Spod wulkanu: dziennik podróży na żydowskie wesele w Tel-Awiwie.

Autor: Grażyna Kubica

 

Wszyscy podkreślają, że nie jest to ślub tradycyjny. Przejście do sali jadalnej z parkietem do tańca, od razu zaczyna się dyskoteka, wszyscy młodzi tańczą, między parami plączą się dzieci, inni siedzą przy stołach i jedzą, rozmawiają, nie ma przemów, ani toastów. Większość gości wychodzi już około północy, bo na drugi dzień trzeba do pracy, zostaje trochę młodych ludzi, panna młoda w towarzystwie trzech polskich dziewcząt szaleje na parkiecie, obsługa zaczyna sprzątać, około drugiej wychodzimy, bierzemy wino i idziemy na plażę, my nie musimy rano wstawać, ciepło, morze szumi, jesteśmy w dobrych humorach. Nic się nie stało, nie było żadnej bomby, ani zamachowca. Na drugi dzień spróbujemy jednak pojechać do Jerozolimy.Czwartek wieczorem
Jedziemy, mimo wiadomości w TV, mimo ostrzeżeń rodziny, mimo własnego, spychanego głęboko lęku. Kieruje nami solidarność z przyjaciółmi, a mną jeszcze – ciekawość antropologa, jak można żyć pod wulkanem.

Na Okęciu tłum chasydów: czarne kapelusze, pejsy, czarne płaszcze. Trzy samoloty w tym samym czasie do Tel-Avivu. Żenia, lecąca z nami nie wie, gdzie byli [w Leżajsku], pewnie na grobie jakiegoś cadyka [Elimelecha Weissbluma], oni tak jeżdżą: z okazji rocznicy urodzin, czy śmierci [216 tym razem]. Lepiej zbyt blisko do nich nie podchodzić, bo nie pachną najlepiej {zwyczaj pozwala im się umyć dopiero po powrocie, w mykwie]. W bocznym korytarzu chasydzi śpiewają w oczekiwaniu na lot, tańczą w kole. Gdy przechodzimy obok nich, milkną i udają , że nas nie widzą. Nie mogą patrzeć na kobiety, ani się do nich zbliżać, dotykać. W kolejce do odprawy dystyngowany starszy pan [prof. Szlomo Avineri], Żenia słuchała jego wspaniałych wykładów w latach siedemdziesiątych na Uniwersytecie w Jerozolimie. Wsiadamy wreszcie do samolotu, ciemno, pada deszcz. Startujemy. Nagle z prawej strony, tam gdzie skrzydło, błyska płomień. Wsysa mnie w fotel, czekam na jakiś dalszy ciąg: eksplozję, huk, cokolwiek. Ale nic się nie dzieje, stewardesy z normalną troskliwością pytają czy podać coś do picia. Lecimy dalej [to był tylko piorun].

Piątek,
na plaży. Oślepiające słońce, drobny, jasny piasek, płytka woda aż do naturalnego zamknięcia zatoczki wielkimi, omszałymi kamieniami. Dno posiekane równoległymi liniami piaskowych fal, kilka małych rybek, brązowo-różowe muszelki. Z wody widok na rząd kilkunastopiętrowych hoteli ustawionych węższym bokiem do morza [żeby wszystkie pokoje miały dobry widok], za nimi starsze, niższe domy: białe, niektóre robią wrażenie permanentnie niewykończonych, palmy, cyprysy. Śródziemnomorze. Nieliczni plażowicze. Nagle jakiś rejwach w oddali. Spodziewam się najgorszego, ale nikt się tym nie przejmuje [to tylko awanturująca się grupa wyrostków]. Ostre, marcowe słońce, ale woda zimna [17°C]. Nurkowie przygotowują się do wyjścia w morze, pary na brzegu grają w coś w rodzaju ping-ponga skrzyżowanego z badmintonem. Policyjny samochód patroluje plażę, nad głowami co chwila przelatują helikoptery [po dwa], albo samoloty [do Eljatu, nad Morzem Czerwonym].

Wieczorem przyjęcie w domu rodziców pana młodego, bufet śródziemnomorskich specjałów: tabuleh, szarłama, humus… Gospodyni anonsuje niespodziankę: czarnowłosą i bosonogą dziewczynę w tiulach i cekinach, która w rytm wyjątkowo orientalnej muzyki wykonuje taniec brzucha. Ma trudny do nazwania uśmiech: raczej instruktorki aerobiku niż uwodzicielskiej bachantki, nie ma w nim ironii, ale jest dystans. Rozbawieni goście klaszczą, tancerka umiejętnie zaprasza do zabawy pojedyncze osoby, które jej później wsuwają za wyszywany dżetami aksamitny stanik zwinięte banknoty. To znajoma gospodarzy, doktorantka psychologii. Robi krótki wykład na temat tańca brzucha w dobrej angielszczyźnie. Figury naśladują ruchy różnych zwierząt: węża, wielbłąda, strusia; trzeba mieć kilka lat praktyki żeby móc tak tańczyć, kostium kosztuje 500 dol. i jest robiony ręcznie. Tancerka kontynuuje popis, teraz dołączają się i kobiety, wszystkich wciąga monotonna muzyka.

