Reformy szkolnictwa wyższego – rewolucja czy zmiana fasadowa?

Reformy szkolnictwa wyższego – rewolucja czy zmiana fasadowa?

Dnia 5 kwietnia 2011 r. Prezydent Bronisław Komorowski złożył podpis pod przyjętą przez Sejm ustawą o zmianie ustawy – „Prawo o szkolnictwie wyższym(…).” W okresie poprzedzającym ostateczną redakcję ustawy jak i po niej, w środowisku akademickim, rozgorzała dyskusja na temat tego, w jakim kierunku powinny pójść proponowane zmiany oraz jakie będą ich ewentualne konsekwencje. MNiSW wysyłało jasne do odczytania komunikaty, że planowana reforma ma mieć charakter totalny, a jej efekty mają zrewolucjonizować system szkolnictwa wyższego (którego stan, w domyśle, został zdefiniowany jako fatalny). Wprowadzone zmiany dotyczą ścieżki kariery naukowej, sposobu finansowania uczelni, modelu kształcenia studentów oraz zarządzania uczelnią.

Ponieważ język nie jest w pełni neutralnym i transparentnym medium komunikacji, postanowiłem pochylić się nad tym problemem i dokonać analizy owej dyskusji. W swojej pracy licencjackiej staram się dokonać analizy dyskursu na temat reformy szkolnictwa wyższego w Polsce. Ściślej mówiąc chodzi o to, co nazywam dyskursem  branżowym – interesują mnie wypowiedzi aktorów najbardziej zaangażowanych w akademickie pole: naukowców, doktorantów, studentów oraz przedstawicieli MNiSW. Początkowo miałem zamiar dokonać zwykłej jakościowej  analizy treści, ale rozwój moich analiz zaprowadził mnie w końcu na pole krytycznej analizy dyskursu. W moje pracy analizuję ponad sto tekstów polemicznych i na ich podstawie próbuję zrekonstruować przedsądy, całościowe wizje uniwersytetu i paradygmaty szkolnictwa, które wpływają na stanowisko zajmowane wobec konkretnych problemów.

Nowy Duch Kapitalizmu

Niedawno minęła 45. rocznica wydarzeń marca ‘68 roku na Uniwersytecie Warszawskim. Przeszła ona prawie niezauważona, ponieważ środowisko akademickie pochłonięte jest złożonym procesem adaptacji do dynamicznie zachodzących zmian w szkolnictwie. Co się wydarzyło w Polsce po ‘68 roku doskonale wiemy. A co się wydarzyło w tym czasie we Francji i Europie zachodniej. Piszą o tym w swojej książce The New Spirit of Capitalism Luc Bolatanski i Eve Chiapello. Analizują oni podręczniki dla menedżerów i różne teksty, związane z zarządzaniem organizacjami, wydane  od lat 60tych do 90tych. Dla zorientowanych we francuskim systemie edukacyjnym, jasne jest, że chodzi głównie o podręczniki elitarnych Grand Echoles, których absolwenci są skazani na sukces i dzierżenie stanowisk kierowniczych.

Boltanski i Chiapello twierdzą, że konsekwencją niepokojów ‘68 roku w społeczeństwie francuskim było tylko przezbrojenie się tej samej struktury kapitalizmu. Dyskurs krytyczny wobec dyrektorskiego kapitalizmu wielkich korporacji został zaadaptowany przez same elity władzy, co przysłużyło się zasadniczej zmianie kulturowej oraz promowaniu nowych form organizacji pracy, ale nie zmieniło podstawowej hierarchii.  W skrócie opisują oni przejście z fordyzmu do post-fordyzmu jako inteligentną reakcję struktury władzy na krytykę fordyzmu i takie zaadaptowanie się do niej, aby nie zmieniać podstaw systemu. Nastąpiła zmiana pokoleniowa, młodzi krytykują starych, ale zachowana została ciągłość podstawowych mechanizmów kontroli ekonomicznej. Nie było żadnej rewolucji.

W ten sposób hipisowski kontr-dyskurs został zawłaszczony i stał się nową formą legitymizacji systemu – systemu wolnego od sztywnej biurokracji i technokratyzmu a promującego kreatywność i indywidualizm. Trudno emancypującym się krytykować kogoś, kto operuje tymi samymi pojęciami i deklaruje cele zbliżone do ruchów emancypacyjnych. Bunt jest pozbawiony sensu.  Pozostaje już tylko wyjście poza system, czyli anarchia, ale nie ma tutaj możliwości konstruowania takich dyskursywnych przeciw-urządzeń o których pisze Foucault czy Agamben. Boltanski i Chiapello nazwali nową rzeczywistość „nowym duchem kapitalizmu”. 

