rodzaju (to może być dzieło sztuki, ale też konkretne wysypisko śmieci, ze względu na właściwe tylko jemu wartości ryzyka, geologię, sąsiadującą społeczność itp.) jedynym sensownym wyznacznikiem wartości jest taki właśnie chwilowy układ sił popytu i podaży – aukcja. Problem w tym, że większości z nas taka aukcja wydaje się czymś kosmicznym [ibidem].

Inhaber rozważa możliwe typy aukcji – angielska (wzrastające stawki) powinna być zastąpiona aukcją holenderską (zaczyna się od nieosiągalnie wysokiej stawki, która upada; jest to rozwiązanie mniej czasochłonne od aukcji angielskiej). Logika aukcji holenderskiej jest dokładnie tym mechanizmem, którego potrzeba w lokalizowaniu LULUs – wygrywa w aukcji społeczność, która wie czego chce oraz wie, ile chce otrzymać w zamian za zgodę na inwestycję (odwrócona aukcja holenderska). Uczestnicy nie mogą arbitralnie podbijać stawki, za jaką będą skłonni zgodzić się na inwestycję. Stawka jest wyznaczana przez aukcjonera i rośnie zazwyczaj do tego momentu, aż padnie pierwsza i tym samym ostatnia propozycja ze strony zainteresowanej społeczności. W aukcji, dodaje autor, powinny brać udział tylko te społeczności, które nie są kategorycznie przeciwne inwestycji [ibidem].

Pozostaje jeszcze pytanie, skąd brać pieniądze na przeprowadzenie takiej aukcji? Proponowana odpowiedź jest bardzo prosta – od tych, którzy pragną zamieszkiwać z dala od planowanej inwestycji. Czy takie rozwiązanie nie jest jednak zbyt optymistyczną wersją rozwoju wydarzeń? „To zależy”, można by rzec – warunkiem pozostawałoby tutaj znalezienie społeczności, „która wie czego chce oraz wie, ile chce otrzymać w zamian za zgodę na inwestycję”. Gdzie i kiedy jest to możliwe – to osobny temat.

Nieco bardziej rozwinięte, a w pewnym sensie specyficzne podejście do zasady kompensacji prezentują Bruno Frey, Felix Oberholzer-Gee i Reiner Eichenberger. Co prawda wskazują oni, że pieniądze w „zwalczaniu opozycji” odgrywają decydującą rolę, nie odbywa się to jednak z pominięciem głębokich zmian natury moralnej w postawach i zachowaniu osób, na które oddziałuje się bodźcem finansowym. Tekst The Old Lady Visits Your Backyard: A Tale of Morals and Markets znakomicie przybliża nam etyczny wymiar syndromu NIMBY. Sam tytuł zresztą zaczerpnięty został z literatury pięknej; pochodzi od dramatu szwajcarskiego pisarza Friedricha Dürenmata pt. The Visit of the Old Lady. W skrócie – morałem jest siła pieniądza i zmiany, jakie przy odpowiednich warunkach wyrządza pieniądz w ludzkiej psychice. Dla nas jest to ważne o tyle, że autorzy uznają tradycyjną teorię kompensacji za niekompletną – właśnie dlatego, że nie bierze pod uwagę ludzkich wartości i zasad moralnych.

Jeżeli inwestycja posiada kontekst polityczny, to podejście kompensacyjne jest nieskuteczne ze względu na „efekt łapówkarstwa”. Liczne są przykłady, kiedy wypłacenie kompensacji zostało potraktowane jako łapówka. Zachodzi więc sytuacja, że mieszkańcy ponoszą moralne koszty ich postrzegania przez resztę społeczeństwa pokazując, że można „kupić” ich zgodę. Bodźce finansowe generują zatem dwa przeciwstawne efekty: z jednej strony redukują niedogodności, na jakie narażeni są mieszkańcy w związku z inwestycją, z drugiej redukują akceptowalność inwestycji generując koszty natury moralnej, czy też po prostu – koszty społeczne. Do tego dochodzi polityczny wymiar lokowania inwestycji – w porównaniu z transakcjami rynkowymi, gdzie nie ma łapówki, tylko cena, dochodzą tutaj zasady moralne. W związku z tym autorzy utrzymują, że lepsze efekty przynosi „zapłata” polegająca na uzyskaniu przez społeczność innego rodzaju dobra, np. zwiększenia dostępu do pomocy medycznej, wykonania przez inwestora jakiejś przedsięwzięcia na rzecz środowiska itp. [Frey, Oberholzer-Gee, Eichenberger, 1996].

