Socjologiczne i psychologiczne spojrzenia na świat cz.2 - Durkheim. Socjologia jako antypsychologia

Socjologiczne i psychologiczne spojrzenia na świat cz.2 – Durkheim. Socjologia jako antypsychologia

Z lektury jednego z założycielskich tekstów socjologii, Zasady metody socjologicznej Émile’a Durkheima (2011), jasno wynika, że socjologia jako dyscyplina naukowa rodziła przede się wszystkim w opozycji do psychologii. Durkheim wkłada wiele wysiłku i inwencji, aby wyraźnie rozróżnić i oddzielić od siebie te nauki. Wysiłek ten przejawia się dobitnie w wielu stwierdzeniach, w których postulat, wymóg czy też potrzeba owego rozróżnienia wrażona jest expressis verbis: „Psychologia i socjologia różnią się więc od siebie tak wyraźnie, jak tylko mogą się różnić dwie nauki, bez względu na to, jakie są lub mogłyby być związki pomiędzy nimi” (11); „Oznacza to, że socjologia nie może w żadnym razie po prostu zapożyczać od psychologii takich czy innych pomysłów w celu stosowania ich bez zmiany do faktów społecznych”; „Socjologia nie jest wnioskiem z psychologii” (s. 14, 17, 139).

Nie wiem jak innym czytelnikom tych słów, ale mnie osobiście stwierdzenia powyższe skłaniają do podejrzeń, iż skoro socjologia tak bardzo nie chce mieć żadnych związków z psychologią, to może dlatego, że właśnie je ma. Psychoanalitycy powiedzieliby może nawet, że ów silny opór przed przyznaniem się do tych związków jest właśnie widomym symptomem tego, iż najwyraźniej dokonuje się tu jakiś proces tłumienia, zaprzeczania albo i wyparcia. A wtedy owa tak gorliwie (nazbyt gorliwie?) deklarowana odrębność i niezależność socjologii byłaby po prostu reakcją upozorowaną, która ma owe związki maskować. Nie chciałbym jednak wyciągać aż tak daleko idących wniosków, ale coś może i jest na rzeczy (jako psycholog traktuję podobne „podejrzenia” zupełnie poważne).

Jak wiemy, projekt socjologiczny Durkheima polegał mniej więcej na poszukiwaniu takich aspektów życia społecznego, które można byłoby badać „jak rzeczy”. Aspekty te nazwał „faktami społecznymi”, które wyraźnie odróżnił od „faktów psychologicznych” i uznał za „właściwą dziedzinę socjologii” (s. 30):

Fakty społeczne różnią się od psychicznych nie tylko ilościowo; mają one inne podłoże, zachodzą w innym środowisku, zależą od innych warunków. Nie chcemy przeczyć, iż w pewnym sensie są one również psychiczne, wszystkie polegają bowiem na sposobach myślenia i działania. Stany świadomości zbiorowej mają wszakże inny charakter, aniżeli stany świadomości jednostkowej; są to przedstawienia innego rodzaju. Mentalność grupy to nie mentalność poszczególnych osób; ma ona swe własne prawa (s. 14).

Z tego, co zrozumiałem z lektury, Durkheim uważał, iż świadomość zbiorowa jest faktem społecznym, ponieważ jako niezależna od świadomości indywidualnych (na które wywiera zewnętrzny „przymus”) daje się ujmować jako coś obiektywnego, jako rzecz właśnie, którą słusznie i sprawiedliwie daje się badać naukowo. Nie jestem natomiast pewien, jak rozumiał on „fakt psychiczny”. Analogicznie – jako jednostkowy i subiektywny – winien być on uznany jako niedający się zobiektywizować, a więc i niepodlegający badaniu naukowemu, a tym samym w ogóle nie powinien być traktowany jak fakt. Innymi słowy, o ile świadomość zbiorową należy traktować jak rzecz, którą można badać naukowo, o tyle świadomość indywidualna jest nieokiełzanym siedliskiem subiektywizmu, emocji i wszelkiej zmienności:

Oto, czym są zjawiska społeczne, uwolnione od wszelkiego obcego elementu. Ich prywatne manifestacje mają wprawdzie w sobie coś społecznego, gdyż odtwarzają częściowo model zbiorowy, ale każda z nich zależy również, i to w dużej mierze, od organiczno-psychicznej konstytucji jednostki oraz szczególnych warunków, w jakich się ona znajduje. Nie są to więc właściwe zjawiska socjologiczne (s. 36).