Polskie podwórko 

Czy z podobnej perspektywy możemy spojrzeć na zmiany implementowane w strukturę polskiego szkolnictwa wyższego? Nie mam wątpliwości, że zmiany te są pokłosiem szerszej systemowej zmiany i podążania drogą anglosaskiego postfordowskiego modelu kapitalizmu. Pobieżna analiza dyskursu narzuconego przez MNiSW nasuwa jednoznaczne skojarzenia z przemianami, jakie obserwujemy w ramach nowego ducha kapitalizmu. Tak zauważalne kwestie, jak utowarowienie edukacji czy wszechobecną parametryzację pomijam, bo tego wszyscy doświadczamy na co dzień. Przejdę zatem do pozostałych wątków, które wyłaniają się w toku analizy dyskursu reformy:

  1. Wezwanie do elastyczności – w imię zachowania stabilności systemu. Owa elastyczność legitymizowana jest troską o stworzenie odpowiednich warunków dla kreatywności i innowacyjności (słowa klucze związane z koncepcją gospodarki opartej na wiedzy). Wreszcie elastyczność ma pozwolić na szybkie reagowanie, nadążanie za dynamicznie zmieniającymi się trendami w światowej nauce.
  2. Logika projektu – w praktyce przekładająca się na krótkoterminowość w badaniach i finansowaniu, co również jest uzasadniane dostosowywaniem się do trendów w nauce oraz lepszej kontroli efektywności (naukowcy są częściej rozliczani za swojej pracy, grantów – rozliczani są praktycznie na bieżąco, co zabiera im mnóstwo czasu).
  3. Współzawodnictwo – związane z szeroko pojmowaną kulturą indywidualizmu, podkreślanie niezależności jednostki, która może się przeciwstawić weberowskiej biurokracji.
  4. Ostatni wątek, na który chciałbym zwrócić uwagę, to krytyka weberowskiego modelu biurokracji właśnie – zwrócenie uwagi na władzę dyskrecjonalną, jaka panuje w autonomicznej strukturze uczelni. W wersji polskiej przekłada się to na ostrą krytykę senatów uczelni oraz feudalnych stosunków na wydziałach. Nie bez racji, niemniej, każda tak daleko posunięta generalizacja jest moim zdaniem szkodliwa. Czy naprawdę nie znajdzie się w Polsce ani jeden instytut naukowy, w którym panują względnie demokratyczne stosunki?

Moja krytyka owych podobieństw między paradygmatem nowego kapitalizmu oraz reformy szkolnictwa nie jest specjalnie odkrywcza, ponieważ wynika ze sprzeciwu wobec stosowania szerokich uogólnień, do rozwiązywania bardzo partykularnych problemów w bardzo specyficznych warunkach. Czy rozwiązania zaimplementowane i sprawdzone w krajach zachodnich przyniosą podobne efekty w kraju pół-peryferyjnym jakim jest Polska?

Proponuję, podobnie jak wielu przede mną, spojrzeć no tą zmianę właśnie w kategoriach rdzeń – peryferie. Mamy zasobny, silny rdzeń zachodniego kapitalizmu i nasze peryferie, gdzie instytucje są słabe, zaufanie niewielkie, co powoduje, że logika projektowa, uelastycznianie niosą ze sobą wyższe koszty (zachodnie instytucje amortyzują efekty ciągłej zmiany).

Weźmy system  grantowy na uczelniach – elastyczność, współzawodnictwo, logika projektowa, wszystko w jednym. Samo założenie jest faktycznie  bardzo zacne. Ale na zachodzie to się odbywa w ramach zasobnych, stabilnych, instytucji naukowych o względnie trwałej pozycji w polu. Na zachodzie to nie osłabia istniejącej struktury, wręcz ją wzmacnia, pozwala realizować dodatkowe rzeczy, które się w niej nie mieszczą. U nas ciężar głównego finansowania przenosi się na system projektowy i to prowadzi do braku stabilności. Jeżeli profesor nie zdobędzie grantu, katedra może zniknąć, ponieważ nie ma instytucjonalnego fundamentu, który pozwala na akumulację różnego rodzaju kapitałów.  Projekty wzmacniają kruchość, rozpraszają odpowiedzialność, nie pozwalają na realizację kompleksowych, wieloletnich badań. Takie działania nie służą budowaniu trwałej pozycji w polu akademickim – koło się zamyka.

