Samobójstwo – dramat jednostki i reakcja społeczeństwa.

Autor: Kamil Szymański

 

W tej chwili gdzieś na Ziemi ktoś właśnie odbiera sobie życie. Nie chodzi o to, że próbuje, lecz o to, że na pewno umrze, ponieważ próba okaże się skuteczna. Za czterdzieści sekund kolejna osoba podąży tą samą drogą . Powody tego są doprawdy różne, często niezrozumiałe w swej złożoności. Nie znając ani konkretnego człowieka, ani jego obecnego miejsca, nie możemy mu już pomóc: jego samobójstwo dzieje się pewnie gdzieś daleko stąd, w zamkniętym świecie samonapędzającego się mechanizmu destrukcji. Kiedykolwiek zaś jesteśmy bezradni wobec krzywdy, rodzi się niewypowiedziane poczucie spóźnionej refleksji, nierzadko agresji oraz chaotycznego poszukiwania pocieszenia, którego przecież znikąd nie otrzymamy. Tym bardziej, że chodzi o śmierć, wobec której jesteśmy wręcz wyjątkowo bezradni.Czas najwyższy pomyśleć o próbie zahamowania lub przynajmniej zapobieżenia wzrostowi liczby samobójstw. Jest to możliwe tylko przez wysiłek na rzecz pokonania muru atrofii i niezrozumienia, który wyrasta między cierpiącą jednostką a obojętnym społeczeństwem. W Polsce „doczekaliśmy” się takiego natężenia samobójstw, że ich liczba jest mniej więcej równa liczbie zgonów w efekcie wypadków drogowych. Mija właśnie czterdzieści sekund (tak przypuszczam) od początku czytania tej pracy, więc statystycznie rzecz ujmując, znów ktoś wybrał się w swą ostatnią podróż. Zaznaczam również, że Czytelnik powinien przygotować się raczej na szereg pytań niż na odpowiedzi. Zagłębienie się w tej tematyce ma to do siebie, że przede wszystkim zdajemy sobie sprawę z tego, jak mało o niej wiemy.

Poznać wroga. Poznać sprzymierzeńca.

Samobójstwo jako świadome pozbawienie się życia z własnej woli jest zjawiskiem generalnie nieprzyjaznym, odnosimy się do niego nieprzychylnie, ujmujemy je raczej w kategoriach zła, krzywdy, gwałtu. Dzieje się pewnie tak dlatego, że jest to zamach na życie, a więc wartość bardzo wysoko (o ile nie najwyżej) cenioną w wielu kulturach. Zamach taki traktowany jest przeto jak przestępstwo lub co najmniej wykroczenie przeciw ogólnie przyjętym normom oraz wyznawanym wartościom. Stąd prowadzi już tylko krok do uznania samobójcy za przestępcę. Odróżnienie istoty człowieka, wraz z jego niepowtarzalnością i tajemniczością, od jego niezrozumiałych, aczkolwiek wyraźnych czynów, jest zadaniem dość trudnym, bo wymagającym cierpliwej, wnikliwej obserwacji. My zaś, ludzie, wolimy rozwiązania prostsze, tzw. chodzenie na skróty , wolimy osądzić niż zrozumieć; wolimy kontrolować otaczający nas świat we własnych, bezpiecznych kategoriach, niż przyjąć go takim, jaki jest. Poznanie bowiem rodzi pewne ryzyko utraty dotychczasowego gruntu, choć niewątpliwie wzbogaca nas o nowe doświadczenie i nierzadko nową perspektywę. I to właśnie owo świeże spojrzenie okaże się bronią w walce przeciw samobójstwu, ramię w ramię z samobójcą.

Do pełniejszego obrazu samozniszczenia, oprócz wspomnianej wyżej klasycznej definicji, potrzebne nam będą pewne fakty historyczne, a także najważniejsze, budzące emocje kwestie dotyczące moralnego, etycznego, obyczajowego i prawnego aspektu tego zjawiska. Dopiero w części późniejszej, zachowując pewną chronologię, zajmiemy się ujęciem psychologicznym, a bardziej jeszcze – socjologicznym. Trzeba jednak pamiętać, że ten ostatni wymiar zrodził się stosunkowo niedawno, nieco ponad sto lat temu, natomiast samobójstwo jest znane już od tysięcy lat.

Dwie rzeczy nie znają granic: Miłość Boża i głupota ludzka.

Aby wgłębić się w historię przy jednoczesnym zachowaniu możliwie jak największej rzetelności przekazu, sięgnijmy do Biblii, a dokładnie do Starego Testamentu, który oprócz niewątpliwej wartości historycznej posiada wprost nieocenione znaczenie w rozważaniach na temat związku samobójstwa z egzystencjalną, duchową sferą człowieka. W tekście tym napotykamy na opis czterech samobójców: „Samsona, Saula, Abimelecha oraz Achitofela; żaden z nich nie spotkał się z potępieniem”. Podobnie, nie potępiano takich ludzi w literaturze starożytnej Grecji, w której dominowało podejście racjonalne, wyważone. Już sama mitologia dostarcza pewnych suicydalnych toposów. Pierwszym takim przypadkiem była śmierć Jokasty, matki Edypa, która nie została w jakikolwiek sposób przez to poniżona, wręcz przeciwnie – czyn jej miał w owej tragedii coś doniosłego i bohaterskiego. Zainteresowali się tym greccy filozofowie, a owoce ich pracy okazały się ważne dla późniejszych pokoleń. I tak, najlepszym, najbardziej przełomowym wydarzeniem w kręgu filozofów (w kontekście rozważań o samobójstwie) była dyskusja Platona z Sokratesem, zamierzającym się zresztą zabić. Platon przytacza pogląd pitagorejczyków, a mianowicie, że ludzkie życie – jako dar od bogów – nie może w pełni należeć do człowieka. Pojawiło się również stwierdzenie, że człowiek nie należy wyłącznie do siebie, lecz i do społeczeństwa, zatem nie może wystąpić przeciw własnemu państwu (Arystoteles). Spostrzeżenia te stanowią ważny wkład w rozwój prasuicydologii, jeśli można owe wysiłki tak nazwać. Tutaj pojawia się niestety (dlaczego „niestety”, powiem później) rozdźwięk pomiędzy literaturą i filozofią a rzeczywistością. A to dlatego, że w Grecji samobójstwo było wiązane z zabójstwem krewnego, a więc powodowało niesłychane represje w stosunku do zmarłego (jak bezczeszczenie zwłok). Ten kontrast powstający wskutek zderzenia dramatu literackiego z prozą codzienności jest, moim zdaniem, początkiem takich zabiegów, które stawiają akt samobójczy w niewłaściwym (a jest to eufemizm) świetle. Metody, o których mówię, to hiperbolizacja, mitologizacja, generalizacja, które być może świetnie się sprawdzają w sztuce, ale nie przyczyniają się do zrozumienia problemu. Mitologizacja zaburza naszą perspektywę, patrzymy nie na zwykłego człowieka, lecz na bohatera dramatu, przejaskrawionego, fatalnego, podległego różnym siłom, bóstwom i pozbawionego prawa do zwykłości. Generalizacja przyczynia się do widzenia stereotypowego, jednostronnego, bez uwzględnienia indywidualnych, unikalnych cech każdego człowieka. Hiperbolizacja zaś jest wprost „wspaniałym” narzędziem do postrzegania danego czynu jako wyjątkowo bohaterskiego lub równie wyjątkowo karygodnego, a co za tym idzie, jest to również źródło surowych osądów i wyroków, nakręcających spiralę strachu i przemocy, i to wobec osób, które szczególnie potrzebują pomocy płynącej z dobrego serca, a opartej na zdrowym rozsądku.

