Relatywny problem biedy

Relatywny problem biedy

Powtarzając za Ruth Lister, bieda definiowana jest w kategoriach względnych, „jako brak wystarczających zasobów potrzebnych, by zaspokoić społecznie uznane potrzeby i uczestniczyć w życiu ogółu społeczeństwa” (2007:17). Jest to sposób definicji biedy oparty o badania Petera Townsenda, zwolennika relatywnego postrzegania problematyki biedy. Townsend uważa, że z biedą mamy do czynienia w przypadku jednostek, rodzin lub grup, którym brakuje zasobów by żyć w zgodzie z panującym w danym społeczeństwie wyobrażeniem życia (Lister 2007:35). Podejście do biedy prezentowane przez Townsenda jest punktem wyjściowym niniejszego eseju, z jednym jedynie założeniem odgórnym, dyktowanym nie przez treści rozmaitej literatury przedmiotu, ale przez pryzmat mojego indywidualnego postrzegania biedy. Zakładam jej głęboki relatywizm i kulturową odmienność, w zgodzie zasadniczo z Peterem Townsendem, niemniej podzielam przekonanie Amartya Sena o pewnym swoistym absolutnym rdzeniu biedy, zawsze i wszędzie denotowanym poprzez głód i niedożywienie. To zaś, że ów absolutny rdzeń biedy również podlega kulturowym konotacjom, sprawiającym iż nawet absolutne staje się kulturowo relatywne, to już inny wymiar rozważań, o który zahaczać nie zamierzam. Przynajmniej nie w stopniu wyczerpującym.

Roboczo nazwałbym powyższe podejście braniem pod uwagę kanonicznej już piramidy potrzeb w konstrukcji sposobu podejścia do biedy oraz jej relatywizacji. Przy ryzyku zagrożenia zdrowia bądź życia jednostek, nie widzę bowiem miejsca na spełnianie innych potrzeb, właściwych poszczególnym systemom kulturowym. Oczywiście jest to założenie nieco zdezaktualizowane, bowiem co nam wydawałoby się nieracjonalne, czyli przykładowo korzystanie z dóbr kultury w stanie niedożywienia zamiast kupna żywności, dla innych byłoby prawdopodobnie w pełni uzasadnione. Pragmatyczna racjonalność, zakładająca indywidualny sposób bycia w świecie, wyklucza możliwość uogólnienia sposobów postrzegania biedy. Niemniej jeśli założymy, iż bez znajomości stanu głodu bądź niedożywienia, nie można tworzyć sądów o ludzkich motywacjach w takowych sytuacjach, absolutny rdzeń biedy broni się jako stanowisko uogólniające. Tyle jeśli chodzi o sposób postrzegania problematyki biedy, niejako definicyjny, pora zaś rozwinąć myśl przewodnią, czyli jej relatywizację i niezrozumienie.

Nie ma jednej, uniwersalnej definicji biedy. Wszędzie, czyli w każdym odrębnym choć dyskursywnie, płynnie się dookreślającym kontekście kulturowym jest ona zgoła odmienna. Coś, co nam wydaje się biedą nie będzie nią dla ludzi partycypujących w innym systemie kulturowym. Wyjątkiem są głód czy niedożywienie, bowiem kultura nie nauczyła się jeszcze wpływać na biologiczne życie człowieka w takim stopniu, by pomagać mu pokonywać prymat potrzeb biologicznych. Niemniej, w ramach różnych kontekstów kulturowych, wytrzymałość oraz poziom akceptacji głodu jest różny, tak samo jak jest on inny u osób z tego samego kręgu kulturowego, lecz z innych warstw społecznych. Nie tylko zresztą poziom wytrzymałości, lecz także indywidualne motywacje i potrzeby pozabiologiczne wpływają na sposób tolerancji niedożywienia. W każdym jednak przypadku, prędzej czy później, poziom akceptacji głodu w końcu się kończy i na tym polega absolutny rdzeń biedy w moim przekonaniu. Jest zaprzeczeniem niezbędnego dla organizmu minimum, dookreślanego przez kontekst kulturowy lecz nigdy przezeń nieprzekraczanego.