Coś bardzo podobnego wynika z innego fragmentu:

Wrażenie jest tym bardziej obiektywne, im bardziej stały jest przedmiot, do którego się ono odnosi. Warunkiem wszelkiej obiektywności jest bowiem istnienie stałego i niezmiennego punktu oparcia, do którego przedstawienie może być odniesione w celu wyeliminowania zeń wszystkiego, co zmienne, przejściowe, subiektywne. Jeżeli zmienne są nawet punkty oparcia, jakie zostały nam dane, jeżeli nieustannie zmieniają swe położenie względem siebie, to brakuje jakiejkolwiek wspólnej miary i nie jesteśmy w stanie rozróżnić w swoich wrażeniach tego, co zależy od świata zewnętrznego, od tego, co pochodzi z naszego wnętrza (s. 74-75).

Co do mnie, to najbardziej przekonuje mnie właśnie to ostatnie zdanie, które jednak autor podaje jako przykład jakiegoś niebywałego horrendum, na które myśl ludzka nie może się zgodzić. Toż z tego, że człowiekowi czegoś brakuje, np. „punktów oparcia”, w żaden sposób nie wynika, że to coś miałoby właśnie dlatego koniecznie istnieć. Jest nawet odwrotnie: jeśli wydaje się nam, że coś istnieje, a jest nam to jednocześnie do czegoś niezbędne, powinniśmy raczej uruchomić myślenie (samo) krytyczne i zastanowić się, czy aby czasem tego czegoś sobie właśnie z tego powodu nie wymyśliliśmy. Przyjmuję raczej za oczywiste, że takie fenomeny jak „punkty oparcia, jakie zostały nam dane” w ogóle nie istnieją. W każdym razie „obiektywnie”. Możemy mieć tylko „poczucie”, że one istnieją. No ale tę podpowiedź podsuwa mi raczej „wyobraźnia psychologiczna”, od której socjologowie tak wyraźnie usiłują się dystansować, a nawet programowo jej unikają. Wydaje mi się zatem, że o ile psychologia przestrzega nas przed pewnymi – psychologicznymi właśnie – ograniczeniami, socjologia nie chce nic o nich wiedzieć, usiłując wypracować jakiś nieosiągalny ideał podejścia obiektywnego.

Durkheim uznawał, że choć fakty społeczne są „sposobami działania, myślenia i odczuwania” (s. 30), to jednak nie świadomości indywidualne tworzą fakty społeczne, ale to raczej fakty społeczne „wywierają przymus” na świadomości indywidualne1. Dziać by się tak miało dlatego, że są one zewnętrzne i niezależne wobec tych ostatnich. Prawdę mówiąc, argumentacja, jaką dla poparcia tej tezy przytacza autor, wydaje mi się wyjątkowo nieprzekonująca, a nawet dość naiwna. Nie wiem tylko, czy dlatego, że odczytuję ją z dzisiejszej (ponowoczesnej) perspektywy, czy może z powodu ewentualnych ograniczeń „wyobraźni psychologicznej”, jaką się w tym celu posługuję:

Gdyby życie społeczne było tylko przedłużeniem bytu indywidualnego, nie powracano by oto w ten sposób do swego źródła, aby nim gwałtem zawładnąć. Skoro władza, której ulega jednostka, działając czując lub myśląc społecznie, panuje nad nią do tego stopnia, dzieje się tak dlatego, że jest ona wytworem sił przerastających jednostkę i nieogarnionych dla niej. To nie od niej pochodzi ten zewnętrzny nacisk, jaki odczuwa; toteż nie to, co odbywa się w jej wnętrzu, może go wyjaśnić (s. 130-140).

Według mojej skromnej wiedzy – a raczej ostrożniej: przekonań – dzieje się właśnie tak, że to, co Durkheim nazywa „faktami społecznymi”, jest jak najbardziej wytwarzane przez jednostki, następnie alienuje się – zmienia się w „instytucję” czy (agambenowskie) „urządzenie” – po czym wraca „do swego źródła [czyli do świadomości indywidualnych], „Za fakty społeczne uznaliśmy sposoby postępowania lub myślenia, rozpoznawalne jako fakty społeczne dzięki temu, że są zdolne wpływać przymuszająco na świadomości indywidualne”. Tamże: 18. aby nim gwałtem zawładnąć”. O ile jednak psychologia – zwłaszcza społeczna – usiłuje badać, jak konstytuują się świadomości indywidualne, na jakich zasadach partycypują one w świadomościach zbiorowych, jak tworzą one następnie „fakty społeczne” i w jaki sposób z kolei owe fakty oddziałują („wywierają przymus”) wtórnie na zbiorowości i jednostki, o tyle socjologia chce analizować wyłącznie owe zbiorowości i „fakty społeczne”. W tej perspektywie socjologia zajmuje się jedynie wąskim fragmentem tego, co wchodzi z zakres badań psychologii, choć sama utrzymuje, że to ona właśnie posługuje się „szerokimi kategoriami”.