Tak oto już starożytna Grecja wprowadza zamęt w postrzeżeniu samozniszczenia, a z bólem trzeba przyznać, że w tym zakresie nie był to szczyt ludzkich możliwości. Jeszcze bowiem w czasach imperium rzymskiego zdołała rozwinąć się wyjątkowo perwersyjna odmiana spojrzenia na samobójstwo. Otóż, z jednej strony Rzymianie przejęli od Greków tolerancję dla tego rodzaju śmierci, po czym poszli dalej w kierunku apoteozy, popadając ostatecznie w jakąś skrajnie estetyczną, literacką pochwałę samobójstwa. Z drugiej strony, przybyli do Rzymu pierwsi chrześcijanie zamienili swe bezimienne biografie w żywoty męczenników, dając swej religii narodziny tak samo bolesne i krwawe, jak to było w przypadku islamu. Samobójcza śmierć była wówczas niejako sposobem na otwarcie bram niebios, jak walka w wierzeniach Wikingów lub masowe samozagłady Indian, najechanych i nieludzko wykorzystywanych przez Hiszpanów podczas kolonizacji Ameryki. Stanowiło to dla wczesnochrześcijańskiej teologii nie lada problem, który został rozwiązany dzięki św. Augustynowi, a nadto św. Tomaszowi – obaj uznali takie postępowanie za herezję, inaczej przecież każdy chrześcijanin miałby wręcz obowiązek samobójstwa, i to jak najszybciej po narodzeniu, by uniknąć pułapek życia doczesnego.

To był zwrot. To była radykalna zmiana doktryny chrześcijańskiej, pod której dyktatem upłynęły wieki średnie, czasy Miłości Bożej i głupoty ludzkiej. W wielkim skrócie napisać można, że tak jak czarownice, tak i samobójcy przez setki nie zaznali spokoju ani na tym, ani na tamtym świecie. Represje rozszerzyły się zarówno w sposobach, jak i zasięgu. Dotyczyły bowiem nie tylko samobójców, lecz również ich rodzin, także osoby, których zamachy się nie powiodły, podlegały ostrym karom. Bezczeszczono zwłoki, izolowano całe rodziny z życia społecznego, rozwinięto nawet przemyślny system zabobonnych sposobów pochówku, tak by można mieć było pewność, że szatańskie szpony nie zbrukają więcej lokalnej wioski, nie skalają rodzinnej krwi. Lud potrzebował tej pewności, że tak powiem, dla „świętego” spokoju. Jeszcze w roku 1670 ówczesny król Francji, Ludwik XIV wprowadził nowe (zapewne ulepszone) sposoby prześladowań. Ostatni zaś oficjalny przypadek postsuicydalnej desakralizacji zwłok miał miejsce w Chelsea, w roku 1823. Czyżby ostatni kołek osikowy? Kościół katolicki oczywiście stoi na straży życia tak w kwestii samobójstwa, jak aborcji czy eutanazji, minęły jednak bezpowrotnie czasy prześladowań i potępienia. Samobójstwo wpisuje się dzisiaj w dychotomię papieskiej wizji dzisiejszego świata, czyli kultu życia i kultu śmierci, naturalnie będąc częścią tego drugiego.

Pozwoliłem sobie na spory skrót w chronologii, którą zresztą w tym momencie naruszę, gdyż nie jest ona tak istotna, jak konsekwencje przemian zachodzących w ciągu tych stuleci. Warto więc podkreślić, iż spory o samobójstwo ze sfery etyki i religii rozszerzyły się już były na grunt prawa i obyczaju. Już od czasu starożytnego Rzymu znana była kara konfiskaty dóbr majątkowych samobójcy (w przypadku żołnierza traktowano go jako dezertera) i pewnie sporą rolę odegrał tu argument Arystotelesa o obowiązkach człowieka wobec państwa. Maria Jarosz podaje przykład synodu w Bradze w 563 r., który nakazywał wyklęcie samobójcy, odmowę prawa do pochówku i eucharystii, konfiskatę majątku. Czasem wykonywano egzekucję zwłok, poprzedzaną procesem przeciwko zmarłym(!) . Dla porównania, w Polsce autoagresja nie jest karana , ale namawianie lub udzielenie pomocy w akcie samozniszczenia – tak. Kodeks karny określa: „Kto namową lub przez udzielenie pomocy doprowadza człowieka do targnięcia się na własne życie, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.” Całkiem niedawno, w listopadzie lub grudniu 2001 r., w Wielkiej Brytanii miał miejsce w finał procesu, w którym skazano męża starszej, sparaliżowanej kobiety, za to, że pomagał jej w próbie samobójczej (nieudanej zresztą). Żona cały czas walczy o uniewinnienie własnego męża, a ponieważ był to wyrok Izby Lordów, najwyższej instancji brytyjskiego sądownictwa, sprawa prawdopodobnie trafi do Trybunału Praw Człowieka w Strasbourgu. Innym przykładem heroicznej i groteskowej zarazem walki i swoje prawo do śmierci była kanadyjska sprawa pewnej kobiety imieniem Sue, która domagała się uznania własnej eutanazji. Działo się to w latach 90., Sue cierpiała na nieuleczalną chorobę, systematycznie niszczącą jej tkankę mięśniową, toteż zdecydowała się na szybką, bezbolesną śmierć, zachowując w ten sposób godność, której nikt nie może jej odebrać. Również i w tym przypadku proces sięgnął poziomu najwyższej instancji, gdzie o losie kobiety miało ostatecznie i nieodwołalnie zadecydować grono jedenastu osób. Była to ostatnia szansa dla Sue, która o wyniku głosowania dowiedziała się przez telefon, leżąc już na łożu śmierci. Wyrok brzmiał: sześć do pięciu przeciw samobójstwu. Załamana Kanadyjka wkrótce potem odebrała sobie życie, w tajemnicy, z pomocą zaufanego specjalisty, który umożliwił jej odejście tak, jak sobie tego życzyła. Śmiem twierdzić, że teraz już żadne kanadyjskie prawo ani żaden kanadyjski sąd jej nie tkną.

