Rynek kontra społeczeństwo w mieście: analiza wzajemnych relacji

Rynek kontra społeczeństwo w mieście: analiza wzajemnych relacji

Po 1989 roku polskie miasta włączone zostały w zasięg oddziaływania strukturalnych prawidłowości kapitalizmu. Efektom wkroczenia gospodarki rynkowej do miast proponuję przyjrzeć się z perspektywy tzw. „nowej socjologii miasta”, zorientowanej na makrostrukturalną analizę wzajemnych relacji między organizacją społeczną a organizacją przestrzeni. Perspektywa ta, wyrosła na gruncie amerykańskim, koncentruje się na mieście jako przedmiocie oddziaływania systemowych czynników politycznych, ekonomicznych i społecznych wpisanych w dynamikę rozwojową współczesnego kapitalizmu (Majer 1997: 8). Do analizy „kwestii miejskiej” stosuje zasłużoną na gruncie makrostrukturalnej analizy „kwestii ogólnospołecznej” koncepcję konfliktową. W świetle tej koncepcji miasto jawi się jako „żywy proces, któremu dynamikę nadają ciągłe napięcia na tle sprzecznych interesów związanych z rozwojem miejskim, powstające między różnorodnymi grupami interesu” (Majer 2007: 14). Napięcia te „wpływają w sposób bezpośredni na kształt miasta, rozmieszczenie w jego granicach mieszkańców oraz sposób, w jaki jest zorganizowane współżycie mieszkańców na terytorium miasta”(Sagan 2000: 62).

Jedną z ważniejszych konsekwencji wkroczenia gospodarki rynkowej do polskich miast jest przywrócenie renty gruntowej, a co za tym idzie, przekształcenie miejsca w dobro rynkowe.  O zjawisku tym pisze Iwona Sagan:

„Przywrócenie renty gruntowej w mieście, procesy prywatyzacji i reprywatyzacji majątku trwałego spowodowały <<odrodzenie>> się miejsca jako dobra rynkowego. Stało się ono ponownie przedmiotem walki konkurencyjnej, jako że posiadanie ziemi, budynków bądź innych nieruchomości, wyznacza strategiczną pozycję podmiotu na scenie miasta o gospodarce rynkowej. Walka o posiadanie tych dóbr jest równocześnie walką o pozycję w nowej strukturze społecznej, o wejście do klasy posiadających” (Sagan 2000: 160).

Wokół miejsca, które w gospodarce kapitalistycznej generuje zyski, ogniskują się sprzeczne interesy mieszkańców i właścicieli. Dla jednych stanowi ono oswojony fragment przestrzeni miejskiej o wartości użytkowej, dla drugich – źródło dochodu. Podłożem napięć między mieszkańcami i właścicielami są zarówno sprzeczne interesy związane z przeznaczeniem konkretnych działek lub budynków, jak i losami całych dzielnic, a nawet miast. Strukturalne sprzeczności interesów znajdują od czasu do czasu wyraz w otwartych konfliktach o przestrzeń, która dla jednych stanowi miejsce zamieszkania, a dla drugich – źródło korzyści finansowych. Mieszkańcy stają w obronie czegoś, co pozbawione jest wymiernej wartości – miejsc, które przywodzą na myśl wspomnienia z dzieciństwa, w których czas wolny spędzają ich dzieci, znajomych twarzy w okolicznych sklepach i na klatkach schodowych, prawa do pielęgnowania swoich przyzwyczajeń i zapuszczania korzeni. Do grup szczególnie narażonych na utratę prawa do miejsca zamieszkania należą mieszkańcy domów będących przedmiotem roszczeń reprywatyzacyjnych, którzy czują się najbardziej zagrożeni eksmisją bądź drastyczną zmianą opłat czynszowych; mieszkańcy domów zbudowanych i utrzymywanych przez państwo, których subsydiowanie uważane jest za poważne obciążenie budżetowe; mieszkańcy domów należących do zakładów pracy, których los zależy od losu przedsiębiorstwa (Sagan 2000: 162).