A potem rozmowy, rozmowy, historie. Pani Ala: niedawno wróciła z Polski, gdzie była po raz pierwszy od wyjazdu jeszcze w latach czterdziestych. Była to dla niej niezwykle trudna wizyta, dopiero teraz dowiedziała się więcej szczegółów na temat swej rodziny. Urodziła się w Warszawie na krótko przed wojną, już z getta matce udało się ją ulokować u ich dawnej gospodyni, u której spędziła jakiś czas, a gdy ta już nie mogła się nią dłużej opiekować, umieściła dziewczynkę w sierocińcu. Po wojnie adoptowało ją pewne żydowskie małżeństwo, spędzili dwa lata w Zabrzu po czym wyjechali do Izraela. Pani Ala od tego czasu nie mówiła po polsku, dopiero teraz w Warszawie otworzyła się w niej jakaś zapomniana skrytka, najpierw zaczęła rozumieć co mówią wkoło niej, a po kilku dniach spróbowała mówić sama, ze zdziwieniem stwierdzając, że ludzie ją rozumieją. Odwiedziła sierociniec w Otwocku, z którego pamiętała tylko stare, wielkie drzewa i słońce przeświecające przez ich zielone liście. Znalazła i dom i drzewa. Potem studiowała w Żydowskim Instytucie Historycznym dzieje swojej rodziny: wiedziała, że miała starszą siostrę, ale nie pamiętała, że miała jeszcze młodszego brata [wszyscy zginęli] Wiedziała jak się nazywała przed wojną i gdzie mieszkała, bo nawiązał z nią kontakt już jakiś czas temu syn kobiety, która ją ukrywała i przekazał podstawowe informacje. Pani Ala jest przystojną i elegancką kobietą, pracuje jako przełożona pielęgniarek w szpitalu, ma niski, twardy głos, w Warszawie się zupełnie rozkleiła. Nie znalazła nawet śladu swojego domu, ale znalazła ślad brata, o którym nie wiedziała, że w ogóle istniał.

Żenia opowiada o zamachu na dyskotekę w pobliżu hotelu, w którym mieszkamy, zginęło wtedy kilkadziesiąt młodych ludzi, od tego czasu właściwie nie organizuje się tego typu zabaw, rodzicie starają się trzymać dzieci w domach. Żenia jest krótko ostrzyżoną, wiecznie uśmiechniętą kobietą, matką czworga dzieci. Ostatnio mieszkają w Warszawie, gdzie Avi teraz pracuje, ale często przyjeżdżają do domu, do małego miasteczka pod Tel-Avivem.

Sobota rano,
pustawy do tej pory hotel zapełnił się rodzinami z dziećmi [dostają bardzo promocyjne ceny]. Hotelarstwo przeżywa głęboki kryzys: dochód narodowy spadł z tego powodu o 10%, zwolniono 30 tys. ludzi; ale to podobno jeszcze nic w porównaniu z załamaniem w przemyśle high-tech, wskutek recesji w Ameryce i spadku ilości zamówień.

Piękny dzień, więcej ludzi na plaży, lekka mgiełka zaciera linię horyzontu. Sporo żaglówek. Słychać sygnał karetki. Brzmi tu zupełnie inaczej niż gdziekolwiek indziej na świecie. Reuven zabiera nas na wycieczkę do Cezarei. Rzymski teatr zbudowany przez Heroda. Odbywają się tu koncerty i spektakle operowe, miejsce ma wspaniałą naturalną akustykę. Wyobraziłam sobie krakowskiego „Nabucco” w tym plenerze. Potem port – Reuven oprowadzał kiedyś znanego polskiego publicystę, który spędził tu dłuższy czas i nie chciał stąd odejść, bo pisał o tym miejscu pracę doktorską; twierdza krzyżowców, obszerny trawnik z resztkami ruin, ławka, na której przysiadła arabska rodzina, dużo ludzi, wszechobecny rosyjski. Dwóch żołnierzy idzie między ruiny i wynosi stamtąd jakiś plecach, ostrożnie kładą go na widocznym miejscu, a potem podchodzą po kolei do leżących na trawniku ludzi, rozmawiają, w końcu odchodzą [odebrali wiadomość, że w ruinach leży porzucony plecak, sprawdzali czy ktoś go tam po prostu nie zapomniał]. W miejscowej galerii m.in. świetne litografie Gutmana po 75 dol. za sztukę. W następnej zatoce jest baza wojskowa, w której stacjonował Reuven.

