South Park jako zwierciadło Ameryki, czyli opowieść o kraju country i rock and rolla.

Autor: Piotr Prokopowicz

 

Tak, jak dobra teoria socjologiczna, „South Park” jest narzędziem uwrażliwiającym, pozwalającym uchwycić to, co wydaje się najważniejsze w tkance społecznej Stanów Zjednoczonych. Napięcia, sprzeczności, wady i zalety – wszystko to odzwierciedlone jest bezbłędnie w serialu Matta Stone’a i Treya Parkera. Spędzając ostatnie kilka miesięcy w Stanach Zjednoczonych, obserwując jedynie niewielki wycinek rzeczywistości amerykańskiej, nie mogłem nadziwić się jak odpowiednim komentarzem do wydarzeń rozgrywających się w USA wydaje się być „South Park”; komentarzem równie adekwatnie opisującym mentalność głębokiego Południa jak i postępowego Zachodu; komentarzem, który sprawia, że trudno spostrzegać Amerykę inaczej niż przez oczy Stana Marsha, Kyle’a Brovlowskyego, Kenny’ego McCormicka i Erica Cartmana.„Uważam, że głosowanie jest świetne, ale jeśli mam wybierać między kanapką z gównem a lewatywą, to nie widzę w tym głębszego sensu” – stwierdza z zatroskaną miną 11-letni Stan Marsh, mieszkaniec małego, górzystego miasteczka South Park w stanie Colorado. Jego szkolna drużyna footballowa właśnie została zmuszona do zmiany maskotki przez grupę ekoterrorystów, a Stan nie potrafi uwierzyć w to, że jego głos może coś zmienić przy wyborze nowej. Ostatecznie, zmuszony do ucieczki przed masowym morderstwem popełnionym przez fanatycznych członków kampanii Puffa Daddy’ego „Vote or Die”, Stan przekonuje się, że od początku miał rację – wybór między dwoma miernymi kandydatami nie może przynieść niczego dobrego.

Ósmy odcinek ósmej serii animowanego serialu dla dorosłych „Miasteczko South Park” został wyemitowany na kanale Comedy Central na tydzień przed dniem wyborów prezydenta Stanów Zjednoczonych. Niezbyt wyszukane aluzje, wulgarny język i bezlitosne pastwienie się nad głównymi kandydatami na najwyższe stanowisko w państwie wydawały się trafiać idealnie w nastroje panujące pośród znacznej części mieszkańców Ameryki Północnej. Zmęczeni zamieszaniem przedwyborczym, wzajemnymi oskarżeniami oraz brakiem wyraźnej osobowości pośród kandydatów, niektórzy obywatele USA rzeczywiście czuli się zmuszeni do pozornego, aczkolwiek koniecznego wyboru. Pokazując opór wobec takiego stanu rzeczy, bohaterowie South Parku, mali czwartoklasiści mówiący głosami swoich twórców – Matta Stone’a i Treya Parkera – pokazali po raz kolejny jak groteskowy i absurdalny jest świat, w którym przyszło żyć przeciętnemu obywatelowi Stanów Zjednoczonych.

Serial „Miasteczko South Park” zmienił się prawie nie do poznania przez ponad siedem lat obecności na kanale Comedy Central. Początkowo prosty, o charakterze czysto rozrywkowym, od kilku sezonów „South Park” skupia się na szerokim spektrum kontrowersyjnych zagadnień społecznych, takich jak rasizm, nielegalna imigracja, ruch obrony praw zwierząt, molestowanie seksualne, kryzys religijności, homoseksualizm, otyłość, wojna w Iraku czy światowy terroryzm. Wszystkie te zjawiska są w serialu jednocześnie eksponowane, dokładnie analizowane i bezlitośnie ośmieszane – na wszystkie możliwe sposoby, bez poszanowania żadnych świętości, plugawym językiem w ustach niewinnych dzieci.

W prawie każdym nowym odcinku „South Parku” (zdarzają się niechlubne wyjątki) dostrzec można jedyną w swoją rodzaju miniaturę tego, czym Stany Zjednoczone żyją z dnia na dzień; arbitralnie, ale z wyjątkową wrażliwością wyselekcjonowaną próbkę mniej lub bardziej poważnych problemów społecznych, które nurtują współczesną Amerykę. Wykorzystując czarny humor i parodię, krytykując społeczeństwo konsumpcji i religijnego dewotyzmu, tak lewicowych, jak i prawicowych radykałów, Matt i Trey rozdają ciosy równo, wprowadzając w życie osobliwą formę sprawiedliwości społecznej. I tak, dostaje się po równo: prezydentowi Bushowi i senatorowi Kerry’emu, Chrystusowi i Buddzie, białym protestantom i Afro-Amerykanom – listę można kontynuować prawie w nieskończoność. Autorzy „South Parku” robią to przy tym tak zabawnie, że nad głębszą treścią przekazu możemy zastanowić się dopiero wtedy, gdy podniesiemy się z podłogi po dwudziestu minutach duszącego śmiechu.

Tak, jak dobra teoria socjologiczna, „South Park” jest narzędziem uwrażliwiającym, pozwalającym uchwycić to, co wydaje się najważniejsze w tkance społecznej Stanów Zjednoczonych. Napięcia, sprzeczności, wady i zalety – wszystko to odzwierciedlone jest bezbłędnie w serialu Matta Stone’a i Treya Parkera. Spędzając ostatnie kilka miesięcy w Stanach Zjednoczonych, obserwując jedynie niewielki wycinek rzeczywistości amerykańskiej, nie mogłem nadziwić się jak odpowiednim komentarzem do wydarzeń rozgrywających się w USA wydaje się być „South Park”; komentarzem równie adekwatnie opisującym mentalność głębokiego Południa jak i postępowego Zachodu; komentarzem, który sprawia, że trudno spostrzegać Amerykę inaczej niż przez oczy Stana Marsha, Kyle’a Brovlowskyego, Kenny’ego McCormicka i Erica Cartmana. Osobiście prawdopodobnie nigdy nie będę już w stanie patrzyć na Stany Zjednoczone i nie widzieć w nich kraju rozdartego, ale w stanie równowagi, kraju Paula Wolfowitza i Noama Chomsky’ego, kraju fast foodów i produktów organicznych, kraju neokonserwatyzmu i liberalizmu, słowem, jak chcą tego Stone i Parker – kraju country i rock and rolla.

Oczywiście, absurdem byłoby traktować „South Park” jako realistyczny, dziennikarski obraz Stanów Zjednoczonych. Niczym Bakhtinowy karnawał, „South Park” poprzez swoją wulgarność, obsceniczność i bezpośredniość, wyzwala się z oków dominującej kultury, przybliżając nas tym samym paradoksalnie do jej poznania. Ten quasi-anarchistyczny charakter serialu, wymykanie się prostym definicjom, sposób, w jaki parodia i powaga, sacrum i profanum, śmierć i zmartwychwstanie spotykają się w ciągu dwudziestu minut dziecięcego karnawału sprawiają, że nikt nie oddaje prawdy o życiu, rozwoju i rozkładzie dzisiejszego Imperium tak sugestywnie, jak robią to Matt Stone i Trey Parker.

Aha, zapomniałem dodać: jestem fanem „South Parku”.