Gentryfikacja

W miastach kapitalistycznych o dostępie do dóbr i usług, w tym miejsc rozumianych jako dobra rynkowe, decyduje siła nabywcza. „Najwyższy status w hierarchii społecznej otwiera dostęp do najbardziej pożądanych lokalizacji dla działalności inwestycyjnej czy zamieszkania. Wysoki status miejsca oznacza dostęp do zasobów w postaci korzystnej renty gruntowej, usług miejskich, prestiżu, które generalnie poszerzają zakres życiowych możliwości” (Sagan 2000: 68). Tym sposobem struktury społeczne charakterystyczne dla społeczeństw kapitalistycznych znajdują wyraz w strukturach przestrzennych i są przez nie wzmacniane. O sposobie zagospodarowania przestrzeni miejskiej decyduje smak klas wyższych, które dysponują największą siłą nabywczą. To zgodnie z ich gustem odnawiane są na przykład stare śródmiejskie dzielnice, zdegradowane w wyniku polityki władz socjalistycznych, pochłoniętych wznoszeniem zakładów produkcyjnych i hut oraz sąsiadujących z nimi osiedli wielkoblokowych. Zjawisko to nosi miano gentryfikacji i poza modernizacją zasobu budowlanego, estetyzacją i komercjalizacją przestrzeni, zmianą funkcji i wizerunku dzielnic, niesie za sobą zmianę składu społecznego mieszkańców gentryfikowanych obszarów w wyniku wypychania członków klas niższych przez nowych, zamożniejszych użytkowników danej przestrzeni (Murzyn 2006). Wraz ze wzrostem atrakcyjności danej lokalizacji zwiększa się liczba realizowanych w niej inwestycji, rosną ceny gruntów, mieszkań, lokali użytkowych. Dotychczasowych mieszkańców przestaje być stać na opłacanie rosnących czynszów. Nie mogą sobie pozwolić na robienie zakupów w ekskluzywnych butikach, ani jedzenie kolacji w drogich restauracjach. Ich prawo do bycia mieszkańcem traktowanej do niedawna jako „swoja” dzielnicy kończy się zazwyczaj wraz z otrzymaniem nakazu eksmisji. Z oswojonego miejsca przenoszeni są do obcej przestrzeni, wypełnionej lokalami zastępczymi zasiedlonymi przez takich jak oni – wybrakowanych konsumentów, a zatem niepełnoprawnych obywateli miasta. Bardzo rzadko mają na tyle szczęścia, by zostać uznanymi za „miejscowy koloryt”, który przyczynia się do wzrostu atrakcyjności nowego projektu dzielnicy. Co godne uwagi, nowi użytkownicy „uszlachetnionych” dzielnic należą zazwyczaj do warstw uprzywilejowanych pod względem odgrywającego obecnie niezwykle istotną rolę kryterium stratyfikacji – mobilności. Prawo do przestrzeni mają zatem ci, którzy są do niej najmniej przywiązani. Gentryfikatorzy to zazwyczaj przedstawiciele klasy średniej kupujący mieszkania lub domy w dzielnicach śródmiejskich z zamiarem zamieszkania w nich na stałe (Murzyn 2006). Po pewnym czasie wypierani są jednak przez tzw. financifiers, inaczej określanych jako re-gentrifiers lub super-gentrifiers, którzy zakup mieszkania w śródmiejskiej dzielnicy traktują przede wszystkim jako lokatę kapitału oraz sposób zapewnienia sobie wygodnego czasowego lokum (Murzyn 2006). Wśród nich znajdują się również przedstawiciele hipermobilnej klasy metropolitalnej. Wynajmują mieszkanie w wyremontowanej, prywatnej kamienicy na krakowskim Kazimierzu. Decydują się na wynajem, gdyż kupno mogłoby przywiązać ich do miejsca i pozbawić możliwości przeniesienia się w przyszłości do londyńskiego Islington lub nowojorskiego SoHo. Latte po latte, jak niezwykle trafnie ujęła to Sharon Zukin (Zukin 2010), kształtują krajobraz użytkowanej przez siebie czasowo dzielnicy, a gdy za bardzo przypominać zaczyna miejsce zabawy zrywają umowę najmu, by za chwilę i na chwilę zawrzeć ją gdzie indziej.