Nietrudno zauważyć, że wkraczamy w takie dziedziny, jak przestępczość (statystyki dotyczące samobójstw możemy znaleźć zarówno w Głównym Urzędzie Statystycznym, jak i w danych Komendy Głównej Policji) i eutanazja. Nie możemy jednak zajmować się głębiej tym związkiem, gdyż zajęłoby to zbyt wiele czasu i miejsca, a eutanazja ani przestępczość nie stanowią głównego tematu tej pracy. Co jednak warto podkreślić, to niezaprzeczalny związek z formami dewiacji, ogólnospołeczny zasięg autoagresji oraz jej delikatność wypływająca z brzemienia kontrowersji natury etycznej i moralnej. Paradoksalnie jednak, choć wydawałoby się, że samobójstwo jest równie „chwytliwym” tematem niekończących się dyskusji jak kara śmierci, aborcja, klonowanie czy wspomniana eutanazja, to jednak nie poświęca się mu wiele miejsca na arenie publicznych debat. Czyżby wymierzenie ostrza śmierci w samego siebie nie było wystarczająco miedialnym materiałem? Zatem jeszcze raz przypomnijmy, że w historii literatury motyw samobójstwa jest wykorzystywany od najdawniejszych czasów i nie zanosi się na to, by to się kiedykolwiek zmieniło, a ponieważ ostatnie sto lat upływa pod znakiem dziesiątej muzy, dodatkową okazją do zetknięcia się z tym pociągającym, intrygującym problemem jest film. Doprawdy nie wiem, czy jest sens przytaczać przykłady bohaterów-samobójców. Dla wzmocnienia nacisku dodam jednak, że generalnie sztuka obfituje w oryginalne, niebanalne dzieła, a także twórców, którzy wcale nierzadko ulegali „popędowi samozniszczenia”, jak zapewne ująłby to Freud. Te samobójstwa są znane, jak również efektowne, pobudzające wyobraźnię. Nie zaryzykowałbym jednak stwierdzenia, że w ten sposób przyczyniają się do zainteresowania społeczeństwa tą kwestią. Nie znam również takich danych, które mogłyby owe zainteresowanie w jakiś rzetelny sposób zmierzyć. Natomiast można spostrzec, i to z całą pewnością, że niektóre wybitne, zaintrygowane sprawą, jednostki są w stanie zmieniać powszechnie panujący stan rzeczy. Taka zmiana miała również miejsce w dziedzinie, którą się tutaj zajmujemy. W tym miejscu, celem odzyskania naruszonej chronologii, wracam do wieku XIX, jako że wówczas nastąpił fundamentalny przełom w pojmowaniu samobójstwa. Stało się to za sprawą Emile’a Durkheima.

Samobójstwo – ludzka rzecz.

Cokolwiek zostanie teraz powiedziane o adekwatności Durkheimowskiej teorii zależności skali i dynamiki samobójstw od integralności społeczeństwa, jakiekolwiek konstruktywne lub ślepe są konsekwencje dzieła wielkiego twórcy oraz dorobku jego kontynuatorów (abstrahując od tego, czy dana osoba faktycznie zasługuje na miano kontynuatora), jedno pozostanie niezmienne: narodziła się suicydologia, narodziło się nowe spojrzenie na samobójstwo jako fakt społeczny, czyli taki, który dotyczy nas wszystkich, bez względu na wiek, płeć, rasę czy pochodzenie społeczne. Nie jest to już tabu ani sfera zarezerwowana dla bohaterów literackich czy wielkich postaci, nie jest to również coś, co miałoby zostać zlikwidowane z krajobrazu naszego życia codziennego. Wszak żadne zabiegi, czy to bardziej racjonalne, czy wzięte z niezmierzonych zasobów „mądrości ludowej” (wspomniane represje jako próba zanegowania, wymazania samobójstwa z życia ludzi), nie są i prawdopodobnie nie będą w stanie całkowicie zwalczyć tego procesu. Autoagresja jest czymś tak przynależnym do ludzkości jak rywalizacja, choroby czy wybory samorządowe. Jest to podejście renesansowe, humanistyczne: skupić się na człowieku, jego słabościach, reakcjach, sposobach radzenia sobie z problemami życia.