Durkheim nie poprzestaje jednak na wykoncypowaniu obiektywnego przedmiotu badań socjologii. Zdaje się on sugerować, że i podmiot tego badania pozbawiony winien być „wszystkiego, co zmienne, przejściowe, subiektywne”.

Musimy tedy rozpatrywać zjawiska społeczne same w sobie, oddzielone od świadomych podmiotów, które je sobie wyobrażają; trzeba badać te zjawiska od zewnątrz, jak zewnętrzne wobec nas rzeczy, gdyż jedynie jako takie nam się przedstawiają. Jeżeli ta zewnętrzność jest tylko pozorna, nasze złudzenia będę się rozpraszać w miarę postępu nauki i zobaczymy, można powiedzieć, uwewnętrznienie się zewnętrzności. Rozwiązanie nie może być jednak przesądzone i gdyby nawet miało się okazać, że owe zjawiska nie mają żadnych istotnych cech rzeczy, zacząć trzeba od traktowania ich tak, jakby cechy te posiadały (s. 57).

Jeżeli będziemy „rozpatrywać zjawiska społeczne same w sobie”, oddzielone od nas jako „podmiotów, które je sobie wyobrażają”, to kto właściwie będzie zajmował się ich badaniem? Dla psychologa jest jasne, że wszystko, czym dysponujemy, to nasze wyobrażenia o nas samych i świecie, w związku z czym badanie zjawisk społecznych jest w istocie badaniem naszych wyobrażeń na ich temat. Więcej, opisywanie tych zjawisk przez badaczy jest niczym innym jak tworzeniem kolejnych – może tylko bardziej racjonalnych czy usystematyzowanych – wyobrażeń. Co ciekawe, w innym miejscu sam Durkheim przyznaje, że „życie społeczne składa się w całości z wyobrażeń” (s. 5).

Być może znów wyjdę na ignoranta, ale wydaje mi się, że Durkheim postuluje tym samym ustanowienie takiego podmiotu badań socjologicznych, który nie byłby częścią życia społecznego i nie obowiązywały go ograniczenia psychologiczne właściwe innym śmiertelnikom. Podmiot taki byłby odpowiednikiem „zjawisk społecznych, uwolnionych od wszelkiego obcego elementu” – czyli aspektów psychicznych – jako przedmiotu jego badań. Posługiwałby on się nie jak inni ludzie bardziej lub mniej świadomymi wyobrażeniami, lecz czystym intelektem, a może nawet miał bezpośredni dostęp do „rzeczy samych w sobie”. Badając te zjawiska „jak rzeczy”, sam byłby niejako rzeczą, rozumem pozbawionym psychiki, czymś w rodzaju poznawczej maszyny logicznej.

Durkheim w pewnym miejscu postuluje nawet, i poniekąd antycypuje, zasadność ukonstytuowania się nauki pośredniej pomiędzy socjologią a psychologią, a więc psychologii społecznej, która jako osobna dziedzina wyodrębniła się wiele lat później (angielska nazwa social psychology jeszcze dobitniej wyraża jej pośredniczący charakter). Miałaby to być „czysto formalna psychologia, która byłaby czymś w rodzaju wspólnego terytorium psychologii indywidualnej i socjologii” (s. 16), co znów sugeruje, że dotychczasowa psychologia nie jest „czysto formalna”, lecz uwikłania w psychiczno- psychologiczne uwarunkowania, które deprecjonują ją jako naukę.

Koncepcja socjologii durkheimowskiej wydaje się być zatem zbudowana na jednym podstawowym założeniu-obawie: „Ilekroć przeto zjawisko społeczne jest bezpośrednio wyjaśniane przez jakieś zjawisko psychiczne, tylekroć można być pewnym, że wyjaśnienie jest fałszywe” (s. 142). Psycholog powiedziałby, przeciwnie, że wszelkie zjawiska społeczne jednocześnie zjawiskami psychicznymi i choć wiąże się to z poważnymi komplikacjami dla badacza, to właśnie z tymi komplikacjami powinien się on mierzyć w pierwszej kolejności. Tymczasem dokładnie od tego ucieka jak od ognia posługujący się „szerokimi kategoriami” socjolog. Ten chciałby być niepopełniającym błędów poznawczych, wynikających z jego konstytucji psychicznej, podmiotem- analitykiem (trochę jak u Lacana), metodycznie poddającym oględzinom przedmiot swoich badań.