Próba uniwersalizacji biedy najczęściej rozbija się o nieznajomość kontekstu kulturowego w którym ta, według podmiotu podejmującego ową próbę, występuje. Prostym przykładem takiego błędnego osądu są częste próby unifikacji biedy poprzez jednoznaczne konotowanie jej ze smulsami. Mimo iż owszem, często bieda drąży społeczność zamieszkującą slumsy, nie jest ich nadrzędnym dookreśleniem. W slumsach mieszkać mogą zarówno skrajnie ubodzy, jak i zubożali, a nawet względnie zamożni ludzie. O niemożliwości ujednolicenia slumsów oraz ubogich pisał Mike Davis w Planecie slumsów, zauważając w kontekście społeczności miejskiej, że mieszkańcy slumsów nie są równoznaczni z biednymi mieszkańcami miast. Tych biednych bowiem, jest znacznie więcej (Davis 2009:41). Wszelkie podobne próby poradzenia sobie z problematyką usystematyzowania biedy, by poradzić sobie z samym zjawiskiem biedy, najczęściej napotykają na ścianę rzeczywistości nieuświadamianej z odległej i bezpiecznej perspektywy.

Skoro jak widać, nie ma biedy w ogóle, nie ma zuniwersalizowanej, ani usystematyzowanej biedy, a nawet wydawałoby się nadrzędna dla ludzkiego bytu domena potrzeb biologicznych i ich systematycznego spełniania jest mocno zrelatywizowana, o jakiej wizji biedy możemy mówić? Oraz w jaki sposób? Otóż tworzyć sądy można jedynie o biedzie ukontekstowionej, konotowanej poprzez system kulturowy z którym zaznajomiony jest mówiący. Najprościej byłoby mówić o biedzie jedynie w swojej kulturze, niemniej wykluczałoby to działania rozmaitych organizacji pozarządowych, często organizujących się na szczeblu międzynarodowym. Głównym kryterium zasadności podejmowania tematyki biedy powinna być znajomość kontekstu kulturowego i właściwego mu konotowania biedy. Znając problematykę biedy własnego, zachodniego kontekstu kulturowego oraz podrzędnie względem niego dookreślanego polskiego kontekstu kulturowego, pozostanę w jego ramach.

Czym jest oraz jak sytuuje się bieda w Polsce? Jest relatywna oraz relacyjna. Zacznijmy od zarobków. Dane statystyczne opracowane przez GUS na pierwszy kwartał 2012 roku podają, że przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosi 3 770 złotych. Płaca minimalna zaś, 1500 złotych. Choć nie jestem zwolennikiem szafowania danymi statystycznymi, te powyższe, skupiając się zwłaszcza na płacy minimalnej wydają się ważne dla problematyki biedy w Polsce. Bieda jest bowiem nie tylko relatywna ale również relacyjna i stopniowa. Jak nadmieniłem powyżej. Istnieją poziomy biedy, w których ktoś jest biedny, ktoś bardziej biedny, a ktoś inny wreszcie mniej biedny bądź bardziej zamożny. I tak, podmiot legitymujący się zarobkami na poziomie przeciętnych w sektorze przedsiębiorstw jest zdecydowanie bardziej zamożny niż podmiot zarabiający minimalne 1500 złotych. To jasne. Niemniej dwie jednostki zarabiające po 1500 złotych, również mogą różnić się statusem. Podmiot zarabiający 1500 złotych i mieszkający z rodzicami bądź dokładający jedynie pewną część zarabianej kwoty do utrzymania mieszkania jest mniej biedny lub bardziej zamożny niż ktoś, kto stara się utrzymać sam za płacę minimalną. Dlaczego? Dlatego, że więcej pieniędzy zostaje mu na „używanie życia” w myśl Townsenda czyli praktykę kulturową właściwą pewnym podzielanym większościowo standardom panującym w polskim społeczeństwie.

Oczywiście, ktoś zarabiający choćby minimalną płacę miesięczną jest w zdecydowanie lepszej sytuacji niż ktoś niezarabiający nic. To nie ulega wątpliwości. Mając 1500 złotych, a nie mając tej kwoty, nie tylko drastycznie odmiennym jest sposób partycypacji w społeczeństwie i spełnianie pewnych wzorców i potrzeb względem życia, lecz utrudnione do niepojętego stopnia staje się sprostanie najbardziej podstawowym potrzebom fizjologicznym. Osoba niezarabiająca jest więc uboższa niż ta zarabiająca. Niemniej spośród dwóch osób zarabiających co miesiąc taką samą sumę pieniędzy, uboższa będzie ta, która musi pokryć większą ilość kosztów czystego utrzymania, co sprawia iż na czynną partycypację w kulturze danego społeczeństwa pozostaje jej mniej środków. Wszystkie z kolei powyższe osoby będą uboższe niż ktoś zarabiający przeciętnie w sektorze przedsiębiorstw. Co ciekawe, te szacunkowe dookreślenia rozgrywają się na poziomie oficjalnych zarobków, nie wkraczając nawet na komplikujący owe zagadnienie poziom zysków nieoficjalnych oraz indywidualne potrzeby i wymagania czy motywacje jednostki. Pozostając na przykładzie zarobków oficjalnych, zauważalna jest dysproporcja między sposobami postrzegania biedy, a co ciekawe, jest to jedynie najprostszy przykład dotyczący tylko jednego kontekstu kulturowego, ograniczonego do sfery społeczno-ekonomicznej danego kraju. Prosty wniosek, jaki winien nasunąć się bezwzględnie, każe postrzegać biedę z wyszczególnieniem odmiennych poziomów jej funkcjonowania.