Stosowanie kompensacji przynosi jeszcze jeden skutek uboczny, a jest nim zagłuszanie poczucia obowiązku obywatelskiego. Wypłacanie pieniędzy odbiera niejako mieszkańcom możliwość „wykazania się” skłonnościami altruistycznymi, hamuje ich dobrą wolę i przez to może prowadzić do braku akceptacji dla inwestycji. W ostateczności – „jeśli chcą nam za to płacić, to znaczy, że to rzeczywiście jest niebezpieczne!”. Jak pisze Frey i inni, z badań wynika, że racjonalny aktor na zwiększanie zewnętrznych bodźców finansowych reaguje zmniejszaniem swoich pobudek wewnętrznych, a więc zanika w nim „duch obywatelski”. Aby jednak mówić o takim wytłumaczeniu, wpierw ten obywatelski duch w danej społeczności musi być odpowiednio silny. Może być to dodatnio skorelowane np. z ogólnym wzrostem dobrobytu. Pojawia się jednakże uwaga o być może kluczowym znaczeniu: nastawienie altruistyczne jest zazwyczaj silniejsze w decyzjach politycznych niż prywatnych [ibidem].

Efekt tłumienia poczucia obowiązku jest silniejszy od bodźców finansowych również wtedy, gdy w grę wchodzą odgórne regulacje. Jak twierdzą autorzy, większość procedur lokalizacyjnych, w których administracja samorządowa lub rządowa uciekła się do przymusu zakończyło się bardzo gwałtownymi protestami [ibidem].

W badaniach własnych, dotyczących akceptacji dla budowy elektrowni jądrowej, Frey, Oberholzer-Gee i Eichenberger wykazali, że na wprowadzenie bodźca finansowego badani odpowiedzieli spadkiem poziomu akceptacji dla inwestycji. Zwiększanie stawki nie wpłynęło istotnie na poziom akceptacji. Trzeba jednak pamiętać, że jest to poziom deklaracji w sondażu, a nie głos w referendum. Co się okazało później? Ta sama społeczność wzięła w końcu pieniądze od dewelopera (podobnie jak we wspomnianym dramacie, gdzie społeczność wzięła pieniądze od bogatej starszej pani w zamian za złożenie w sądzie fałszywych zeznań, decydujących o skazaniu człowieka na śmierć). O ile w sondażu koszty związane z odrzuceniem inwestycji były lekceważone, o tyle w prywatnych decyzjach wzięły górę. Musiał się więc pojawić rodzaj dylematu poznawczego, w wyniku którego została stworzona nowa zasada moralna, usprawiedliwiająca zachowanie mieszkańców. Zaczęto akcentować „moralne męstwo”, jakie stoi za akceptacją inwestycji. Ułatwione to zostało przez dodatkowe korzyści takie, jak powstanie szkół czy jednostek strażackich. Jak piszą autorzy, taka konwersja czynników moralnych pod wpływem sił rynkowych nie jest czymś rzadkim [ibidem].

Dla wytłumaczenia zaistniałej sytuacji posłużono się pojęciem modelem cyklu kompensacyjnego: w długim okresie czasu sankcje społeczne względem hipokryzji i potrzeba wewnętrznej spójności zwiększają zapotrzebowanie na takie argumenty moralne, które można uznać za zgodne z interesem ekonomicznym ludzi. Doprowadza to do podjęcia – adekwatnej do prywatnej – decyzji politycznej. Zatem wyższa kompensacja, w odpowiednio długim okresie czasu (co jest konieczne do uniknięcia efektu łapówki i tłumienia obywatelskości), prowadzi do wyższego poziomu akceptacji inwestycji [ibidem].