Wiele w tej pracy zawdzięczam Alfredowi Alvarezowi, toteż pozwolę sobie na przytoczenie jego punktu widzenia na efekt prac Durkheima. Jako ripostę zaś, przedstawię, jak do tej kwestii odnosi się Maria Jarosz. Otóż Alvarez już na wstępie swej książki określa swój cel: „zadać kłam dwóm przesądom. Pierwszy z nich to ów wysoki ton religijny – choć dziś nie używają go już raczej członkowie żadnego godnego wzmianki kościoła – z odrazą odrzucający samobójstwo jako zbrodnię przeciw moralności czy też nie podlegającą dyskusji ohydę. Drugi przesąd to współczesna moda naukowa, która każe traktować samobójstwo jako przedmiot poważnych badań i zarazem odmawia mu jakiegokolwiek poważniejszego znaczenia poprzez redukowanie rozpaczy do najbardziej suchych statystyk” . Cenię sobie w tej krytyce nieufność wobec nowoczesnych, kuszących propozycji nauki jako faktycznie przesłaniających istotę problemu, natomiast nie mogę się w pełni zgodzić ze stanowczością autora, zbyt mocno – moim zdaniem – dającego się ponieść emocjom. O ile jednak jego wnioski mogą być zbyt daleko idące, o tyle przynajmniej w obnażaniu fałszu człowiek ten się dobrze realizuje. Na przykład demaskuje pogląd, jakoby samobójstwo należało tylko do świata ludzkiego (takie zdanie możemy znaleźć w Samobójstwach Marii Jarosz ), przeciwstawiając dowody badań nad zachowaniami zwierząt: zdarza się, że psy popełniają samobójstwo, przez nieprzyjmowanie pokarmu lub utopienie się . Również niektóre kroki podjęte w celu uchwycenia samobójstwa w ramach jakiejś pozytywistycznej, w pełni obiektywnej i przejrzystej teorii dyskredytuje Alvarez z całą mocą swej krytyki. Przytacza między innymi prace J. D. Douglasa z 1967 roku oraz M. Von Andics z 1947 roku, które raczej obnażają ograniczenie i bezsilność ich autorów niż faktyczne charakterystyki badanego zagadnienia. Otóż w pierwszym przypadku mamy do czynienia z miałkim tekstem, który oprócz napuszonych konstrukcji nie wnosi do dyskursu absolutnie nic ponad banały. Natomiast druga praca stanowi tak naprawdę ilustrację tego, co jej twórczyni chciała dostrzec w przeprowadzonych przez nią wywiadach z niedoszłymi samobójcami, aniżeli tego, co oni chcieliby jej przekazać lub co mógłby wysnuć z tych relacji ktoś, kto nie jest tak bezgranicznie zafascynowany teorią Alfreda Adlera (twierdził on, że „najbardziej pierwotnym ludzkim popędem jest tylko i wyłącznie społeczna agresja „). Ale nawet w momentach zwątpienia w efekty zaangażowania naśladowców lub pseudonaśladowców Emile’a Durkheima, Alvarez oddaje hołd ojcu socjologii (i najprawdopodobniej również suicydologii) w słowach: „Szerszy skutek wybitnego dzieła Durkheima polegał na uświadomieniu, że samobójstwo to nie jakaś niewybaczalna zbrodnia, lecz pewien fakt społeczny, tak jak przyrost populacji czy wzrost produkcji: coś, co ma społecznie ugruntowane przyczyny i podlega zrozumiałym prawom, a więc również racjonalnej dyskusji oraz analizie. W najgorszym razie byłoby ono społeczną chorobą, jak bezrobocie, uleczalną metodami społecznymi” .

Poważną wadą ujęcia socjologicznego jest niemożność oddania pełni istoty samozniszczenia w postaci liczb, a ponadto niezdolność do poprawnego zobrazowania i interpretacji tych liczb. Na ogół za najbardziej wiarygodne źródło podaje się dane Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Ale nawet one nie są wolne od podejrzeń. Po udanej ofensywie na stereotypy samobójców-nastolatków oraz szkodliwego wpływu jesieni na skłonności suicydalne , Alvarez rozprawia się z poglądem, jakoby owe skłonności były cechą narodową, odkrywając przy tym istotny problem w odczytywaniu statystyk. „W Norwegii, gdzie pogoda zbliżona jest do szwedzkiej, popełnia się bardzo mało samobójstw, za to Finowie – których wszyscy prócz Rosjan podziwiają i których nawet Szwedzi uważają za naród otwarty i pełen fantazji – zajmują drugie miejsce w świecie. (…) Innymi słowy, statystyki mówią nie tyle o narodowych cechach, co raczej o sposobie gromadzenia bądź maskowania faktów. Na przykład Norwegia ma ponad dwukrotnie niższą liczbę samobójstw niż Szwecja, za to niemal dwukrotnie większą liczbę wypadków. Kraje pobożne i zacofane, jak Irlandia czy Egipt, gdzie samobójstwo uchodzi za grzech śmiertelny, mają wyniki dość zadowalające, to jest jedne z najniższych” . Z pewnością nie można do końca ufać statystykom, gdyż te – w zależności od przyjętych norm kwalifikacji do samobójstwa, przyjętych norm ujawniania bądź też nieujawniania tego faktu, a wreszcie: technicznych problemów z gromadzeniem danych – mogą znacząco odbiegać od faktycznego stanu rzeczy. Takie stanowisko podzielają również entuzjaści podejścia socjologicznego. Brunon Hołyst, na przykład, jeszcze w 1991 roku pisał: „Większość państw świata nie prowadzi statystyki prób samobójczych. (…) Według specjalistów liczba prób samobójczych siedmiokrotnie przewyższa liczbę ujawnionych samobójstw usiłowanych, (…) a więc dane o liczbie usiłowań samobójczych oparte są wyłącznie na szacunkach „. Jeżeli do tak chaotycznej sytuacji dodamy przykład Chin, gdzie nawet „zwykłe” policzenie wszystkich obywateli nastręcza nie lada trudności i wymaga zatrudnienia sześciu milionów osób (a nie wydaje mi się, żeby akurat ten aspekt decydował o trudności w przeprowadzeniu badań dotyczących samobójstw), to uzyskamy w miarę odpowiedni obraz naszej wiedzy w tym zakresie. Otóż Chiny nie przestają nas zadziwiać. Oficjalny pekiński dziennik przyznaje, że w kraju tym „dobrotliwym, mlekiem i miodem płynącym”, codziennie 560 osób odbiera sobie życie. To dawałoby jakieś dwieście tysięcy rocznie. Wszystko w porządku, gdyby nie to, iż WHO twierdzi zupełnie co innego. Jeśli WHO ma rację, w Państwie Środka co rok żegna się ze światem aż 350 tysięcy ludzi, czyli o 150 tysięcy więcej niż podają oficjalne źródła. Jeśli rzeczywiście tak jest, znaczy to, że 43.6% wszystkich samobójstw dzieje się w Chinach, pomimo że kraj ten posiada jedynie 21.5% ludności całego świata. Mniej więcej taki sam procent stanowi udział chińskich kobiet w ogólnej populacji kobiet na świecie. Natomiast Chinki stanowią 55.8% wszystkich samobójczyń! Wreszcie, dynamika tego zjawiska również powinna budzić grozę. Według przewidywań Banku Światowego w roku 2020 w samych Chinach dokonają się 534 tysiące samobójstw, co będzie stanowiło przyrost o połowę w skali jednego pokolenia .