Iwona Sagan zwraca uwagę na jeszcze inną konsekwencję wkroczenia gospodarki rynkowej do polskich miast – gwałtowny wzrost presji na lokalizacje centralne (Sagan 2000: 167). „Instytucje ubezpieczeniowe, banki, siedziby firm, luksusowe salony handlowe, hotele, obiekty rozrywki zaczęły gwałtownie zabiegać o te lokalizacje. Przywrócenie renty gruntowej sprawiło, że w centrum pozostali najlepiej prosperujący przedsiębiorcy, zmieniając diametralnie jego krajobraz” (Sagan 2000: 167). Zmianie krajobrazu towarzyszy zmiana funkcji pełnionej przez centrum oraz struktury jego użytkowników. Historyczna zabudowa rezydencjalna, której odnowa i utrzymanie wymaga ogromnych nakładów finansowych, przejmowana jest przez prywatny kapitał i przekształcana w przynoszące największe zyski lokale użytkowe. Reprezentacyjne ulice zmieniają się w aleje handlowe, a place w trasy przemarszu wycieczek lub przelotnych styczności mieszkańców, którzy raczej w centrum bywają niż są. Na zawłaszczanie zlokalizowanych centralnie przestrzeni publicznych przez przestrzenie prywatne i sfery konsumpcji zwraca uwagę Krzysztof Nawratek, pisząc: „policzcie, ile jest darmowych ławek na Rynku w Krakowie, a ile miejsc
w przykawiarnianych ogródkach” (Nawratek 2008: 50).

Ożywianie dzielnic śródmiejskich oraz centrów miast w oparciu o mechanizmy rynkowe stanowi niewątpliwie jedną z najbardziej efektywnych strategii. W stosunkowo krótkim czasie następuje rehabilitacja fizycznej tkanki tych dzielnic oraz wzrost dynamiki ich użytkowania. Największe, choć niepoliczalne, koszty ponoszą dotychczasowi mieszkańcy, którzy na szczęście szybko znikają z pola widzenia. Nawet inicjowane przez władze programy, które poprzez ożywienie dzielnic przyczyniać się mają do poprawy jakości życia szerokich grup  mieszkańców, skutkują najczęściej jedynie wzmocnieniem kapitału. Nie inaczej było w przypadku zakrojonego na ogromną skalę programu odnowy centów miast zrealizowanego w Stanach Zjednoczonych w latach 50., 60. i 70. ubiegłego stulecia, którego przykład przywołuje się obecnie głównie po to, by pokazać jak tego typu inicjatyw przeprowadzać nie należy. Program ten zainicjowano z myślą o ożywieniu ekonomicznym miejskich śródmieść i poprawie sytuacji mieszkaniowej zamieszkującej w nich uboższej ludności (Majer 1997: 138). Do realizacji zakreślonych z rozmachem wizji pomysłodawcy włączyli biznes budowlano-mieszkaniowy, oferując korzystne warunki dla inwestycji
w centrach objętych programem. O efektach programu pisze Andrzej Majer:

„Większość przedsięwzięć w ramach <<Odnowy miast>> polegało wprawdzie na radykalnej przebudowie śródmieść amerykańskich miast, jednak wbrew hierarchii zakładanych celów zamiast spodziewanej dużej liczby tanich mieszkań wypełniła je głównie nowa zabudowa biurowa i usługowa. (…) Pod względem głównego celu, jakim miała być poprawa warunków mieszkaniowych najuboższej ludności, efekty były połowiczne lub wręcz odwrotne od zamierzonych. Przyznawał to wyraźnie rządowy raport z 1968 r., w którym stwierdzono, iż program pomyślany jako likwidacja slumsów i poprawa warunków życia mieszkańców – już w 1950 r. zmienił się w politykę umacniania kapitału” (Majer 1997: 140-141).

Losy gentryfikowanych dzielnic i podlegających przemianom centrów miast, postępująca segregacja społeczna w przestrzeni miejskiej oraz związanie prawa do miejsca ze zdolnością do wywiązywania się z obowiązków wynikających z odgrywania roli konsumenta to jedne z najbardziej jaskrawych przykładów konsekwencji wkroczenia gospodarki rynkowej do miast.