Wyjeżdżamy, na poboczu jakieś fioletowo kwitnące pnącze, zaczynają się piaszczyste wydmy. Stoją tam dwa jeepy. Kilka miesięcy temu zastrzelono przyjaciela Rana, który chciał sobie pojeździć po wydmach. Z zasadzki. Ruiny rzymskiego akweduktu, nagie skały a na nich domy. Tunele foliowe z pomidorami, dalej winnica, gaj oliwny, jakieś małe drzewka przykryte siatką [to szesek, ma podłużne owoce pomarańczowego koloru z dużymi pestkami, przysmak ptaków], na poboczu ludzie sprzedają łubianki truskawek; krowy i cielaki chowają się pod rozłożyste drzewa oliwne; długowłose kozy, pastuch. Owce pod światło jak kupki futra. Zatłoczony teren piknikowy, kram z jakimś jedzeniem, przygotowywanym na miejscu. Wjeżdżamy do wioski [Dalia at Carmel], wąskie uliczki, wychodzące na chodnik sklepiki: drewniane koty, szachy wykładane macicą perłową, indyjskie poduszki, kapy z IKEI, szaliki w barwach klubowych, ruszające głową psy… Po wyjściu z samochodu – zapachy grilowe. Kobiety arabsko wyglądające pieką cienkie jak papier placki na kocherach przypominających odwrócony do góry dnem wok. Najpierw rozciągają w dłoniach kawałek ciasta, potem wywijają nim, a gdy osiągnie właściwy rozmiar i cienkość układają go na małej poduszce, a z niej rzucają na wok, po chwili – zdejmują i układają na stercie podobnych placków [druzyjska pita]. Jemy je później na obiad w okolicznej restauracji. Dużo stolików przykrytych papierowymi obrusami, swojska atmosfera. Obsługują tylko mężczyźni i chłopcy. Uwijają się, zbierają zamówienia, przynoszą różne potrawy do spróbowania. Znajduje się coś do jedzenia i dla mnie: kwaśny biały ser kozi z oliwą, pomidory i pita właśnie. Druzowie nie są muzułmanami [mają swój własny system religijny, w którym Mojżesz, Jezus i Mahomet są prorokami jedynego Boga], często dochodzi do konfliktów z Arabami. Druzowie są mniejszością wszędzie, gdzie mieszkają i [dlatego] zawsze trzymają z tymi, którzy rządzą. W naszej restauracji pod sufitem sznury z zawieszonymi na nich izraelskimi flagami.

Jedziemy dalej. Reuven myli drogę i lądujemy prawie pod bramą wojskowego obozu za polem żółto-kwitnącego rzepaku. Zawracamy. Kaktusy sabra, które maja jadalne owoce. Reuven kiedyś wbił sobie kolec w język jedząc je. Obecnie hoduje się odmiany bezkolcowe. Grube pnie drzew oliwnych. Mogą rosnąć na nędznej ziemi. Teraz jest po deszczach więc jest zielono, ale za dwa miesiące wszędzie będzie szaro, wszystko spalone słońcem. Faradis, jedna z największych wiosek arabskich. Domy są tak budowane, że na płaskim dachu stawia się słupy, gdy rodzina się rozrasta, to rozbudowuje się dom do góry. Tutejsi arabowie są obywatelami Izraela, żyją tu od wieków, nigdy stąd nie uciekali i nie żyli w obozach dla uchodźców. Na zboczu góry wielkie betonowe stopnie pokrywające sporą jego część. To pensjonat w uzdrowisku Zikhron Ya’aquov [ku pamięci Jakuba]. Jest stamtąd piękny widok. Strategia żydowska w budowaniu osiedli była taka: na wzgórzu osiedle, obok kibutz a na dole wioska arabska. Chodziło o to żeby kibutz dominował nad terenem. Mijamy stawy rybne [dużo się hoduje karpi, ale też pstrągów i jakichś innych ryb, które nie maja polskich nazw], stawy są jednocześnie rezerwuarem wody dla upraw bawełny. Zaczyna się korek i tak ma już być do samego Tel Awiwu. Obecnie powstaje autostrada wzdłuż całego kraju. Izrael wyszedł z dołka gospodarczego przez tworzenie infrastruktury do budowy autostrad. Poboczem spacerują ptaki podobne do naszych wron: szare, z czarnymi skrzydłami i łebkiem, ale nieco chudsze. Wzdłuż drogi niskie drzewka z kiściami żółtych kwiatów, Reuven nie wie jak się nazywają, rosną na piaszczystej ziemi i potrzebują niewiele wody. Dalej wydmy, dzieci się na nie wspinają a potem turlają w dół. Wielki shoping mall, który jest otwarty nawet w sobotę [inne są zamknięte], oaza palm a w jej centrum oświetlony na fioletowo dom, w którym odbywają się śluby. Korek się nieco rozładował. Mijamy Herzlię, dużo się tu buduje, jest sporo zakładów high-tech [wytwarzającego 30% produktu narodowego]. 18.00 – robi się ciemno. Po prawej straszy opuszczony dźwig. Po lewej niedokończona olbrzymia budowa, stoi tak od 25 lat, afera budowlana, jakieś partyjne pieniądze, minister budownictwa popełnił samobójstwo. Po prawej: supernowoczesna architektura: kilka wieżowców ułożonych w koło, jeden z nich ma otwór, przez który pewnie można widzieć morze.

Wieczorem w CNN takie same białe domy, jak te, które widzieliśmy, takie same tunele foliowe, ale domy były zburzone, a obok tunelu stał czołg.