Udowodnienie relatywności i niejasności zarówno problematyki biedy jak i terminologii używanej w jej dookreślaniu, nie wydaje się konieczne by zarysować dokładniej odmienność sposobów jej postrzegania oraz mnogość sposobów jej faktycznego oddziaływania w zależności od kontekstu kulturowego. Jeśli jednak, dręczą kogoś wątpliwości, powyższa, prosta i niewiele mająca wspólnego z akademicką ekonomią zależność między zarobkami i ich wykorzystywaniem, stanowi banalny choć wystarczający argument na drodze ku udowadnianiu relatywności postrzegania biedy. Bieda wydaje się skutecznie walczyć z postępującym wtórnym kolonializmem, zwanym globalizacją, przez co ujednolicenie zarówno jej rozumienia oraz sposobów walki z nią ciągle jest nieuchwytną ideą organizacji pozarządowych.

Jak to się jednak dzieje, że w zachodnim kontekście kulturowym bieda postrzegana jest inaczej? Oczywiście, globalizacja właśnie na Zachodzie zbiera największe żniwo próbując narzucić reszcie świata prozachodni sposób konstruowania konsumpcyjnego stylu życia, niemniej specyfika w postrzeganiu biedy oraz w próbach radzenia sobie z nią, jest zauważalna. Odpowiedź na to pytanie zasadniczo uważam za niemożliwą w formie krótkiego eseju, zarysuje więc jedynie punkt wyjścia wpływający w ogóle na odmienne postrzeganie zjawisk kulturowych i inną ich formę w różnych od siebie kulturach. Owym punktem wyjścia wydaje się znak mityczny w terminologii Rolanda Barthesa (Mitologie 2000), który ja zwykłem nazywać znakiem kulturowym, dookreślając go jako narzędzie konstrukcji siebie w danej kulturze oraz modelowania społecznej rzeczywistości. W ujęciu możliwie skrótowym, język mityczny u Barthesa jest językiem wyższego rzędu niż klasyczny langue w terminologii de Saussure`a. Język mityczny powstaje poprzez zespolenie języka z wzorami kulturowymi właściwymi danej kulturze (Barthes 2000: 245). Używając więc języka werbalnego konstruujemy pozajęzykowe znaczenia do których rozumienia potrzebna jest znajomość kodu właściwego kulturze w którym funkcjonuje owy przypadek języka mitycznego, a właściwie kulturowego, zmieniając nazewnictwo ale nie sposób funkcjonowania. Język danej kultury wpływa na kształtowanie znaczeń członków owej kultury, dlatego właśnie „my” postrzegamy biedę inaczej niż „oni”.

Skoro pojawiła się już opozycja „my-oni”, pora pokusić się o próbę wytłumaczenia jednego z czynników wpływających na postrzeganie biedy z zachodniej perspektywy. A tych, owych zmiennych, jest mnóstwo. Z racji więc, iż streszczenie, a nawet zliczenie ich wszystkich wydaje się utopijną wizją, zdecydowanie warto zawęzić pole rozważań do jednego, acz istotnego. A takim czynnikiem jest prędkość, która w zachodnim kontekście kulturowym urasta wręcz do rangi metaczynnika biedy. Paul Virilio w swoim dromologicznym studium Prędkość i polityka zauważa, że wszelka kontrola społeczna klas wyższych nad niższymi dokonuje się na drodze odebrania możliwości swobodnego ruchu (2008:24). Jego zdaniem, „stagnacja oznacza [powolną] śmierć – oto ogólne prawo rządzące światem” (2008:90). Czym innym zaś, pomijając absolutystyczne powiązania ze śmiercią, jest bieda rozumiana z perspektywy zachodniej, jak nie stagnacją właśnie? Jest unieruchomieniem, niemożliwością podjęcia życia na nowo w zgodzie ze społecznie podzielanymi wzorcami bądź w myśl własnych wizji siebie i przekonań względem swojej osoby. Ruchu, prędkości oraz stagnacji nie można rozumieć oczywiście dosłownie. Biednym wszak wolno się przemieszczać. Brak ruchu rozumiany z kolei metaforycznie oznacza brak możliwości partycypacji w kulturze, szerokorozumianej i nie tej właściwej antropologicznemu postrzeganiu świata.