The Old Lady Visits Your Backyard (…) daje świetny przykład krzyżowania się różnych wymiarów syndromu NIMBY. Pozostało nam powiedzieć jeszcze co nieco o wymiarze politycznym zjawiska.

Wymiar polityczny NIMBY

Kiedy opisywałem badania przeprowadzone przez Sue Cowan, okazało się, że w sposób dość nieoczekiwany pojawił się na horyzoncie wątek polityczny. Być może bardziej nawet w znaczeniu policy, gdyż, jak pamiętamy, problemem był stosunek ludzi do instytucji konsultacji społecznych. Konsultacje społeczne mogą być czasem postrzegane nie jako narzędzie mediacji i komunikacji pomiędzy dwoma równoważnymi partnerami, lecz jako narzędzie władzy. Piotr Matczak pisze, że obywatele wnosząc sprzeciw wyrażają (…) wątpliwość czy władze postępują dobrze – w sensie ochrony obywateli – oraz uczciwie – w sensie prawidłowego (niekorupcyjnego) sposobu podejmowania decyzji [Matczak, op.cit.]. Protesty, w związku z tym, mogą być uznawane za wskaźnik poziomu zaufania ludności do władzy. Dla przeciętnego człowieka podejrzanym może się wydawać każdy przejaw współpracy władzy z biznesem, co przecież jest najczęstszą sytuacją, jeśli chodzi o inwestycje budowlane.

Brak zaufania obywateli do reprezentujących ich władz przynosi szereg praktycznych konsekwencji. Na tym, w jaki sposób prowadzić procesy inwestycyjne, by obywatele nie odnieśli wrażenia, że coś dzieje się za ich plecami, koncentruje się większość zaleceń ekspertów, opinii praktyków czy firm konsultingowych. Tworzone są strategie i plany działania, wymienia się informacje na temat radzenia sobie z syndromem NIMBY, wreszcie, zmieniane jest prawo – zmiany idą w kierunku zapewnienia większego udziału społeczeństwa w procesie podejmowania decyzji dotyczących dużych inwestycji. O tym, jak wygląda to w Polsce, powiemy sobie nieco później.

Kolejnym obok biznesu środowiskiem podejrzanym o „zmowę” czy „cichą współpracę” z władzą są eksperci naukowi, pracownicy instytutów badawczych, uniwersytetów. Są oni szczególnie narażeni na ciosy jako twórcy argumentów, którymi posługuje się władza. Najczęściej społeczność nie posiada wystarczającej wiedzy, aby móc poradzić sobie ze zrozumieniem naukowym uzasadnień. Dlatego też buntuje się przeciwko rozmaitym „mądralom”, „doktorkom” itp., którzy „usiłują nam wmówić, że znają sprawę lepiej od nas”. Problem polityki jest tutaj podwójny. Pierwsza rzecz to wspomniana – źle widziana przez społeczeństwo – współpraca naukowców z władzą. Druga rzecz to poszukiwanie przez władze właściwego medium czy sposobu, by przedstawiane wspólnie z naukowcami argumenty zostały powszechnie odebrane jako obiektywne.