Miasto-machina

Polska jako członek Unii Europejskiej oraz sygnatariusz Karty Lipskiej winna podejmować starania na rzecz neutralizacji wspomnianych wyżej efektów. Obowiązującą w ramach Wspólnoty podstawą polityki miejskiej jest bowiem idea zrównoważonego rozwoju. W świetle tej koncepcji miasta rozumiane są jako „zbiorowe podmioty społeczne, a ich rozwój to przede wszystkim realizacja potrzeb ich mieszkańców w sytuacji ograniczonych zasobów naturalnych i energetycznych oraz zobowiązań współczesnych społeczeństw wobec następnych pokoleń” (Billert 2011). Potrzeb mieszkańców, a nie jedynie wąskich grup, w których interesie jest traktowanie przestrzeni miejskiej jako dobra rynkowego. Mimo deklaracji przestrzegania idei zrównoważonego rozwoju zawartych we wszelkich możliwych dokumentach strategicznych dotyczących rozwoju miast w Polsce, przestrzeń miejska rozwija się zgodnie z ideologią miasta-machiny wzrostu oraz miejskiej przedsiębiorczości.

Założenia ideologii miasta-machiny wzrostu wyeksplikował M. L. Moloch w latach 70. ubiegłego stulecia, tłumacząc za ich pomocą logikę rozwoju miast amerykańskich zgodną z logiką kapitalizmu. Wokół przewodnich haseł tej ideologii jednoczą się członkowie lokalnych elit, do których w miastach kapitalistycznych należą głównie lokalni politycy i przedsiębiorcy. O funkcjonowaniu lokalnych elit pisze Iwona Sagan:

„Elity te czerpią korzyści ze wzrostu intensyfikacji wykorzystania terenu, w który w różnej formie zainwestowały. Konkurują one ze sobą o zlokalizowanie generujących wzrost inwestycji na kontrolowanym przez siebie obszarze. Dążenie do intensyfikacji wzrostu jest kluczową motywacją do osiągania konsensusu między członkami poszczególnych elit lokalnych, bez względu na to, jak rozbieżne są ich pozostałe interesy” (Sagan 2000: 69).

W ramach zawiązywanych koalicji podejmują działania wspierające stały wzrost ekonomiczny na terytorium danego miasta, który przybiera charakter wartości absolutnej. Analogicznie do retoryki uprawianej na szczeblu państwowym, w ramach której wzrost PKB uznawany jest za wskaźnik wzrostu zamożności i dobrobytu całego społeczeństwa, w ramach retoryki lokalnych elit akumulacja kapitału na danym terytorium przynosi korzyści wszystkim jego mieszkańcom. Stwierdzenie Molotcha, w świetle którego „elity miejskie wykorzystują swą prowzrostową koalicję do eliminacji alternatywnych wizji, dotyczących zadań stojących przed władzami lokalnymi, czy realizowanych celów społecznych” (Sagan 2000: 69), tłumaczy trudności z jakimi borykają się koncepcje zrównoważonego bądź opartego o partycypację społeczną rozwoju miast. Polityka miejska w miastach traktowanych przez lokalne elity jako machiny wzrostu koncentruje się zatem na generowaniu przyrostu liczby ludności obszaru zurbanizowanego, w nadziei na związane z nim pobudzenie rynku nieruchomości oraz działalności handlowo-usługowej, które stanowi wyraźne świadectwo opłacalności potencjalnych inwestorów. Koncentracja sił na stymulowaniu wzrostu gospodarczego powoduje zaniedbania w innych, kluczowych dla życia miejskiego obszarach. Jednak zgodnie z retoryką ideologii miasta-machiny wzrostu do grona beneficjentów opartej na niej polityki należą wszyscy użytkownicy przestrzeni miejskiej. Jej zwolennicy twierdzą, „że wzrost zwiększa lokalne dochody z podatków, tworzy nowe miejsca pracy, stwarza możliwości rozwiązywania istniejących problemów społecznych, czy też zaspokaja potrzeby mieszkaniowe wynikające z naturalnego przyrostu liczby ludności” (Sagan 2000: 80).