Jakby wątpliwości metodologicznych było mało, Brunon Hołyst przedstawia dylemat między zaprezentowanym już sposobem statystycznym a bardziej indywidualnym. Wady tego pierwszego już pokrótce poznaliśmy, natomiast drugi – badanie listów samobójców oraz wywiady z niedoszłymi ofiarami (swoją drogą, nazwane przez Hołysta „istotnym novum” !)- choć wzbogaca zrozumienie subiektywnego sensu ich działań, motywów, przyczyn, to jednak nie pozwala na uogólnianie przesłanek, stawianie hipotez i ich późniejszą weryfikację. Oprócz tego autor Przywróconych Życiu przytacza listę wielu teorii, które miały lub miałyby odpowiadać na najbardziej nurtujące nas pytania o przyczyny i ewentualne rozwiązania, opisywać czynniki suicydogenne i wyjaśniać mechanizm samozniszczenia. Wśród wymienianych teorii, kluczowych pojęć i niewątpliwych autorytetów pojawiają się: społeczeństwo suicydogenne E. Durkheima , anomia społeczna R. K. Mertona , wpływ uprzemysłowienia na rozwój patologii społecznej J. Szczepańskiego. Tego ostatniego pozwolę sobie zacytować: „Zjawiska społecznie ujemne i niepożądane są więc wynikiem z jednej strony – rozkładu więzi i zachwiania równowagi w funkcjonowaniu instytucji istniejących uprzednio, upadku tradycyjnych autorytetów, uniemożliwienia funkcjonowania dawnych norm i nieadekwatności wzorów zachowań w nowych warunkach. Z drugiej zaś strony napływ ludności przynoszącej swoje wzory zachowania, nowe systemy wartości i kryteria ocen, nowe zasady uznania i prestiżu spotęgowane wpływem środków masowego działania kulturalnego, powoduje konflikty (…) przejawiane w postaci wzrostu wskaźników patologii społecznej, a także samobójstw” . Zaistniały także inne propozycje, z dziedziny psychologii: zawężenie presuicydalne i syndrom presuicydalny E. Ringela , problem non being W. Allardta , lęk A. Kępińskiego oraz czynniki odpowiedzialne za stany zaburzenia psychicznego według H. J. Eysencka , przy czym podany przeze mnie zestaw nie wyczerpuje bynajmniej całości proponowanych przez Hołysta modeli rozwiązania zagadki samobójstwa. Nie należy także zapominać o teorii Davida Phillipsa, według której każde sławne samobójstwo zbiera swe żniwo wśród zwykłych śmiertelników. Phillips określił to zjawisko mianem efektu Wertera. W trzy, cztery dni po publikacji wiadomości o samobójstwie sławnej osoby gwałtownie wzrasta liczba samobójstw, ofiar wypadków drogowych, a także ofiar wypadków samolotów pasażerskich i niepasażerskich. Podobny mechanizm obserwuje Robert Cialdini w powtarzających się atakach furii (z użyciem broni palnej) w szkołach i zakładach pracy, a także w zbiorowych samobójstwach sekt. . Czy dokonania cytowanych uczonych wyczerpują istotę problemu? Czy odpowiadają na najważniejsze pytanie, dotyczące walki z samobójstwem? Czy dają nam kontrolę nad tym zjawiskiem? Na pewno nie. Nic bowiem nie zastąpi prawdziwie współczującego podejścia, które można by chyba wyrazić w słowach Antoniego Kępińskiego: „Znamiennym objawem stanu zagrożenia reakcją samobójczą jest sytuacja, w której człowiek nie widzi możliwości innego rozwiązania swych problemów, a całą jego świadomość wypełnia wyłącznie myśl o nieszczęściu i pragnienie ucieczki od niego poprzez samobójstwo” .

Muszę przyznać, że jest w tej wypowiedzi unikalny pierwiastek, czyniący z niej wartościowy wkład w procesie zrozumienia zamkniętego świata samobójcy. Tym pierwiastkiem jest nieoceniona w przypadku Antoniego Kępińskiego empatia i wyczucie materii, w której zdecydował się poruszać. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że gdyby wszystkie potencjalne ofiary autoagresji czytały dzieła tego znakomitego profesora, byłoby im o wiele łatwiej sięgnąć po pomoc, której przecież zazwyczaj nie chcą, nie oczekują i w której sensowność nie wierzą. Niestety, brakuje takiego wielce humanistycznego podejścia we wspomnianych teoriach, które – owszem, niebagatelnie przyczyniły się do lepszego poznania psychiki człowieka jako jednostki i zbiorowości – jednak nie ogarniają w pełni sedna problemu. Mówienie o przyczynach tendencji suicydalnych w kategoriach choroby, narkomanii, osłabienia więzi społecznych, upadku autorytetów oraz tradycyjnych systemów wartości, poczucia osamotnienia w niestabilnym świecie, wadliwej struktury społecznej, nieprzystosowania – to wszystko ma uzasadnienie i ja nie polemizuję z sensownością tych działań, tylko że w większości przypadków są one obarczone wąskim spojrzeniem, wybiórczością, naciąganą standaryzacją, próbą wtłoczenia zbyt rozległego i wielowymiarowego zjawiska w zbyt małe ramy pojęciowe naukowców. Od ponad stu lat opracowywane są wciąż nowe teorie i stosowane nowe środki zapobiegawcze, a mimo to wskaźniki samobójstw rosną w czasie .

Od teorii do praktyki.

Skoro zostały wspomniane środki zapobiegawcze, warto w tym momencie przytoczyć zgryźliwą – a jakże! – uwagę Alvareza o pierwszej zorganizowanej pomocy dla potencjalnych samobójców, to jest o Samaritans, którzy „na swój praktyczny sposób robią chyba więcej dla zapobiegania samobójstwom w ciągu miesiąca niż naukowcy w ciągu dziesięciolecia” . B. Hołyst w innej książce nadmienia, że prawdopodobnie właśnie w wyniku działań tej organizacji w latach 1963 – 1975 liczba zamachów na własne życie zmniejszyła się o 38% . W Wiedniu natomiast, mieście niemalże słynącym w całej Austrii z najwyższego krajowego wskaźnika, „od momentu założenia centrum zapobiegania samobójstwu liczba takich zamachów spadła z trzydziestu kilku do dwudziestu na sto tysięcy mieszkańców” . Amerykanie posiadają swoje Centrum Zapobiegania Samobójstwom, z siedzibą główną w Los Angeles . Czym dysponuje Polska? Pierwszy telefon zaufania jak i telefon społeczny oparty na zasadach Samarytan zorganizowano w roku 1967, a od 1989 roku funkcjonuje Stowarzyszenie Pomocy Telefonicznej i Zapobiegania Samobójstwom z tymczasową (przynajmniej w 1991 roku była ona tymczasowa) siedzibą w Piotrkowie Trybunalskim. Oprócz tego warte odnotowania jest powołanie w 1979 roku Komisji Suicydologii w Polskim Towarzystwie Psychiatrycznym, która to komisja miała głownie zająć się badaniami suicydologicznymi. Hołyst wskazuje również na kwestię izolacji szpitalnej i penitencjarnej jako szczególnie wrażliwych terenów suicydogennych. Autor podsumowuje również stan polskiej profilaktyki presuicydalnej w roku ówczesnym, czyli 1991 (w każdym razie na pewno nie późniejszym).