Reasumując, wymiar polityczny syndromu NIMBY polega na stawianiu siebie (przez protestujących) „po drugiej stronie” – nie tylko wobec władzy, biznesu czy autorytetów naukowych, ale również wobec pozostałej części społeczeństwa [Smith, Marquez, 2000]. Stwarza to wyzwanie przed ludźmi odpowiedzialnymi za politykę regionalną i inwestycje. Problem jest delikatny i nieodpowiednie jego potraktowanie może skutkować jeszcze większym ograniczeniem zaufania społeczności wobec władzy. Tej ostatniej często zresztą nie można usprawiedliwiać: Inhaber np. krytykuje często spotykane w polityce regionalnej podejście DAD – Decide, Announce, Defend. Najpierw decyzja w danej sprawie zapada za zamkniętymi drzwiami, potem jest ogłaszana publicznie, by na koniec całą energię i część środków przeznaczyć na zwalczanie protestów [Inhaber, op.cit.]. Jednakże nie tylko taki stan rzeczy jest problematyczny. Należy zwrócić uwagę, że z jednej strony nie można przed ludźmi niczego ukrywać i w miarę możliwości trzeba włączać ich w proces decyzyjny, ale z drugiej strony ważących decyzji w kwestiach merytorycznych nie powinni podejmować laicy.

Jeśli chodzi o zestawienie różnych proponowanych sposobów radzenia sobie z syndromem NIMBY, tak w wymiarze ekonomicznym, jak i politycznym, przydatna może być propozycja Wernera W. Pommerehne, Alberta Harta oraz Friedricha Schneidera. Piszą oni o pięciu głównych grupach „mechanizmów postępowania” [Pommerehne, Hart, Schneider, 1997]:
• Rozwiązania oparte na aukcjach. Ta społeczność, która decyduje się na „przyjęcie” inwestycji, otrzymuje kompensację, która jest jednocześnie opłatą wniesioną przez inne społeczności za przywilej mieszkania z dala od inwestycji.
• Pierwszy krok ze strony władz. Powinny one odpowiednio wcześniej dotrzeć do określonej społeczności i negocjować z nią warunki zgody na inwestycję w sąsiedztwie tej społeczności.
• Idea loterii. Najpierw ustala się warunek początkowy – że inwestycja ma powstać. Drugi krok to określenie w którym miejscu. Służyć do tego ma loteria.
• Procedury inżynieryjne, oparte na wielokrotnych pomiarach, wyliczeniach, i skalach, które mają określić, jakie warunki muszą być spełnione, by inwestycja była odbierana przez społeczność jako korzyść.
• Procedura decyzyjna oparta na osobach postronnych. Mają one dokonać „tragicznej” decyzji, w którym miejscu powstanie inwestycja. W wersji „ekstremalnej”, zaproponowanej przez niemieckiego socjologa Dienela, decyzję miałaby podejmować pewna liczba ludzi wylosowanych spośród obywateli. Jak widzimy jednak, w tej propozycji dążenie do zapewnienia „bezstronności” jest silniejsze niż obawa przed dopuszczeniem do podjęcia decyzji przez laików.

Propozycje te, jak też przywoływane wcześniej podejścia do zjawiska NIMBY, stanowią pewne spektrum, jeśli chodzi o obcojęzyczną literaturę poświęconą syndromowi NIMBY. Teraz zastanowimy się czy i jak mówi się o tym w Polsce.

(Nie) na polskim podwórku

Należałoby zacząć od tego, że jak każdy kraj, tak i Polska jest narażona na występowanie konfliktów o podłożu NIMBY (uniwersalność problemu). Co więcej, nałożyło się na siebie kilka czynników, które czynią zagrożenie bardziej prawdopodobnym. Wzrost gospodarczy i boom na rynku budowlanym oznacza większą ilość realizowanych inwestycji, również tego typu, jaki uznaliśmy za odpowiadający kryteriom NIMBY. Rozwój ekonomiczno-społeczny miast i związana z nim konieczność budowania nowych dróg, mostów, oczyszczalni ścieków, składowisk odpadów, elektrowni i innych budowli użytku publicznego. Rywalizacja na szczeblu międzynarodowym o ściąganie zagranicznego kapitału (a więc inwestowanie w infrastrukturę techniczną kraju czy regionu). Rywalizacja pomiędzy regionami związana z rozwojem turystyki jako gałęzi gospodarki. Listę (i tak z pewnością niekompletną) zamyka organizacja wespół z Ukrainą piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 roku.