Avi i Żenia zabierają nas na koncert, jedziemy nieco opustoszałymi ulicami Tel Awiwu, przez plac, gdzie zamordowano Icchaka Rabina, a teraz to miejsce nosi jego imię. Postmodernistyczny budynek nowej opery, wielopoziomowy parking pod spodem. Przy wjeździe kontrola, włącznie z bagażnikiem, potem jeszcze przed samym wejściem, sprawdzanie torebek, obszukiwanie wykrywaczem metalu. W środku beżowy kamień, szkło i stal. Siostra Aviego z mężem. Ona, jak i brat, urodziła się we Wrocławiu, ale wyjechali z Polski jak miała 5 lat, więc nie pamięta języka, choć gdy była niedawno w Warszawie, to trochę rozumiała. Bardzo podobna do brata: szeroka, szczera twarz, serdeczny uśmiech, dobry angielski.

Scena urządzona jak w dyskotece: tylko metalowe rusztowania i reflektory. Przekrój wiekowy audytorium: od siedemdziesięcioletnich zażywnych pionierów, przez czterdziestolatków, po zupełnie młodych. Nieliczni mają na głowach jarmułki. Zniecierpliwieni oczekiwaniem zaczynają klaskać. Wreszcie pojawiają się muzycy: rozszerzony zestaw rockowy. I tak też grają. Kawał porządnego łomotu po hebrajsku. Żenia krzyczy mi do ucha treść kolejnych piosenek. Lider, Jeuda Polikier, szpakowaty, krępy mężczyzna w czarnej koszuli i dżinsach, jest synem greckich Żydów ocalonych z Holocaustu i ten wątek obecny jest w jego twórczości [„mniej, ale ciągle boli”]. Jedna z piosenek jest poświęcona matce: o kobiecie, która gdzieś wyjeżdża – „nie bój się, wieczność to tylko proch i pył”. Potem o miłości: ja ciebie tak dobrze znam, a ty mnie; o nocnym życiu, prostytutkach; o łańcuchach i wystrzałach, marszowy rytm przeszywa uszy; potem coś lżejszego; etc., etc. Jedna z nowszych: „jestem ranny, wszyscy dookoła nie żyją, chcę wstać, czy to sen? Zapalam światło”. Widownia siedzi jak zahipnotyzowana. A potem zaraz cudowny rock: „A w piątek jest zabawa”, przebój lat siedemdziesiątych, kiedy Polikier był liderem grupy Benzin, pierwszego zespołu rockowego w Izraelu, śpiewali głownie protest-songi. Publiczność śpiewa razem z muzykami, na balkonie zaczynają tańczyć. Potem przez dłuższy czas greckie kawałki, zamiast gitary mandolina, zamiast keyboardu akordeon, zupełnie jakby Bregovic śpiewał po hebrajsku. Przyjmowane to jest z żywiołowym entuzjazmem. Piosenka o Ben Gurionie: „popatrz, co się dzieje z Twoim krajem”, i znowu ostry rock, coraz więcej ludzi tańczy pod sceną i po bokach, pod koniec wszyscy już stoją: nawet siedemdziesięciolatkowie za nami.

Na zewnątrz budynku młody człowiek z bajgele [chyba nawet lepsze niż krakowskie]. Wracamy, stajemy na światłach – pod drzewem oświetlona tablica, kwiaty: tutaj w 1996 wysadził się w autobusie pierwszy samobójca, było to podczas Purim, żydowskiego Haloweenu, dzieci poprzebierane w zabawne stroje. Żenia ma łzy w oczach.

Niedziela rano,
wizyta w Muzeum Diaspory. Nowoczesny system wystawienniczy, dużo makiet: synagogi w różnych częściach świata: jak kościoły, meczety, pagody… Tylko żydzi w Chinach ulegli zupełnej asymilacji i roztopili w tamtejszej kulturze. To jedyny przypadek kiedy zawiodły mechanizmy pozwalające żydom przetrwać w diasporze. Baza danych daje możliwość odszukania swoich korzeni [za dodatkową opłatą]. Dużo szkolnych dzieci, zachowujących się jak wszystkie szkolne dzieci, ale najwyraźniej mają tutaj dla nich specjalny program: coś rysują, piszą, opowiadają.