Pytanie, które dookreśli problem niemobilności biednych, brzmi: co jest potrzebne by nie stracić możliwości ruchu lub wyrwać się ze stanu społecznego zastygnięcia, bezruchu czy stagnacji? Potrzebny jest kapitał. Kapitał nie postrzegany z cudowną modalnością tegoż terminu, która współcześnie robi zatrważającą niemal karierę, lecz kapitał czysto ekonomiczny, który generuje sprawczość. Zygmunt Bauman w swojej metaforycznej konstrukcji „konsumowania życia”, oddał chyba najlepiej ogólny sposób bycia w świecie wymagany na obywatelach kulturowo rozumianego Zachodu przez zachodni system kulturowy. Bez sprawczości, generowanej poprzez kapitał ekonomiczny, jednostka nie jest w stanie wyrwać się ze stanu bezruchu. Zaś bez uwolnienia się, bez rozpędzenia się i powrotu do kołowrotka społecznej i sprawczej prędkości nie może być mowy o wyrwaniu się ze stanu biedy. Przynajmniej w jej zachodnim postrzeganiu. Stąd właśnie, prawdopodobnie biorą się, skądinąd światłe i słuszne, pomysły organizacji pozarządowych, niosące z dumą kaganek zachodniej myśli ekonomicznej, mające na celu aktywizacje ludzi biednych na wszelkich możliwych szerokościach geograficznych. I dlatego też najpewniej, nie przynoszą żadnego skutku. Przyłożenie zachodniego sposobu postrzegania biedy i właściwych mu metod walki z nią, nie rości sobie praw ku globalnemu polepszeniu życia, wszak nie tylko inne kultury inaczej postrzegają biedę czy inaczej z nią walczą. Inaczej postrzegają nawet ekonomie dla nas, dla obywateli czynnie partycypujących w kulturze zachodniej, automatycznie niejako konotowaną jako ekonomie ekonomiczną. Tymczasem o ekonomii dóbr symbolicznych wspominał choćby Pierre Bourdieu w swoim Rozumie praktycznym, a która różna dla różnych środowisk, kultur czy, by nie myśleć zawsze i ciągle w większej skali, indywidualnych wzorów zachowań, konotuje odmienne wartości oraz czasem uniemożliwia nam, obserwatorom, zrozumienie jej mechaniki, a tym samym motywacji poszczególnych ludzi.

Bieda jest relatywna. Nawet to, co w niej absolutne, jest relatywne. Jest specyficznie właściwa poszczególnym kontekstom kulturowym, wpływającym nie tylko na jej postrzeganie lecz również na sposoby radzenia sobie z nią, jej zapobiegania lub leczenia jej przewlekłego stanu. Bieda jest również relacyjna, ustala i utrwala się w kontekście postrzegania siebie i swoich potrzeb przez poszczególne jednostki. Podmiot A często dookreśla swoją biedę w kontekście do podmiotu B. Uniwersalistyczne podejście do badań nad biedą nie rości więc sobie większych szans powodzenia, mało tego, jest zasadniczo pozbawione wszelakiego uzasadnienia. By skutecznie przeciwdziałać biedzie należy poznać kontekst jej występowania, jej specyfikę oraz specyfikę kulturowej gramatyki poprzez którą się dookreśla. Zadanie niełatwe, a w moim przekonaniu wręcz niemożliwe przez przykładanie odgórnych ram pojęciowych względem biedy, przez próby rozumienia jej całkowicie odkontekstowione. Stąd też najpewniej, gruntowny brak sukcesów w walce z hybrydyczną biedą. Brak narzędzi poprzez brak dążeń ku zrozumieniu problemu przekłada się na brak sukcesów w walce z owym problemem. Szans na zintensyfikowanie i uskutecznienie sposobów walki z biedą nie widać, na szerokim horyzoncie modalności problematyki biedy.

 

Źródła

Barthes R. (2000) Mitologie, Warszawa: Wydawnictwo KR.

Davies M. (2009) Planeta slumsów, Warszawa: Instytut Wydawniczy Książka i Prasa.

Lister R. (2007) Bieda, Warszawa: Wydawnictwo Sic!

Virilio P. (2008) Prędkość i polityka, Warszawa: Wydawnictwo Sic!

wynagrodzenia.pl

dostęp30.05.2012 Wynagrodzenia w Polsce według GUS – dane kwartalne, <http://www.wynagrodzenia.pl/gus_kwartalne.php>.

wynagrodzenia.pl

dostęp 30.05.2012 Wynagrodzenia w Polsce według GUS – płaca minimalna, <http://www.wynagrodzenia.pl/gus_placa_minimalna.php>.

 

Ilustracja: Evan Leeson