W samym Krakowie są przynajmniej trzy duże inwestycje domagające się realizacji, a obwarowane protestami mieszkańców. Pierwsza z nich to właściwie rodzina inwestycji, jako że system dróg, tras i obwodnic w sensie planistycznym stanowi jedną całość. Problemy z poruszaniem się po coraz bardziej zakorkowanym mieście są z dnia na dzień bardziej widoczne i dotkliwe dla mieszkańców miasta. Do tego wraz z rozwojem ekonomicznym miasta stale przybywa nowych samochodów. Polska zaś to nie Szwajcaria, gdzie do pracy dojeżdża się głównie rowerem (we Włoszech na przykład, zakazano wjazdu do centrum samochodom, których kierowca jest zarazem jedynym pasażerem; zauważmy jak często Polacy jeżdżą samochodem w pojedynkę). Drugą inwestycją jest budowa spalarni odpadów, która byłaby odpowiedzią na kurczące się możliwości wysypiska w Baryczy (jak wyliczono, przy obecnej ilości śmieci, jaką produkują mieszkańcy miasta, pojemność wysypiska w Baryczy wyczerpie się około 2015 roku [Pająk, 2004]). Trzecią jest nadzorowany przez Zarząd Cmentarzy Komunalnych projekt spopielarni zwłok.

W przypadku projektu spalarni śmieci przeprowadzono na przełomie lipca i sierpnia br. badania mieszkańców w ramach konsultacji społecznych. Przeciwko budowie spalarni na terenie swojej dzielnicy opowiedziało się 45% dorosłych mieszkańców (N=920), 36% nie miało nic przeciwko [„Kronika Krakowska” w: „Dziennik Polski” z 29.08.2007]. Nie o dokładne wyniki w tym momencie chodzi – wydaje się, że nastąpiła gruntowna zmiana w podejściu władz samorządowych do kwestii lokowania inwestycji. Z pewnością jest to krok w przód w stosunku do lat wcześniejszych, wciąż jednak w Polsce władze nie mają odpowiedniego doświadczenia w rozwiązywaniu problemów NIMBY, co przejawia się choćby w zbyt późnym uruchamianiu procedury konsultacji społecznych (tzn. w momencie, gdy już wychodzi na jaw, że będą problemy).

Świadomość problemu zatem, można powiedzieć, dopiero się u nas tworzy. W rozmowie, jaką przeprowadziłem z p. Krzysztofem Adamczykiem, byłym wiceprezydentem Krakowa, a obecnie pełnomocnikiem prezydenta m. Krakowa do spraw inwestycji strategicznych, stwierdził on, że „być może dopiero teraz otworzyły się oczy pewnych osób na to, że jest problem”. Mój rozmówca miał na myśli tekst Zbigniewa Bartusia NIMBY i BANANA (BANANA – skrót od Built absolutely nothing, anywhere near anything – przyp. DS), zamieszczony w krakowskim dodatku Dziennika Polskiego z dnia 20 lipca 2007r.. I rzeczywiście – pod hasłem NIMBY w języku polskim można znaleźć tylko publikacje przywoływanego przez Bartusia, a cytowanego przeze mnie Piotra Matczaka z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. I nie chodzi tu o same hasło NIMBY – zagadnienie mogłoby być rozwijane z inną, lub bez umownej etykiety. Niestety tak nie jest. Nieliczne wyjątki, jakie się pojawiły (jak np. tekst Matczaka) to kwestia ostatnich kilku lat.

Skąd zatem taka zmiana? Czy jest to prosta odpowiedź na uciążliwości i straty ponoszone w wyniku oprotestowania inwestycji? I tak i nie. Z pewnością straty związane z opóźnieniami w realizacji większości inwestycji są na tyle dotkliwe, że zaczyna się myśleć o metodach „profilaktycznych” w miejsce „leczenia doraźnego”. Z drugiej strony transformacja systemowa, budowa systemu demokratycznego, a obecnie proces dostosowywania prawa polskiego do standardów europejskich niejako automatycznie takie zmiany wymusza.

