http://s3.amazonaws.com/dk-production/images/36071/large/whistleblower.jpg?1370959853

Snowden – i nastała czujność

Dziennikarze zacierają ręce i w skrytości serca dziękują Edwardowi Snowdenowi, który niedość, że ujawnił amerykańskie programy inwigilujące wszystkich w Internecie, to jeszcze dostarczaim ciągle wiadomości w tym jakże smutnym wakacyjnym sezonie ogórkowym. Barack Obama nie spotka się z Władimirem Putinem, gruchnęła wieść. Namawiali go do tego zarówno Republikanie,jak i Demokraci, a ta zgodność powinna być jeszcze większą sensacją niż odwołane rozmowy. Prezydent Stanów Zjednoczonych pojedzie do Petersburga na szczyt grupy G20, ale nie usiądzie na kawce z prezydentem Rosji. Władimir Putin w westchnieniem i „rozczarowaniem”, jak zapewniają oficjele, schował jeden ze swoich garniturów do szafy. Edward Snowden wyszedł po czterdziestudniach z lotniska i czyta dzieła klasyków literatury rosyjskiej.

W zasadzie wszyscy powinni być zadowoleni. Snowden ma swoje cztery kąty i –najwyraźniej – pokaźną bibliotekę, a także uczy się pięknego skądinąd języka rosyjskiego, czego raczej nie czyniłby w innej sytuacji. A przecież należy poszerzać swoje horyzonty, czyż nie? Dziennikarze oddychają z ulgą, że nie muszą ciągle na siłę produkować sensacji. Prezydent Putin nie dość, że nie jest zobligowany do tego, by kilka godzin zabawiać Baracka Obamę, to jeszcze może głosić, że to wszystko kwestia histerycznej wręcz reakcji administracji amerykańskiej. Prezydent Obama również nie tylko nie musi przez tyle czasu mierzyć się z męskością prezydentaPutina, ale także postępuje zgodnie z sugestiami polityków i komentatorów w swojej ojczyźnie. Może pojechać na inną kawkę, do znacznie weselszego i swobodniejszego miejsca jakim jest Tonight Show w telewizji NBC i tam przypomnieć ludziom, że istniało coś takiego jak „zimna wojna”. Po tylu filmach, książkach i innych historiach o tym, jak w USA inwigiluje się wszystkich wszędzie podanie takiej prawdziwej informacji chyba nie powinno wywołać masowych protestówczy grupowej rezygnacji z kont na Facebooku. Jak w bajce o wilku i pastuszku – po wielu fałszywych alarmach trudno uwierzyć w prawdziwe zagrożenie.

A jednak, nastawienie Amerykanów stopniowo zdaje się zmieniać. Amerykańska firma Annalect przeprowadziła badania opinii publicznej, które pokazują przede wszystkim wzrostzainteresowania i skupienia na ochronie swoich danych osobowych w Internecie (o prawie 20% wstosunku do badań czerwcowych, tuż po ujawnieniu danych przez Edwarda Snowdena). Pełnyraport można – a jakże – ściągnąć z ich strony internetowej (http://annalect.com/annalect-q2-2013-online-consumer-privacy-study/). Zastanawia jednak nieco inna rzecz. Z tego dokumentu wynikałoby, iż użytkownicy Internetu zaczęli interesować się swoimi latającymi po całej sieci danymi dopiero w momencie, kiedy ktoś ogłosił na cały świat, że ktoś inny może te dane czytać. Wtedy, może niezbyt gwałtowna, ale jednak znacząca ilość z nas zaczęła przynajmniej zastanawiać się nad zmianą serwisu (m. in. taka właśnie kategoria znajduje się w wynikach raportu Annalect) lub wyszukiwać sposoby na lepszą ochronę swojej prywatności. Dopiero wtedy, należałoby dodać. Oznacza to, że gdyby nie Edward Snowden, nie tyle nie wiedzielibyśmy o inwigilacji całego świata przez cały świat (a przecież może być to dla niektórych oczywiste tak samo jak to, że Stany Zjednoczone założyli masoni – co jest zdaje się wielkim odkryciem ostatniej książki Dana Browna), co więcej nawet nie zastanawialibyśmy się, kto i gdzie może wykorzystywać nasze dane. Przynajmniej znacząca część z nas by się nie zastanawiała. Skąd wyszukiwarka wie, że chcę schudnąć? Skąd tyle reklam na temat łysienia, kto im to powiedział?! Informacje o plikach cookies na każdej już prawie stronie internetowej zamykamy jednym kliknięciem i tylko denerwujemy się, że coś znowu wyskakuje i zasłania właściwą treść. Aby „zabezpieczyć” dostęp do swojego konta na Facebooku podążamy za sugestią serwisu i podajemy nie tylko swój adres mailowy, ale także numer telefonu komórkowego, a dawniej komunikatora Gadu-Gadu, którego jednak prawie nikt już teraz chyba nieużywa. Podobne zabezpieczenie wciąż sugeruje nam Google, jeśli używamy Gmaila – a przecież używamy, bo wszyscy tak robią. Teraz zorientowaliśmy się – a wszystko dzięki naszemu prawie jużrosyjskiemu przyjacielowi Snowdenowi – że można by jednak wyłączyć funkcję automatycznego identyfikowania miejsca, z którego wysyłamy wiadomość np. na Facebooku tak, że miasto wyświetla się zaraz obok niej. Można tym razem pominąć milczeniem fakt, że osobiście nie mam pojęcia, kogo taka informacja miałaby w zasadzie interesować.

Raport Annalect ogłasza także, że trzech na pięciu użytkowników czuje, że nie ma kontroli nad tym, jak dane są zbierane i przechowywane. Około 48% nie wie wystarczająco dużo na temat ochrony danych osobowych i prywatności w sieci. Piszący sugerują, iż należałoby podjąć się akcji edukacyjnej w tym zakresie. Oznacza to zatem, iż musimy chyba nauczyć się czytać regulaminy, które nagminnie tylko potwierdzamy, nawet na nie niespojrzawszy lub – co bardziej prawdopodobne – przełożyć przepisy na formę bardziej dostępną dla współczesnego człowieka, któremu czytać ciągłego tekstu się już nie chce, a nawet jeśli, to znaczącej ilości nie pojmie (i wina leży zarówno po stronie braku umiejętności czytania ze zrozumieniem, jak i używania zrozumiałego języka przez autorów takich dokumentów). Może pokaz slajdów? Film na YouTube? Elektroniczny asystent, który sam odpowie na wszystkie pytania? Byleby się ruszał i ładnie wyglądał.
Nie odnosi się to, rzecz jasna, do wszystkich użytkowników internetu – raport dotyczy tylko pewnej zbadanej grupy Amerykanów, a wiadomo, że reakcje Europejczyków bywają zgoła odmienne. Nie zmienia to jednak faktu, że niektórzy internauci przypominają turystów idących na Giewont w klapkach albo na obcasach. I tylko skąd potem ten ból i rozczarowanie się pojawiają, tego nie wie nikt.