Po południu chcę poszukać Tel Awiwu, który może pamiętać mojego ojca. Przyjeżdżał tu z bazy Sarafand [gdzie był w oddziałach junackich] na przepustki. Po pogromie kieleckim zabroniono im tych wyjazdów [na rękawach battle-dressów mieli napis „Poland”]. Ofer polecił mi ulicę Shenkin i miał rację. Tam jeszcze nie dotarła przemożna w Izraelu pasja nowoczesności. Wąska, zatłoczona ulica pnie się pod górę, domy co najwyżej dwupiętrowe, u góry mieszkania, a na dole sklepiki, kramy, jakieś archaiczne warsztaty jakby żywcem wyjęte z albumu „Prywaciarze”, maleńkie bary, kawiarniane ogródki z po parysku ustawionymi w stronę ulicy krzesłami, designerskie geshefty i hebrajski McDonald’s. Staram się odnaleźć smak tego miasta jakim go musiał widzieć ojciec. Na pierwszym piętrze ciemne, drewniane okno z wybitymi szybami, w środku pali się światło. Wchodzę do jakiejś kawiarenki: za kontuarem kobieta przypomina Mirtę Noël [przynajmniej tak sobie wyobrażam tę chiromantkę sprzed I wojny], expresso machiato całkiem dobre, na ścianie wiele karykatur Mirty, ale napisy tylko po hebrajsku. Obliczam czy mogła tu być w 1946 roku. Byłaby wtedy bardzo młodą dziewczyną [ojciec miał 24 lata]. Jej portret jest także między oknami na pierwszym piętrze, i napis: Tamar Caffee. A potem spotykam pana Henryka [który się tutaj nazywa Zvi], który mnie zagaduje gdy robię mu zdjęcie, po chwili szamotaniny językowej przechodzimy na polski. Rozmawiamy długo, najpierw stojąc na ulicy, a potem siedząc na ławce w eleganckiej alei Rotschilda. Pochodził z lubelskiego, przed wojną był młodym chłopakiem, przeżył jako jedyny z sześćdziesięcioosobowej rodziny, uciekł z transportu do Treblinki, potem się ukrywał, ale nie mógł się utrzymać, więc wstąpił do partyzantki, walczył, cztery lata był w lesie. Po wojnie na Pradze w Komitecie Żydowskim dostał jakieś ubranie, trochę żywności, pojechał do swojego domu, gdzie już oczywiście ktoś mieszkał i kazał mu się odwoływać do lokalnej władzy, ale zamiast tego pojechał na ziemie odzyskane, w Legnicy założył ze wspólnikami sklep tekstylny, ożenił się, chciał potem jeszcze dochodzić swych praw do domu i ziemi, ale znajomy mu odradził: jak chcesz zachować życie, to lepiej tam nie jedź. Przez jakiś czas nieźle mu szło w sklepie, ale wyczuł, że nie potrwa to długo, więc sprzedał wszystko i wyjechał do Izraela, bardzo ciężko pracował, po kilkanaście godzin na dobę, był magazynierem w dużym zakładzie krawieckim, po paru latach zachorował na serce, miał poważną operację, odtąd musiał już na siebie uważać i nie zarabiał dobrze. Ciągle pamięta te wszystkie drzewa w sadzie, które ojciec szczepił na małych dziczkach, pamięta maliny, porzeczki, robili z nich przetwory na zimę, niczego nie musieli potem kupować, bo mieli swoje. To wszystko tam zostało. Śnieg, pamięta jak czasami ich zasypało do połowy okien, nie można było wyjść z domu. Czy teraz też są w Polsce takie zimy? Spłoszył się, gdy go poprosiłam żeby mi powiedział jak się nazywa. Czego się właściwie bał? Opowiadał jeszcze wcześniej o dawnym Tel Awiwie, który tu zastał: o niskich domach nie takich jak teraz budują. Tu wszystko już inne. Wydaje mi się, że jednak potrafię pod skorupą współczesności zobaczyć dawne miasto, dawną Mirtę-Tamar i Henryka-Zviego. A przede wszystkim udało mi się wejść w świat, do którego tak często wracał opowieścią mój ojciec. Teraz, gdy go brakło, ten stary Tel Awiw jest jego cząstką, jego symbolem.

Jakiś młody człowiek w jarmułce i białej koszuli zagaduje mnie na ulicy, rozmawiamy chwilę o tym co tu robię, skąd jestem itd., poczym mówi, że jest sierotą, nie ma ani ojca, ani matki i zawiesza głos. Daję mu 3 szekle, on narzeka, ze tak mało. Rozchodzimy się.
Wieczorem IBA News: 11 zabitych w kawiarni w Jerozolimie [wysadził się samobójca]; Netania: na bulwarze nadmorskim giną dwie osoby + zamachowiec. W odwecie atak rakietowy na rezydencję Arafata. Wśród rannych w Netanii ludzie z Południowej Afryki, którzy przyjechali na wesele do krewnych.

Podobno na żydowskim ślubie musi być baldachim, rabin i szklanka, którą tłucze pan młody, no i intercyza. Reszta jest nieistotna. Ślub Rana i Neomi odbywa się w nowoczesnym hotelu, którego momumentalne wnętrze budzi skojarzenia z wielkim protestanckim kościołem, baldachim spoczywa na czterech metalowych ażurowych kolumnach, w których palą się świece, muzyka z filmu „Życie jest piękne”. W towarzystwie rodziców wchodzi witany oklaskami pan młody, potem panna młoda, stają pod baldachimem, przychodzi rabin w białej jarmułce [potomek szacownej rodziny mędrców] i rozpoczyna się właściwa uroczystość. Modlitwy, choć ważne, są tu ograniczone do minimum, obie rodziny nie są zbyt religijne. Odczytywanie intercyzy, towarzyszą temu jakieś żarty rabina. Wszyscy są przejęci, ale nie płaczliwie, jak u nas, co chwila wybuchy śmiechu. Pan młody nie może stłuc szklanki [koledzy zrobili mu kawał i podrzucili taką z nietłukącego szkła, ale w końcu mu się udaje]. Ten zwyczaj ma upamiętniać zburzenie Jerozolimy, ale towarzyszy mu wiele innych znaczeń. Stroną aktywną jest w całej ceremonii mężczyzna: on coś mówi, on tłucze, kobieta jest biernym uczestnikiem. Później jest składanie życzeń, młodzi zostają rozdzieleni żywiołowymi uściskami krewnych i znajomych, nie ma kwiatów, ani prezentów [daje się pieniądze w kopercie przy wejściu na salę, najprościej i najrozsądniej]. Wszyscy podkreślają, że nie jest to ślub tradycyjny. Przejście do sali jadalnej z parkietem do tańca, od razu zaczyna się dyskoteka, wszyscy młodzi tańczą, między parami plączą się dzieci, inni siedzą przy stołach i jedzą, rozmawiają, nie ma przemów, ani toastów. Większość gości wychodzi już około północy, bo na drugi dzień trzeba do pracy, zostaje trochę młodych ludzi, panna młoda w towarzystwie trzech polskich dziewcząt szaleje na parkiecie, obsługa zaczyna sprzątać, około drugiej wychodzimy, bierzemy wino i idziemy na plażę, my nie musimy rano wstawać, ciepło, morze szumi, jesteśmy w dobrych humorach. Nic się nie stało, nie było żadnej bomby, ani zamachowca. Na drugi dzień spróbujemy jednak pojechać do Jerozolimy.