Stan prawny

Głowy wielu planistów, architektów, budowniczych i samorządowców zaprząta idea zrównoważonego rozwoju. To jedna z przyczyn, dla których zaczęto brać pod uwagę stosunek ludności wobec planowanych inwestycji. Pojęcie zrównoważonego rozwoju pojawia się w tekście obowiązującej Konstytucji RP. Artykuł 5 ustawy zasadniczej stwierdza, że Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju [Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, 1997] . Zrównoważony rozwój jest zatem związany z ochroną środowiska, lecz również z wolnością, prawami człowieka i prawami obywatelskimi obywateli. Pojęcie precyzuje Ustawa o ochronie i kształtowaniu środowiska, gdzie znajdziemy m.in.: rozwój społeczno-gospodarczy, w którym w celu zrównoważenia szans dostępu do środowiska poszczególnych społeczeństw lub i ich obywateli – zarówno współczesnego jak i przyszłych pokoleń, następuje proces integrowania działań politycznych, gospodarczych, społecznych, z zachowaniem równowagi przyrodniczej oraz trwałości podstawowych procesów przyrodniczych [Ustawa o ochronie i kształtowaniu środowiska, 2000].

Podkreśla się również prawo ludności do informacji i do brania udziału w niektórych procesach decyzyjnych. W dziedzinie ochrony środowiska kwestie te reguluje tzw. konwencja z Aarhus (Konwencja o dostępie do informacji, udziale społeczeństwa w podejmowaniu decyzji oraz dostępie do sprawiedliwości w sprawach dotyczących środowiska, przyjęta 25.06.1998r. w Aarhus w Danii) [Konwencja z Aarhus, 1998]. Ponadto, preambuła konwencji stwierdza m.in.: że każda osoba ma prawo do życia w środowisku odpowiednim dla jej zdrowia i pomyślności oraz obowiązek, tak osobiście, jak i we współdziałaniu z innymi, ochrony i ulepszania środowiska dla dobra obecnego i przyszłych pokoleń [ibidem]. Konwencja ta została ratyfikowana przez Polskę 21.06.2001 roku.
Jak będzie jutro?

W związku ze zmianami w polskim prawie ochrony środowiska, związanymi m.in. z ratyfikowaniem konwencji z Aarhus, Ministerstwo Środowiska wydało dwie publikacje mające na celu pomoc instytucjom prowadzącym postępowania w sprawie oceny oddziaływania na środowisko planowanych przedsięwzięć. Zawierają one szereg wskazówek opracowanych przez ekspertów-praktyków, dotyczących sposobu i możliwości współpracy z ludnością w planowaniu inwestycji oddziałujących na środowisko. Jako że większość inwestycji strategicznych oddziałuje w mniejszym lub większym stopniu na środowisko, dokumenty Postępowanie w sprawie oceny oddziaływania na środowisko planowanych przedsięwzięć oraz Udział społeczeństwa w postępowaniu w sprawie oceny oddziaływania na środowisko [Biuro Promocji i Informacji Ministerstwa Środowiska, 2002] stanowią dosyć szczegółowy katalog rozwiązań możliwych do wprowadzenia przez odpowiednie instytucje w celu zagwarantowania partycypacji społecznej w procesie decyzyjnym. Jak już wiemy, jest to jedna ze ścieżek postępowania w przypadku wystąpienia syndromu NIMBY. Na ile jednak zostaną one wykorzystane – nie wiadomo.

W związku z niedorozwojem problematyki NIMBY w Polsce i faktem, że po transformacji ustrojowej dopiero „doganiamy” pewne standardy istniejące na Zachodzie, w przypadku wielu konfliktów nacechowanych syndromem NIMBY może się okazać, że problem wynika właśnie z tego niedorozwoju. Przez kilkanaście lat budowania demokracji ludzie przyzwyczaili się do tego, że mają swoje prawa (co do obowiązków – nie byłbym tego już taki pewny). Natomiast prawo stanowione jeszcze do niedawna nie przewidywało środków, przy pomocy których można by „radzić sobie” z akcentowaną szeroko obywatelskością. Wydaje się jednak, że sprawy idą w dobrym kierunku. Z pewnością wiele zależeć będzie od dostatecznego opracowania teoretycznego problemu w skali kraju. Najkrótszą drogą do tego są badania społeczne zmierzające do ugruntowania naszej wiedzy o NIMBY.