Niestety, jest to opis dosyć ponury. Z jednej strony należy przyznać, że pomoc odnosi sukces tam, gdzie jest realizowana, a głównym powodem tego sukcesu jest zainteresowanie odpowiednich środowisk zjawiskiem samobójstwa. W Polsce problem polega na tym, że tej inicjatywy albo nie ma, albo jest jej niewiele lub jest niewidoczna. Trudno jest zresztą tak ukierunkować i sprecyzować działania w walce z samobójstwem, jak to ma miejsce w walce z rakiem, wypadkami drogowymi lub przemocą w rodzinie. Czy ktoś z Państwa widział ostatnio jakąś formę społecznej reklamy, mającej na celu bezpośrednie przeciwdziałanie rosnącej liczbie zamachów autodestrukcyjnych, np. plakat z pigułkami, podpisany „służy do leczenia, nie unicestwienia”? Ja nie widziałem. Jeśli znawca tematu w roku 1991 był w stanie niejasno jedynie określić cele i pożądane efekty profilaktyki presuicydalnej , a także postsuicydalnej (około 30% niedoszłych samobójców spróbuje jeszcze raz), jeżeli ten człowiek wysuwa propozycje utworzenia Polskiego Stowarzyszenia Zapobiegania Samobójstwom (miałaby to być inicjatywa społeczna, bez zbędnej biurokracji) czy Ośrodka Pomocy Postsuicydalnej, to doprawdy trudno oczekiwać szybkich i istotnych zmian w dynamice samobójstw w Polsce. Istnieją poważne wady dzisiejszego postępowania z osobami odratowanymi. Pierwszą z nich jest doraźność w samym akcie ratunku życia, nie popartego stosowną opieką, drugą zaś – jednostronność wynikająca z podejścia czysto medycznego, tzn. pozbawionego psychologicznego wsparcia całości procesu przywracania nie tyle „życia” co „do życia”. Osobiste wypowiedzi autora Przywróconych życiu pozostawiam bez komentarza: „Jak dotąd nikt w Polsce nie zajmuje się pomocą dla jednostek, które dokonały aktu autoagresji”; „Mamy tu jednak do czynienia ze swoistym paradoksem. Jakkolwiek praktycznie nie działa żaden zaplanowany system profilaktyki presuicydalnej, możemy mówić o pewnej efektywności profilaktyki postsuicydalnej. Wynika to z zakresu czynności medycznych, a także okoliczności społecznych, które towarzyszą ratowaniu samobójcy. Dla pewnej grupy osób są one na tyle uciążliwe, że z powodu obawy przed powtórnym ich przeżyciem, czy też na skutek uświadomienia sobie w fazie kryzysu sensu życia nie będą usiłowały ponownie targnąć się na własne życie” . W kontekście tego wszystkiego, co zostało już powiedziane, proszę sobie teraz wyobrazić, jakie motywy i jakie przyczyny mogły stać za decyzją popełnienia samobójstwa przez osobę, której list zaraz zacytuję. Proszę sobie, dla ilustracji, dopasować jedną z teorii mogących zlokalizować, wyjaśnić i usunąć problem, który stanowi jądro autodestrukcji. Następnie proszę pomyśleć, jakie środki zaradcze należałoby zastosować, by przynajmniej ta tragedia się nie powtórzyła. Osobiście myślę, że nasze potoczne doświadczenia, wiedza, przeczucia, przekonania oraz intuicja pozwoliłyby nam na ujęcie i zrozumienie tej próby samobójczej niewiele gorzej, niżby proponowali specjaliści w tej dziedzinie, naukowcy, wielcy teoretycy. Oto ten fragment: „(…) Pamiętam, że kiedy chodziłam do przedszkola kupiłam sobie z własnych oszczędności misia za 13 zł. Ojciec jak to zobaczył, tak mnie zbił, że nie chodziłam przez tydzień do przedszkola. Matka nie broniła mnie” .

Nowości, wątpliwości i propozycje.

Z podobnymi wątpliwościami boryka się Maria Jarosz. Zainspirowana teoriami Durkheima oraz Mertona, stara się wykazać ich przydatność w poszukiwaniu przyczyn samobójstw, jak również sposobów radzenia sobie z nimi. Jej książka jest bodaj najświeższą publikacją w tej materii, opierającą się na w miarę aktualnych danych. Sama jednak autorka waha się, czy aby na pewno jest to dobra droga. Wychodząc od terminu anomii, badaczka sytuuje problem w sferze patologii społecznej: stopniowalnego (a jest to szczególnie warte podkreślenia, dla zrozumienia płynności granic między stanem normalnym a patologią) zjawiska, charakteryzującego się występowaniem przestępczości, dezorganizacji rodziny, różnych form samozniszczenia (np. alkoholizm), a także dysfunkcją władz ustawodawczej i wykonawczej . Jednocześnie ta koncepcja, jak i jej wspomniany pierwowzór zostają zaatakowane: „Krytyka tej koncepcji sprowadza się, najogólniej rzecz ujmując, do niewielkiej jej testowalności” . W innym miejscu czytamy: „Durkheim, a także Merton mają niekiedy tendencje do naginania rzeczywistości do logiki swoich wywodów” . Zatem raz jeszcze okazuje się, że mamy do czynienia z narzędziem, które – pomimo pewnych zalet – nie może być traktowane jako panaceum na samobójstwo. Zgadza się to z naszymi wcześniejszymi wątpliwościami, ale z drugiej strony musimy dostrzec owe niezaprzeczalne plusy spostrzeżenia Durkheima i Mertona, że anomia, czy też – bardziej ogólnie – dezorganizacja społeczna objawia się nasileniem samobójstw. Innym czynnikiem przemawiającym na korzyść tej teorii jest obecność chaosu i niepewności, efektów dynamicznych przemian ostatnich stu lat. Szczególnie losy powojennej Europy Wschodniej, a ściślej jeszcze: postsocjalistycznej Polski, wydają się odpowiednią sferą dla rozważań właśnie na gruncie wizjonerskiej koncepcji wspominanych autorytetów.