Poniedziałek,
Najpierw do Sarafand, jest to teraz olbrzymia baza wojskowa na 50-60 tys. żołnierzy, służy głownie celom szkoleniowym. Większość budynków została po Anglikach. Ofer spędził tam trzy lata, gdy sam był w wojsku. Baza ma trzy bramy nazywane od miasta, w którego stronę wychodzą. Przy Jaffa Gate jest jeszcze duży szpital, mnóstwo samochodów, tłok. Do zapory podjeżdża jakiś samochód, podchodzi do niego żołnierz z karabinem. Potem wzdłuż płotu z blachy falistej, staram się zajrzeć do środka: wieża strażnicza [zupełnie jak ta na zdjęciu, pod którą stoi przyjaciel ojca przebrany za Araba], solidne ceglane budynki, jakieś magazyny za siatką. Na przystankach autobusowych sami żołnierze i żołnierki. W Izraelu idzie się do wojska zaraz po szkole, po skończeniu 18 lat. Zwolnieni są tylko ci mężczyźni, którzy studiują w jesziwach, kobiety wystarczy, że określą się jako religijne lub są mężatkami. Jeżeli chce się studiować coś co może być przydatne dla armii [np. medycynę], można to robić zaraz po szkole, a potem odpracować w wojsku więcej niż trzy lata. Kobiety narzekają na to, że podczas służby strasznie tyją. Ofer twierdzi, że to dlatego, że nie mają wiele do roboty.

Wracamy do autostrady na Jerozolimę. Pytam o emigrantów z Rosji: jest z nimi kłopot, bo mają zawody zupełnie w Izraelu nie potrzebne. Jest wśród nich bardzo wielu muzyków, fizyków, inżynierów [tu nie ma prawie ciężkiego przemysłu], lekarzy [w Izraelu jest najwięcej na świecie lekarzy na głowę mieszkańca]. Rosyjscy doktorzy żeby ordynować muszą zdać specjalny egzamin, co jest dla nich bardzo stresujące. Ale generalnie Rosjanie sobie nieźle radzą. Największy napływ był 5-7 lat temu i ci mają już mieszkania na własność, pracują. Przyjechało z nimi także wielu kryminalistów, szczególnie z Uzbekistanu i Gruzji, czy prostytutek, wzrosło spożycie alkoholu, wśród młodych Rosjan jest wielu narkomanów, ale to jest szerszy problem. Pierwsi przybyli w latach 70-tych i ci się już zaadoptowali zupełnie [jak Żenia na przykład], bo bardzo łatwo jest zostać Izraelczykiem. Ofer uważa, że Rosjanie mają istotny wkład do kultury jego kraju, ale nie jest to powszechna opinia. Wielu ludzi im zazdrości, szczególnie ci przybyli np. z Maroka, bo przez dwie generacje nie udało im się zdobyć tyle co tamci mają po 5 latach. Ale Rosjanie ciężko pracują. W zamachu na dyskotekę w Tel Awiwie zginęli prawie sami Rosjanie. Ze względu na to, że kilkoro z nich pochodziło z mieszanych małżeństw nie można ich było pochować na normalnym żydowskim cmentarzu, a rodzice nie chcieli żeby leżeli na chrześcijańskim więc w końcu ich ulokowano pod murem, jak samobójców.
Jedziemy teraz starą drogą do Jerozolimy, gdy granica szła inaczej niż teraz i droga musiała kluczyć. Po prawej stronie olbrzymia fabryka cementu pomalowana w kolorowe wzory, po lewej osiedle zbite z blachy, czarnowłose dzieci biegają na bosaka po poboczu. Zwykły krajobraz: sady bardzo niskich drzewek, jakieś krzaczki, nawadniane właśnie zagony, śródziemnomorsko wyglądające wille w ogrodach. Droga zaczyna się piąć pod górę [Jerozolima jest na 800 m n.p.m.], na wzgórzu klasztor [Latrun], to bardzo ważny teren, były tu ciężkie walki, Sharon był tu dwa razy ranny i dlatego pewnie to miejsce miało dla niego znaczenie. Przez 9 miesięcy w 1948 Jerozolima była pozbawiona dostaw, bo Arabowie zamknęli tę drogę, jedzenie dostarczano tzw. drogą birmańską [bo kręta i długa], po drugiej stronie doliny była już Jordania, dlatego trzeba było jechać naokoło.