BIBLIOGRAFIA

Publikacje polskie

K. Kostrzębski Między konfliktem a partnerstwem. Funkcjonowanie miejskich ruchów społecznych w otoczeniu instytucjonalnym metropolii (na przykładzie Warszawy).
http://gazetaekologiczna.pl

P. Matczak, Społeczne uwarunkowania eliminacji syndromu NIMBY.
http://www.staff.amu.edu.pl/~regional/Pracownicy/P_Matczak/Spoleczne_uwarunkowania_elimin/body_spoleczne_uwarunkowania_elimin.html

T. Pająk, Spalarnia odpadów w odbiorze społecznym,
http://vpivienna.org/fdownload.php?id=62

A. Sobol, Społeczne aspekty lokalnego rozwoju zrównoważonego, doświadczenia gmin polskich i szwedzkich,
http://www.kee.ae.wroc.pl

A.Tvevad, J. Farr, J.Jendrośka, D.Szwed, Udział społeczeństwa w postępowaniu w sprawie oceny oddziaływania na środowisko.
http://www.mos.gov.pl/aarhus/podreczniki.html

B. Wiszniewska, J. Farr, J. Jendrośka, Postępowanie w sprawie oceny oddziaływania na środowisko planowanych przedsięwzięć.
http://www.mos.gov.pl/aarhus/podreczniki.html

Publikacje zagraniczne

E. Aronson, T. Wilson, R. Akert, Psychologia społeczna. Serce i umysł (1997).

P. Blau, Wartości pośredniczące w wymianie w strukturach złożonych w: Współczesne teorie socjologiczne, SCHOLAR, 2006.

S. Cowan, NIMBY syndrome and public consultation policy: the implications of a discourse analysis of local responses to the establishment of a community mental health facility w: Health and Social Care in the Community nr 11 (5/2003).

W. Fischel, Why are there NIMBYs? w: Land economics (2001).

B. Frey, F. Oberholzer-Gee, S. Eichenberger, The Old Lady visits your backyard: a tale of morals and markets, w: Journal of Poliltical Economy, nr 104 (6/1996).

G. Hardin, The tragedy of commons w: Science, nr 162 (13.12.1968).

H. Inhaber, Of LULUs, NIMBYs and NIMTOOs w: The Public Interest, nr 107 (wiosna 1992).

M. Olson, Dobra publiczne i problem “pasażera na gapę” w: Współczesne teorie socjologiczne, SCHOLAR, 2006.

W. Pommerehne, A. Hart, F. Schneider, Tragic choices and collective decision-making: an empirical study of voter preferences for alternative collective decision-making mechanisms w: The Economic Journal (05/1997).

V. Shkarupin, NIMBY PIMBY over nuclear waste w: The Bulletin of the Atomic Scientists, nr 48 (10.1992).

E. Smith, M. Marquez, The Other Side of the NIMBY Syndrome w: Society & Natural Resources (2000).

M. Wolsink, Invalid theory impedes our understanding: a critique on the persistence of the language of NIMBY (2005),

Dokumenty

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej,
http://www.sejm.gov.pl/prawo/konst/polski/kon1.htm

Konwencja o dostępie do informacji, udziale społeczeństwa w podejmowaniu decyzji oraz dostępie do sprawiedliwości w sprawach dotyczących środowiska,
http://cpe.eko.org.pl/zalaczniki/KonwPol-Dz.U.pdf

Ustawa o ochronie i kształtowaniu środowiska,
http://mos.gov.pl/2prawo/ustawy/uuoi_2000.html