W rzeczywistości sprzyja on interesom bardzo wąskich grup. Liczne badania wskazują bowiem, że tzw. społeczność lokalna rzadko kiedy odnosi bezpośrednie korzyści
z lokalizowanych w jej okolicy inwestycji, a jeszcze rzadziej „załapuje się” na tworzone
w nich nowe miejsca pracy (Sagan 2000). Co więcej, „wielkość i tempo wzrostu może odgrywać istotną rolę w wywoływaniu takich problemów społecznych, jak segregacja
i pogłębiające się nierówności społeczne” (Sagan 2000: 84).

Utowarowienie miast i podporządkowanie ich funkcjonowania logice kapitalizmu wzmaga globalizacja, która powoduje zaostrzenie bezpośredniej konkurencji między miastami, które walczą o przyciągnięcie do siebie mobilnego kapitału. W dobie swobodnych przepływów kapitału w globalnej skali polityka miejska przybiera charakter miejskiej przedsiębiorczości (Harvey 1989), a miasta stają się „lokalnymi przedstawicielstwami globalnych sił i struktur” (Nawratek 2008: 52). Nową strategię adaptacyjną miast charakteryzuje Iwona Sagan:

„Zachowania konkurencyjne stają się potężną, zewnętrzną siłą wymuszającą prowadzenie przez indywidualne ośrodki miejskie polityki silnie zunifikowanej i podporządkowanej dyscyplinie i logice kapitalistycznych stosunków produkcji. Miasta przekształcają się z opartych na zyskach z nieruchomości machin wzrostu, w przedsiębiorstwa” (Sagan 2000: 142).

W procesie kreowania „klimatu przedsiębiorczości”, który staje się nadrzędnym celem polityki miejskiej, następuje utowarowienie miast. W siłę rosną specjaliści od marketingu miast i regionów, którzy kreują pożądane wśród elit biznesu wizerunki miast. Wszystko po to, by konkretna lokalizacja zdolna była przyciągnąć cyrkulujący swobodnie kapitał. Okazuje się, że najskuteczniejszym wabikiem dla dużego biznesu jest wizerunek miasta zabawy (Sagan 2000: 146). W związku z tym, „tworzony powszechnie w miastach <<klimat przedsiębiorczości>>, to już nie tylko ulgi podatkowe, infrastrukturalne zaplecze, rynek wykwalifikowanych pracowników, ale teatry, opery, wystawy i galerie sztuki, muzea, festiwale filharmonie, których działalność na terenie miasta nadaje mu rangę miasta światowego, a przynajmniej kontynentalnego” (Sagan 2000: 146). Ów klimat sprzyja formowaniu się klasy metropolitalnej, o której roli w kształtowaniu krajobrazu miast była już mowa. W miastach zabawy wiele mówi się o warunkach sprzyjających kreatywności, innowacyjności i przedsiębiorczości. Wiele wysiłku wkłada się w kreowanie doświadczenia miejskości, które odpowiada gustom biznesmanów, menedżerów i przedstawicieli wolnych zawodów. Znacznie mniej, jak słusznie zauważa Iwona Sagan, mówi się w nich o mieście jako miejscu, które tworzone i kreowane jest na zasadach demokratycznej partycypacji, społecznej sprawiedliwości, w którym każdy mieszkaniec ma zagwarantowane prawo godnego życia (Sagan 2000: 147). Aktualny przykład wdrażania strategii miejskiej przedsiębiorczości przez polskie władze lokalne stanowi kampania re-brandingowa Katowic, która pogrzebać ma wizerunek Katowic jako miasta przemysłowego, stanowiący w dzisiejszych czasach duże obciążenie.