W normalnych czasach wjechalibyśmy do Jerozolimy od północy, przez Ramallah, ale teraz ta nazwa nie brzmi dobrze [bezpiecznie]. Dookoła gołe wzgórza, były tam lasy, ale podczas pierwszej Intifady Arabowie je spalili. Na poboczach zardzewiałe resztki czołgów, które walczyły o drogę do Jerozolimy. Po lewej osiedle ortodoksów. Co robią? Mają tam jesziwę i studiują, u nich tylko kobiety pracują. Dalej, na szczytach wzgórz osiedle Mevasseret, przedmieście Jerozolimy, gdzie przenieśli się z miasta ludzie o liberalnych poglądach. Rząd zachęcał do tego aby rozciągnąć miasto na jak największy obszar. To kolejne strategiczne miejsce [Ofer często używa tego określenia]. Niebezpieczny zakręt, zawsze tu są wypadki, bo samochody jadą za szybko. Zaczyna się korek, wzgórze po przeciwnej stronie poprzecinane kamienno-cementowymi żółtymi terasami, nazywa się to miejsce Górą Spoczynku, jest to cmentarz, widać grupkę ciemno ubranych ludzi. Na skalnych zboczach przy autostradzie – hebrajskie graffiti. Zaczyna się miasto [część zachodnia]: wielkie hotele [np. trójdzielny Crown Plaza] i ubrani na czarno ortodoksi, [po]nowoczesny kompleks Sądu Najwyższego mający symbolizować równowagę [między religiami na przykład]. Wszystkie domy są zbudowane z lokalnego kamienia [taki jest przepis]. Przez pomyłkę wjeżdżamy do centrum, do najstarszego osiedla żydowskiego [mieliśmy tam nie jechać], było ono jak Berlin Zachodni, miasto w mieście. Zatrzymujemy się, wysiadamy. Zaraz podjeżdża do nas patrol na motocyklu uzbrojony w Uzi, patrzą na nas, odjeżdżają. Żołnierz nie wpuszcza nikogo w sąsiednią uliczkę, zdezorientowani ludzie czekają: ciężarna kobieta w kapeluszu, dwoje młodych, chłopak w bejsbolówce, kobieta z zakupami, ortodoks w czarnym płaszczu. Wyjeżdżamy na Rehavia, najlepsze miejsce w całej Jerozolimie, mieszka tu high-society. Pod górę wspina się jakaś młoda para z fotografem. Gdy im robię zdjęcie, przez chwilę widać przerażenie w ich oczach. Spod nieco lunaparkowego wiatraka [wystawił go baron Montefiori, aby mleł zboże dla biednych] wspaniały widok na całe miasto: naprzeciwko dzielnica chrześcijańska, liczne wieże kościelne, Ofer lubił chodzić 25 grudnia od jednego kościoła do drugiego: w każdym inna muzyka, inny rytuał [opowieść ojca o pasterce w Betlejem w 1946]; na lewo dzielnica muzułmańska, widać miejskie mury.

Oficer chce nam pokazać jeszcze inne dobre miejsce widokowe, ale w tym celu musimy wyjechać z miasta i wrócić do niego od innej strony [w korkach]. Nowy kampus Uniwersytetu Hebrajskiego na Górze Skopus [patrzeć]. Zaczyna się zmierzchać. Mijamy zaparkowany samochód, w którym ryczy radio. Z dołu dochodzą monotonne głosy muezinów wzmocnione nowoczesnym sprzętem. O szóstej rozpoczynają się modlitwy. Ofer mówi, że problemy zawsze się zaczynają po modlitwach. Nad miastem żółta chmura smogu. Na lewo Góra Oliwna [zdjęcia ojca stamtąd], nie pojedziemy tam, bo po drodze niebezpieczna wioska. Naprzeciw nas złota Kopuła Skały. Często powtarza się: next time. Wracamy. Ofer z uśmiechem: zadzwonię do żony, że żyję. Przez teren zamieszkały głównie przez ortodoksów, w sobotę nie można by tędy przejechać, rozciągają linę w poprzek drogi. Bnej Barak koło Tel Awiwu to ich drugie centrum. Na przystankach autobusowych czarno ubrani mężczyźni w kapeluszach i czarno ubrane kobiety też w kapeluszach. Mężatki noszą na głowach peruki, bo muszą mieć ogolone głowy żeby nie podniecać obcych mężczyzn. Kapelusze nie są obowiązkowe, ale uważane za kobiece. Przemysł kapeluszniczy w Izraelu jest bardzo dobrze rozwinięty. Amerykańscy ortodoksi często wracają do domu z kilkoma pudłami nakryć głowy. Rodziny ortodoksyjne są zamknięte, nic nie wydostaje się na zewnątrz. Ofer pracuje jako wolontariusz w telefonie zaufania dla wykorzystywanych seksualnie dzieci. Jest przerażony tym jak dużo jest takich przypadków, zarówno dziewcząt, jak i chłopców, w tych rodzinach. A tam nikt nie pójdzie na policję, nie poskarży się. Ofer radzi jak mają postępować, jak się bronić, gdzie ewentualnie zwrócić się o pomoc. Także w szkołach prowadzi się tego typu akcje.