Efekty pracy Marii Jarosz pozostawiają wiele pytań. Przede wszystkim został obalony mit, jakoby samobójstwo było rodzajem choroby psychicznej. Badania dotyczące ośrodków wojskowych i penitencjarnych pokazują, że przyczynami występujących tam zamachów na własne życie są ciężkie warunki, z którymi niektórzy po prostu sobie nie radzą – nie zaś jakieś psychopatologiczne uwarunkowania. Moje pytanie, w tym przypadku brzmi: Co z tego, skoro społeczeństwo i tak dużo bardziej toleruje aborcję niż samobójstwo?. Dalej, udało nam się wykryć, jak trudno żyje się inwalidom. Czemu więc nie zauważamy, jak piętnowani (szczególnie w małych miejscowościach, gdzie lokalne społeczeństwo stanowi pułapkę bez wyjścia) są niedoszli samobójcy oraz ich rodziny? .

Drugim istotnym wnioskiem jest charakterystyka ludności szczególnie podatnej na czynniki suicydogenne. Biorąc pod uwagę płeć, wiek, stan cywilny, zawód i miejsce zamieszkania, można wskazać pewne typy ludzi, którzy bardziej niż inni potrzebują wszechstronnego wsparcia: psychologicznego, finansowego, a także rozwojowego, jeśli tak można powiedzieć – chodzi tu o kwestię edukacji bądź nabycia pewnych sposobów radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Takim typem idealnym potencjalnego samobójcy byłby bezrobotny mężczyzna, rozwiedziony, mieszkający na wsi, bez większych szans na zdobycie pracy (ze względu na wiek i niski stopień kwalifikacji zawodowych oraz podstawowe wykształcenie), „najlepiej” taki, który kiedyś pracował w PGR. W tym momencie pojawiają się zastrzeżenia. Jako że jest to jedynie pewna typologia, ustalona na podstawie danych statystycznych, uwzględniająca te cechy, które w miarę łatwo można było sklasyfikować, ująć we wskaźnikach, poddać przetworzeniu i generalizacji. To oznacza, że: po pierwsze, nie wszyscy ludzie spełniający część tych kryteriów są „skazani” na samobójstwo (tym bardziej nie można ocenić stopnia takiego niebezpieczeństwa); po drugie, istnieje wiele osób, które z pewnością nie mieszczą się w podanych kategoriach, a mimo to zginą z własnej ręki. Tak więc pomoc organizowana na podstawie tych analiz będzie obejmowała pewną, uznaną za najbardziej narażoną na autoagresję, część społeczeństwa. Ponadto, efektywność takiej pomocy może okazać się niemierzalna, tzn. że jeśli mamy pomóc grupie zagrożonych bezrobotnych, to będziemy walczyć jednocześnie z samobójstwem, jak i bezrobociem. Taki rodzaj wsparcia nie będzie więc bezpośredni. Podobnie, jeśli uznamy za czynnik suicydogenny przemoc w rodzinie, to znów przeciwdziałanie samobójstwu będzie przykryte apelem o wymazanie brutalności z życia rodzinnego. Także wtedy więc będziemy mieli do czynienia z przekazem ukrytym, pośrednim. Nie kwestionuję przez to konieczności właśnie takiej strategii wielostronnej walki z samozniszczeniem – powiem więcej, nie widzę innego wyjścia. Problemem natomiast będzie statystyczna kontrola nad tym procesem. Tyle w kwestii roli państwa i organizacji pozarządowych w tym zakresie.

Wreszcie, bezsprzecznie został udowodniony wpływ dezorganizacji społecznej (będącej efektem transformacji ustrojowej i związanych z nią trudności) na wyraźny wzrost zamachów autoagresywnych w byłych radzieckich republikach nadbałtyckich, których wskaźniki wyraźnie przewyższają nie tylko polskie, ale nawet węgierskie . W Polsce dramatyczna sytuacja polityczna latach 1981 i 1989 zebrała swe żniwo. Jedyną wówczas grupą społeczną, która charakteryzowała się wzrastającą liczbą samobójstw, była nomenklatura . Moim zdaniem jednak, to jest tylko jedna strona medalu. Mamy bowiem sytuację, kiedy nieliczni wykształceni badacze problemu stwierdzają pewien stan rzeczy, czyli w tym przypadku – anomię. Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z innym przejawem anomii, to znaczy: brakiem zainteresowania ze strony społeczeństwa. Nawet jeśli diagnoza jest trafna (a praca Marii Jarosz na taką diagnozę wygląda), to pozostaje ona bez szerszego odzewu. Niestety, mam nieodparte wrażenie, że u progu tysiąclecia niewielu to wszystko obchodzi. W tej kwestii, czyli powszechnego zainteresowania, które mogłoby się przerodzić w ogólnospołeczny dyskurs, nie nastąpiły wielkie zmiany. Dwudziesty wiek przyniósł osiągnięcia naukowców, dwudziesty pierwszy powinien zaowocować sukcesem zwykłych ludzi.

