Słowo na niedzielę

Słowo na niedzielę

W ten łagodny, niedzielny wieczór pisać będę brutalnie, ostro, wyraziście i szczerze.  Pewnie nie wypada, bo tuzy narodu siedzą teraz i odpoczywają w swoich domostwach i nie warto ich rozbudzać.  Pech chciał, że trzeba to zrobić wtedy, gdy z głośników wydobywa się „The Great Gig in the sky” Pink Floydów i ostatnią rzeczą, którą chciałbym uczynić, to piórem obdzierać ze skóry polską wiarę, nadzieję i miłość.  Prawiłbym androny, gdybym w centrum przekazu nie postawił samego siebie wraz ze swoimi wadami i przywarami, gdybym na świat nie patrzył zagubionymi i zamazanymi oczami i gdybym sam nie próbował ich przecierać.  Marszałek Piłsudski wiedział już, co się święci, co czeka mnie i ciebie, gdy prawie sto lat temu mówił: „Wy tej Polski nie utrzymacie. Ta burza, która nadciąga, jest zbyt wielka.” I choć z ciemnymi chmurami nad głowami nauczyliśmy się już żyć, a przed burzami Piłsudzkiego chroni nas Matka Boska Gromniczna, ja ciągle nie potrafię złapać tchu, gdy wypudrowana, starsza Pani siedząca w autobusie obok mnie odklepuje bezmyślnie Zdrowaś Maryjo, rozglądając się po wszystkich dookoła, a Pani sprzedająca obwarzanki na krakowskim rynku wtłukuje do młodej dziewczyny, że Żydzi to skurwysyny.

Dziś mkną mi przed oczami najważniejsze partie życia, choć nic jeszcze nie przeżyłem i  nic nie widziałem. Gorzki kielich historii został już wychylony tyle razy, że ciężko policzyć. I wychylany jest bez końca. Świadomie wolałbym być niewidomy, nieświadomie prowadzony za rączkę do celu, mimo wszystko. Ale przecież nie mógłbym odmówić sobie oglądania siebie w lustrze. Polak twardo stąpa po ziemi, a brzuch wyznacza mu kierunek świata. Lustro proste w montażu, a zawsze pokazuje nasze odbicie – odwrotnie, bezkompromisowo. I gdyby tylko nie ten brzuch jakoś dziwnie powiększony, twarz poważniejsza niż na hymnie, a  włosy rzadsze niż na Sumie, mógłbym spać spokojnie. Lustra realnego życia nie skracają, ale psychiczne na pewno. Psychiczna egzystencja Polaka to ciężki orzech do zgryzienia.

Sam nie potrafiłem nigdy zrozumieć, dlaczego żyjemy jak żyjemy, a każda próba zmiany nas samych, choćby najmniejsza, to zderzenie z rzeczywistością tak okropną i ociężałą, że nie sposób jej zrozumieć. Dlaczego zawsze jesteśmy za, nigdy przed, zawsze wtedy, nie  – teraz? I jakkolwiek  ciągle ochotę mamy na nowoczesność i zbawianie drugiego, to ciągle jego  wolność sumienia i myśli jest nam tak samo  obca, jak znajomość Biblii czy budowania społeczeństwa obywatelskiego. Ci mądrzejsi uciekają za granicę, by szukać lepszego, godniejszego życia. Oni dość mają nawracania innych i pohukiwania na Wiejskiej. Dość mają plucia, szarpania, szczerzenia zębów i przegadywania. Nie chcą już dostawać po twarzy za trochę osobistej przestrzeni ani patrzeć, jak po raz setny wariują ci, którym odmawia się posłuszeństwa. Bo u mnie dzisiaj prawda jest taka, że sprzedałbym tę Polskę za odrobinę normalności i odpowiedzialności za słowa. Za dotrzymywanie umów i przestrzeganie zasad. Za prawo do życia.

W końcu wymieniamy zdania, i  pytam, czy jest jakaś nadzieja, czy warto rozmawiać. Przecież szukamy tego samego i oczekujemy tego samego. Myślimy o tym samym i  żyjemy w tym samym.

Pytam także o prognozę na przyszłość. Czy kiedykolwiek się zmienimy, przewartościujemy. Czy będzie jeszcze co ratować.

A Polska do mnie zawsze , że nie ma ucieczki od polskości. Od Polaka. To przecież ucieczka od samego siebie. „Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę(…)”. Nie doczekam się prawdopodobnie już nigdy niczego w nas, w Tobie i we mnie. Nadzieja umiera ostatnia, a pośród nas w ogóle jej nie było. I nie będzie. Obdarto nas, bowiem, zbyt wcześnie z naszych marzeń i pragnień, bo wyrzekliśmy się samych siebie. Już na przedbiegach. I nie możemy oczekiwać żadnej zmiany i powrotu. Bylibyśmy niepoważni, gdybyśmy nasz kraj uczynili przyzwoitym.

Swoją drogą, wiecie, kiedy człowiek umiera ze spokojnym sumieniem? Nie ukrywając niczego przed sobą. To jedyna droga. Nie ukrywajmy więc, że jesteśmy Polakami, i że jesteśmy inni od wszystkich. Nie ukrywajmy, że nie potrafimy, że nie chcemy i  że nie możemy. Krzyczmy z całego serca: „Ja, Polak, katolik!”,  „Smoleńsk!”,  „Żyd!” i  „Gej!” To dla nas chleb powszedni. Brakuję tylko wina. Albo lepiej – wódki.

Ale koniecznie stańmy potem przed swoimi lustrami. Obejrzyjmy się dokładnie. Z góry na dół.

Później jeszcze raz wyjdźmy na ulicę i wykrzyczmy, że żyjemy w kraju, w którym szczęściem jednego jest nieszczęście drugiego, i że wszystko nam wolno.

Przecież homo znaczy ludzki.