Dojeżdżamy już do Tel Awiwu. Ofer chce ominąć centrum miasta bo miała być demonstracja. Czyja? Prawicy, która uważa, że Palestyńczykom nic się nie należy. To głównie osiedleńcy [na terytoriach okupowanych]. Likud to wiele różnych opinii, ale głównie: Palestyńczycy powinni mieć państwo, ale słabe i zależne od Izraela. Ortodoksi uważają, że życie ludzkie jest najważniejszą wartością, ale są oportunistami i zawsze wchodzą do rządu, jaki by nie był. Później jest lewica: Partia Pracy, Partia Arabska oraz Komunistyczna Partia Izraela, w której są i Żydzi i Arabowie . Społeczeństwo jest podzielone pół na pół [i jak w Polsce podział na lewicę i prawicę nie zależy od stosunku do spraw ekonomicznych], a linią podziału jest stosunek do [ewentualnego] państwa palestyńskiego. Ofer sytuuje siebie na zdecydowanej lewicy: Palestyńczycy muszą dostać swoje państwo, muszą mieć narodową dumę, narodowe symbole: flagę, hymn, i przede wszystkim – paszporty. Muszą się wreszcie poczuć dowartościowani. Nie powinni zostać obywatelami Izraela głównie z powodów natury demograficznej, po kilkunastu latach przestałoby to być państwo żydowskie i stracono by to co przez 50 lat w trudzie wypracowano w tym kraju. Państwo Palestyńskie i tak będzie zależne od Izraela i będzie się starało o dobrosąsiedzkie stosunki. Czy nie jest to polityczna naiwność? Czy poczucie krzywdy i urażona duma znikną wraz z powołaniem państwa? Ofer zapala papierosa [pierwszy raz w samochodzie]: może jestem naiwny, ale co wy Polacy wyobrażacie sobie na temat wstąpienia do Unii Europejskiej, chcecie być wreszcie z powrotem członkami zachodniego świata, a kwestie ekonomiczne są drugorzędne. Ofer twierdzi, że podbite narody zawsze w końcu zrzucają jarzmo [daje liczne przykłady]. Bycie uciemiężonym jest złem, ale bycie ciemiężycielem również. Sam pamięta jak się czuł, gdy jako żołnierz ochraniał tajnych policjantów aresztujących „terrorystów”: trzecia nad ranem, walenie w drzwi, tam cała rodzina, wszyscy muszą wyjść na zewnątrz, kobiety, dzieci, płaczą. To nie robi dobrze 18 letniemu chłopcu, który się temu przygląda. Staje się zbyt twardy, traci wrażliwość na drugiego człowieka.

Dojeżdżamy wreszcie do hotelu. Ofer opowiada jak w zeszłym roku przywiózł ojca do Polski. W Muzeum Diaspory odszukali nazwę miejscowości skąd pochodzili ich przodkowie, było to gdzieś pod Krakowem, znaleźli tam grób pradziadka, który urodził się w roku 1812 a zmarł w 1876. Ofer nie lubi chodzić po cmentarzach, ale ta wizyta była mu potrzebna – dotknął swej przeszłości.
W środku nocy Reuven zawozi nas na lotnisko. Trzeba być dwie godziny przed odlotem, przejść dokładną kontrolę i odpowiedzieć na dziesiątki pytań. Znowu spora grupa chasydów, ale ci jakby nieco inni: nie mają pejsów, za to lepsze kapelusze [wysoko noszone meloniki] i oprócz normalnego bagażu, kilka kartonów oklejonych taśmą [to koszerne jedzenie, które muszą ze sobą zabrać]. Reuven twierdzi, że tych w czarnych kapotach jest w Izraelu około 7%, a religijnych ogólnie ze 20%. Opowiada o pewnej polskiej przewodniczce po Izraelu, którą ciągle wycieczkowicze pytali o to gdzie są Żydzi. Odpowiadała, że wszędzie na około. W końcu zrozumiała, że im chodziło o chasydów. Teraz zawozi polskie grupy do osiedli ortodoksyjnych żeby mogli potwierdzić swoją kliszę żydowskości.
W samolocie dostajemy gazety, w których na pierwszym miejscu są relacje o zabitych w Jerozolimie, Ramallah, Gazie, Balacie, Dżeninie, Nablusie, Ofrze, Rafah, Betlejem, Tel Awiwie, Afuli, Tulkarze, Acmonie, Netanii… Jedne z tych nazw są hebrajskie, a inne arabskie.
Pierwszego dnia na plaży miałam wrażenie, że tak właśnie musiał wyglądać Gdańsk w sierpniu 1939. Potem starałam się o tym zapomnieć, ale ono ciągle wraca.