Nie tylko w naszym kraju samobójstwa są problemem . W 28 krajach regionu europejskiego (choć zaliczone zostały również Kazachstan i Izrael), jeśli wziąć pod uwagę ludzi obu płci (po dodaniu, nie każda z osobna) z przedziału wiekowego 15-34, stanowią one jedną z trzech głównych przyczyn zgonów , wyprzedzając nawet wszelkie zsumowane odmiany raka! Natomiast w wybranych regionach Chin (zarówno miejskich, jak i wiejskich), w tym samym przedziale wiekowym obu płci (znów: nie każda z osobna), samobójstwa zajmują niechlubne pierwsze miejsce, przed wypadkami związanymi z użytkowaniem pojazdów silnikowych (w tym sporo wypadków rolniczych) i wszystkimi odmianami raka. Światowa Organizacja Zdrowia postanowiła przeciwdziałać temu zjawisku w sposób zorganizowany i kompleksowy. Opublikowany został wielostronicowy raport, a właściwie program, który swą rangą, pionierstwem i stopniem wyrafinowania (a być może tylko komplikacji?) przypomina statut jakiejś wielkiej organizacji lub konstytucję państwa polskiego (bo np. konstytucja amerykańska jest bardzo krótka). Program ten, nazwany SUPRE (Suicide Prevention, czyli Zapobieganie Samobójstwom) dostępny jest w całości na oficjalnej stronie WHO. W internecie możemy również znaleźć wiele wskazówek „jak się nie zabić” lub „jak pomóc komuś, kto zdradza tendencje suicydalne” . Znaleźć tam można również statystyki oraz inne informacje, jakie chciałyby posiąść osoby zainteresowane sprawą. Niestety, w Polsce akurat ten aspekt amerykanizacji życia nie rozprzestrzenia się tak szybko, jakbyśmy chcieli. W amerykańskich szkołach utworzono specjalne komórki niosące pomoc uczniom potrzebującym psychologicznego wsparcia. W trakcie pracy ujawnił się pewien kompleks części uczniów: czuli oni, że właściwie nie mają prawa do takiej pomocy i że obok niech żyją ludzie o wiele bardziej na nią zasługujący, których sytuacja życiowa jest dużo gorsza. Na tym tle uczniowie uważali swe problemy za niepoważne i czuli się przez to zażenowani, co oczywiście działało tylko na ich niekorzyść. W Polsce, o ile wiem, obowiązki psychologa miał przejąć pedagog szkolny, z tym że kompetencje i warunki pracy tego ostatniego powinny zostać przedyskutowane i zweryfikowane na szczeblu ministerstwa lub co najmniej kuratorium . W chwili obecnej jedyną sensowną propozycją jest tłumaczenie jednej ze znanych amerykańskich witryn poświęconych samobójstwu . Można tam skorzystać z pomocy w formie list dyskusyjnych lub poczty elektronicznej, co traktujemy oczywiście jako działanie doraźne. Dostępne są również: lista polskich telefonów zaufania oraz materiały dotyczące samozniszczenia (prawdopodobnie spora ich część jest tłumaczeniem zachodniego pierwowzoru). Generalnie rzecz biorąc, polskie zasoby internetowe przedstawiają się żenująco na tle Ameryki .

Dlaczego akurat internet? Dlatego, że dociera do wielu użytkowników, ci zaś mogą pozostać anonimowi tak długo, jak chcą. Mogą również zdecydować się na taki rodzaj pomocy, który najbardziej im odpowiada. Wreszcie, dla młodszego, najbardziej zagrożonego pokolenia , o ile tylko istnieje możliwość połączenia się z siecią, korzystanie z jej zasobów jest proste i nie wymagające wysiłku. Wydaje się, że jest to dobry sposób na to, by dotrzeć do rzesz i poszerzyć w ten sposób zamknięty, stosunkowo wąski krąg osób zainteresowanych i zagrożonych. Taka jest przynajmniej moja osobista propozycja. Wiele już bowiem zostało powiedziane i napisane o walce z samobójstwem, ale pomysł, aby właśnie z internetu uczynić narzędzie pomocy, pozostaje niedoceniony. Oczywiście, nie twierdzę, że jest to najlepsze antidotum na zło tego świata, ale przynajmniej sprawdziłoby się w roli lekarza pierwszego kontaktu. Rozległy i wszechstronny plan zapobiegania samobójstwom jest jeszcze w powijakach, a i w Polsce nie możemy poszczycić się jakimś pionierstwem w tej dziedzinie. Pewne jest, że sama „góra” nie poradzi sobie z takim problemem, potrzebna jest odpowiednia świadomość społeczna, której – niestety – wciąż można wiele zarzucić. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości powstaną w Polsce kompetentne organizacje, które na swych serwerach będą upowszechniały rzetelne informacje dotyczące profilaktyki samobójczej, pomocy postsuicydalnej, a także niezbędne dane, potrzebne wszystkim zainteresowanym. Może wówczas samobójstwo nie będzie wyłącznie dramatem jednostki.

BIBLIOGRAFIA:

1. ALLARDT W., Zjawisko samobójstw w naszych czasach, Kongres Kryminologiczny, Helsinki 1971.
2. ALVAREZ Alfred, Bóg bestia – studium samobójstwa, wyd., miasto rok.
3. ATKINSON J. M., Discovering Suicide, Londyn 1978.
4. BARIERY życiowe młodzieży, Warszawa 1986.
5. CIALDINI Robert, Wywieranie wpływu na ludzi, GWP, Gdańsk 2001.
6. DOUGLAS J. D., The Social Meanings of Suicide, Princeton 1970.
7. DURKHEIM E., Le Suicide, w: Logika analizy socjologicznej. Wybór tekstów, pod red. A. Sułka, Warszawa 1970.
8. EYSENCK H. J., The Structure of Human Personality, Londyn 1970.
9. HOŁYST Brunon, Przywróceni życiu, wyd., miasto 1991.
10. HOŁYST Brunon, Samobójstwo – przypadek czy konieczność, Warszawa 1983.
11. JAROSZ Maria, Samobójstwa, PWN, Warszawa 1997.
12. KĘPIŃSKI A., Lęk, Warszawa 1987.
13. KODEKS karny RP, 6 czerwca 1997.
14. KONSTYTUCJA RP, 2 kwietnia 1997.
15. MENTALHELP: www.mentalhelp.org.
16. MERTON R. K., Teoria socjologiczna i struktura społeczna, Warszawa 1982.
17. PSYCHOPATHOLOGIC and Psychopathetic Reaction in Dogs w: Quarterly Journal Criminal Psychopatology, 1943.
18. RINGEL E., Gdy życie traci sens, Warszawa 1987.
19. ROCHFORD: www.rochford.org.
20. SZCZEPAŃSKI J., Zmiany społeczeństwa polskiego w procesie uprzemysłowienia, Warszawa 1973.
21. ŚWIATOWA Organizacja Zdrowia (WHO), oficjalna strona internetowa:www.who.int.
22. WIRTUALNA Polska, polska wyszukiwarka internetowa: www.wp.pl.
23. YAHOO, amerykańska wyszukiwarka internetowa: www.yahoo.com.