Partycypacja

Podejmując na koniec wątek zarządzania miastem na zasadach społecznej partycypacji i sprawiedliwości, które, jak starałam się wykazać, stoi w sprzeczności z dominującymi obecnie trendami kształtowanymi przez dynamikę rozwojową kapitalizmu, warto zwrócić uwagę na pewien instrument, którym dysponują polskie władze lokalne i za pomocą którego, przy odrobinie dobrej woli, mogłyby zwrócić politykę miejską na inny tor. Instrumentem tym jest planowanie rozumiane jako „zachowanie kształtujące przestrzeń, które ma do zrealizowania określone społeczne cele rozwoju miast, w tym organizowanie materialnej i niematerialnej infrastruktury życia zbiorowości mieszkańców” (Majer 1997: 166). Chodzi przy tym o specyficzny rodzaj planowania. Taki mianowicie, który faktycznie, a nie tylko formalnie, uwzględnia społeczną partycypację.

W latach 60. ubiegłego stulecia, w Stanach Zjednoczonych, na fali radykalizacji nastrojów społecznych, wśród planistów miejskich zrodził się ruch poparcia tzw. „planowania doradczego”. Część amerykańskich urbanistów i architektów młodszego pokolenia, pisze Andrzej Majer, mając za sobą poparcie kilku znaczących autorytetów w tej profesji, opowiedziała się stanowczo za nowym podejściem do planowania, które miało programowo łączyć metody ogólnego projektowania urbanistycznego z jednoznacznym zaangażowaniem społecznym planistów (Majer 1997: 171). Główne założenia nowego podejścia do planowania dają się streścić następująco:

„Przyjęcie roli <<adwokatów>> miało być zaprzeczeniem dotychczasowej praktyki planowania niezaangażowanego i zdystansowanego od względów ogólnospołecznych. Nie wolno, twierdzono, być neutralnym w stosunku do problemów społeczeństwa, któremu się służy. Planowanie musi wyraźnie zaangażować się po stronie tych społeczności i grup, których system polityczny traktuje ściśle przedmiotowo lub pozbawia głosu” (Majer 1997: 171).

W praktyce oznaczać to miało formułowanie planów zagospodarowania przestrzeni na podstawie szeroko zakrojonych i wyczerpujących konsultacji społecznych, w których uczestniczyć mieli obecni i przyszli użytkownicy objętych planowaniem obszarów. W razie wystąpienia konfliktów na tle przeznaczenia konkretnych terenów planiści stawać mieli w obronie interesów grup marginalizowanych, których głos w dotychczasowej praktyce planowania był ignorowany. Mimo że wizja „planowania doradczego”, jak stwierdza Andrzej Majer, przegrała w konfrontacji z rzeczywistością już po kilku latach, idea bezpośredniego włączania w proces sporządzania planów i ich realizacji ludzi, których one dotyczą, stopniowo zyskiwała coraz więcej zwolenników (Majer 1997: 174). Idea ta zaowocowała praktykowanym dziś  powszechnie w miastach amerykańskich planowaniem społecznym. Charakteryzuje je:

„Z jednej strony takie podejście do planowania, w którym szeroko rozumiane cele społeczne w odniesieniu do danej zbiorowości i zajmowanego przez nią obszaru mają prymat nad innymi celami. (…) Z drugiej zaś strony chodzi również o uspołecznienie samego procesu planowania, czyli udział w nim czynników społecznych, takich jak opinia publiczna, organizacje zrzeszenia, stowarzyszenia, grupy bądź jednostki w dostępnych im i skutecznych formach” (Majer 1997: 189).

Podobnie w Europie planowanie zagospodarowania przestrzennego miast oraz formułowanie ich strategii rozwoju dokonuje się w sposób uspołeczniony. Wynika to z przekonania, że „polityk i planista nie są dziś w stanie samodzielnie kształtować polityki rozwoju miejskiego bez wejścia do szerokiej interakcji społecznej. Eliminacja z niej podmiotów gospodarczych prowadzi z reguły do abstrakcyjności i nieskuteczności planowania, eliminacja podmiotów społecznych, prowadzi znów nieuchronnie do uzależnienia się polityki i administracji od interesów podmiotów gospodarczych i uruchomienia się procesu korumpowania przestrzeni miejskiej” (Billert 2011). Tymczasem w Polsce, jak twierdzą znawcy tematu, faktycznym planistą miasta są prywatne podmioty inwestycyjno-budowlane (Billert 2011). Aktywność władz lokalnych ogranicza się do produkowania aktów prawno-planistycznych, których zapisy odzwierciedlają logikę wciąż znajdującej zwolenników koncepcji miasta jako machiny wzrostu. Wspierają zatem w głównej mierze nowe inwestycje, sprzyjając interesom prywatnych inwestorów.