Ale taki „uwolniony od wszelkiego obcego [czyt. psychologicznego] elementu” i niepopełniający błędów podmiot-analityk właśnie dlatego musiałby pracować czysto mechanicznie. Moim skromnym zdaniem jednak, jeżeli w ogóle może dokonywać się jakikolwiek ruch myśli, to właśnie przez błąd! Przez ograniczenia i uwarunkowania ludzkiej percepcji i niedoskonałość rozumowania, a więc przez samo bycie ludzkim podmiotem (wg Lacana/Žižka podmiot prawdziwie ludzki, to podmiot nieustannie podważający swoje istnienie jako podmiotu).

To właśnie niedoskonałości, błędy i nieprzystające do siebie wyobrażenia sprawiają, że człowiek ma o czym myśleć, że motywuje go badawcze pragnienie (bo uwiera poznaczy dysonans), że istnieją nie obiektywne i obojętne „fakty społeczne”, które można badać „jak rzeczy” (ale po co?), ale Rzeczy jako „wszystko to, co w jakikolwiek sposób dotyczy człowieka, obchodzi go i co w konsekwencji wymaga omówienia” (Heidegger 2002: 154), a więc to, co nigdy nie poddaje się adekwatnej czy ostatecznej (zamykającą sprawę raz na zawsze) symbolizacji.

Durkheim zaś chciałby postawić naprzeciw siebie obojętne „fakty społeczne” i pozbawiony jakiejkolwiek psychologicznej motywacji podmiot poznawczy. W jakim celu? Aby mogła powstać „czysto formalna nauka” zwana socjologią (choć przecież każdy obdarzony „wyobraźnią socjologiczną” czytelnik łatwo wychwyci typowo „psychologiczne” pragnienie napędzające samego Durkheima). I w pewnym sensie mu się to pewnie udało. Może to bowiem właśnie dlatego książki socjologiczne tak mało mnie „kręcą”. A to, co wydaje mi się w nich najciekawszego, pochodzi zazwyczaj skądinąd, z przekroczenia socjologicznych dogmatów i otwarcia się na inne perspektywy poznawcze.

Dla samych socjologów takie wycieczki poza własne dobrze rozpoznane terytorium, bywają niekiedy mocno histeryzujące (wtedy bojaźliwie się wycofują na z góry upatrzone pozycje), a nawet traumatyzujące (wtedy chowają głowę w piasek, udając, że niesocjologicznej Realne w ogóle nie istnieje), niekiedy niezmiernie odświeżające (wtedy przekraczają ograniczenia własnej dziedziny i odkrywają nowe sposoby myślenia), czasami zaś wręcz oszałamiające (casus Nowoczesności i Zagłady, w której Zygmunt Bauman najwyraźniej ekscytuje się eksperymentami psychologa społecznego Stanleya Milgrama nad autorytetem i posłuszeństwem, które datują się na… połowę lat sześćdziesiątych XX wieku; chociaż, owszem, także w środowisku psychologicznym nadal należą one do najbardziej inspirujących i często dyskutowanych).

Napisawszy powyższe, odrobinę, a nawet dość tęgo się wystraszyłem. Bo przecież po tym, jak otwarcie i beż żenady przyznałem się do własnej ignorancji w zakresie socjologii, to pewnie nieprzystojnie albo i bezrozumie wytoczyłem później przeciw niej tak ciężkie działa. No ale jako psycholog nie będę ukrywał, że powoduje mną przede wszystkim chęć zredukowania dysonansu poznawczego pomiędzy tym, co sam sobie myślę – może i głupio – a tym, co mówią mi ci, których mam za mądrzejszych ode mnie. Nie tyle więc obawiam się opinii takiego czy owego środowiska na mój temat, ile oczekuję, iż ktoś zechce moje niezgrabne myślenie poprawić i wyprostować, iżbym już tego dysonansu tak bardzo dojmująco nie odczuwał jak go odczuwam w tej chwili.

Źródła

Durkheim, E. (2011) Zasady metody socjologicznej, przeł. J. Szacki, Warszawa, Wydawnictwo Naukowe PWN.

Heidegger, M. (2002) Rzecz, w: tegoż, Odczyty i rozprawy, przeł. J. Mizera, Kraków, Wydawnictwo Baran i Suszczyński.

 

Ilustracja: MaX.