Praktyka pionierskich miast amerykańskich i zachodnioeuropejskich wskazuje na to, że planowanie faktycznie społeczne, a zatem uwzględniające potrzeby całego konglomeratu społeczności mieszkańców, i uspołecznione, czyli angażujące ów konglomerat w proces planowania, który, co istotne, poprzedza uchwalanie studiów uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego oraz miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, mogłoby doprowadzić do neutralizacji negatywnych efektów wkroczenia gospodarki rynkowej do polskich miast. Planowanie rozwoju miast oraz zarządzanie nimi oparte na aktywnym udziale różnorodnych kategorii użytkowników przestrzeni miejskiej samo w sobie nie zniweluje występujących między nimi napięć, które wynikają ze strukturalnie uwarunkowanej sprzeczności interesów. Mogłoby jednak przyczynić się do ich złagodzenia.

Planowanie i zarządzanie społeczne stanowią odpowiedź na kryzys, w którym znalazły się miasta w latach 70. XX wieku i w którym zdają się pozostawać po dziś dzień (Majer 1997; Nawratek 2008), mimo dynamicznego wzrostu gospodarczego, przestrzennego czy demograficznego (Nawratek 2008: 16). Powszechne jest przekonanie, że kryzys stanowi immanentną cechę miast w rozwiniętym kapitalizmie (Majer 1997) i że procesu śmierci miast nie da się zatrzymać (Nawratek 2008). Podejmuje się jednak próby odrodzenia miast jako sposobu życia ich mieszkańców opartego na samozarządzającej sobą wspólnocie (Nawratek 2008: 16), w ramach której godne życie w mieście nie jest przywilejem, lecz prawem przysługującym każdemu, a o możliwości decydowania o kierunkach jego rozwoju nie decyduje siła nabywcza, lecz sam fakt przynależności do wspólnoty mieszkańców. Nawet jeśli niemożliwym dziś jest funkcjonowanie miast inaczej niż jako przedsiębiorstw, to zyski przez nie generowane mogłyby przynosić korzyść wszystkim ich mieszkańcom, a nie tylko wąskim elitom związanym z biznesem. Miasta-przedsiębiorstwa od wielkich korporacji, poza zafiksowaniem na wzroście ekonomicznym, mogłyby przejąć też koncepcję społecznej odpowiedzialności, która, jak się okazuje, w dzisiejszych czasach po prostu się opłaca.

Źródła

Billert, Andreas. 2011. Przesłanie do Uczestników Kongresu Ruchów Miejskich w Poznaniu 18-19.06.2011. http://www.my-poznaniacy.org/index.php/kongres-miejski/123-opinie-i-opracowania/640-przeslanie-do-uczestnikow-kongresu-ruchow-miejskich-w-poznaniu-18-19-06-2011. Dostęp: 29.12.2011.

Harvey, David. 1989. From managerialism to entrepreneurialism: The transformation in urban governance in late capitalism. “Geografiska Annaler” 71B (1): 3-17.

Majer, Andrzej. 1997. Duże miasta Ameryki. Kryzys i polityka odnowy. Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego.

Majer, Andrzej. 2007. Polityka miejska – nowy obszar badań socjologii miasta. W: A. Mejer (red.). Socjologia miasta. Nowe dziedziny badań. Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego.

Murzyn, Monika A. 2006. Kazimierz. Środkowoeuropejskie doświadczenie rewitalizacji. Kraków: Międzynarodowe Centrum Kultury

Nawratek, Krzysztof. 2008. Miasto jako idea polityczna. Kraków: Korporacja Ha!art

Sagan, Iwona. 2000. Miasto. Scena konfliktów i współpracy. Gdańsk: Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego.

Zukin, Sharon. 2010. Naked city. The death and life of authentic urban places. Nowy Jork: Oxford University Press.