W tych samych tekstach, które mówią o transformacji w stronę elastycznych struktur, podnosi się kwestię zaufania, jako kluczowego czynnika stabilności. A jak mówią podręczniki socjologii organizacji oraz zdrowy rozsądek, elastyczne układy łatwo ulegają dekompozycji, są nietrwałe, o ile nie zostaną w jakiś sposób zabezpieczone. Czy nasze struktury instytucjonalne są na tyle rozbudowane,  aby móc opierać się jedynie na zaufaniu – zaufaniu, które jest konieczne w momencie rozluźniania biurokracji i rozproszenia odpowiedzialności na samo-sterowne jednostki? Czy istnieje ryzyko dekompozycji tak luźno skonstruowanych układów i rozmycia się dotychczasowych reguł gry na uczelniach? Pytanie pozostaje otwarte.

Można powiedzieć, że owa elastyczność ma jednak swoje zalety. Nie obowiązuje nas tradycyjna ścieżka kariery akademickiej. W jednej instytucji piszemy doktorat, gdzie indziej pracujemy i jeszcze załapiemy się do jakiegoś projektu. Jesteśmy mniej zależni od profesorów – nie terminujemy już na feudalnym uniwersytecie. Możemy pisać diamentowe granty i włączyć się w światowa naukę – to jest właśnie ów dyskurs emancypacyjny, z którym trudno się nie zgadzać. Jednak obok refleksji nad zyskami, warto zastanowić się co tracimy. Tracimy elementy bezpieczeństwa, nie możemy planować, że zostaniemy na uczelni, w ogóle nie możemy liczyć na nikogo prócz siebie i ew. rodziny. Nie będąc w trwałej instytucji nie jesteśmy w stanie rozpoznać władzy dyskrecjonalnej w niej obecnej, nie rozumiemy reguł gry. Czy dla wszystkich rozluźnienie biurokratycznych regulacji jest jednakowo korzystne?

Czemu to służy?

To zamieszanie jest jednak funkcjonalne dla ukrytych struktur społecznych. Uniwersytet też się opiera na środowiskach nieformalnych. Nie dla każdego jest miejsce, obowiązuje pewna hierarchia. Można ją ukryć mówiąc – nie przynosisz grantów, nie jesteś konkurencyjny, nie pracujesz. Jednak to, czy ktoś grant zdobędzie, jest także kwestią zasobów, których niektórzy są pozbawieni, ponieważ nie są zanurzenie w nieformalnych sieciach. Dlatego być może nie ma silnego oporu – dla niektórych ten system jest bardzo skuteczny dla reprodukcji struktur i środowisk, które posiadają tradycyjne zasoby kulturowe, akumulowane przez pokolenia.  Dyskurs klasowy czy klanowy w kontekście uczelni nie jest niczym nowym, ale aktualnie umniejsza się jego rolę – dyskurs merytokratyczny pozwala to zamaskować. 50% współczynnik skolaryzacji nie koniecznie oznacza, że nasz system szkolnictwa jest demokratyczny. Liczą się też możliwości rozwoju na uczelni no i późniejsze możliwości wykorzystania wypracowanych zasobów.

Na koniec nasuwa się pytanie, dlaczego nie odnotowujemy oporu? Moim zdaniem z podobnych względów, jak to miało miejsce w Francji. Kultura indywidualizmu, krytyka biurokracji, dyskurs przedsiębiorczości i samo-zaradności, które stały się fundamentem krytyki starego uniwersytetu zostały zaaplikowane w jego strukturę, co doprowadziło do częściowej dekompozycji i zatarciu dotychczasowych reguły gry. O czym konkretnie mówię? Uczestnicząc w radach instytutów i wydziału widzę jak profesorowie sami się gubią w samozatrudnieniach, drugich etatach, grantach – system, który miał pomóc, sieje jeszcze większy zamęt. Z koeli studenci i doktoranci są bardzo zatomizowani, systemowo zachęcani do konkurencji i walki o byt, więc niespecjalnie wierzą w siłę własnej kolektywnej sprawczości.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie jest tak, że nie dostrzegam rozmaitych patologii polskiej akademii. Sam fakt, że studiuję dopiero trzy lata, a już widzę ich tak wiele, szczerze mnie przeraża. Mam jednak wrażenie, że wprowadzana reforma wcale nie jest rewolucją, ponieważ nie zmienia zasadniczej struktury polskiej nauki i być może nad taki rozwiązaniami, które jak wiadomo są długotrwałe i bolesne, powinniśmy się zastanawiać.

Społeczeństwo postindustrialne nie obejdzie się bez szerokich mas z wykształceniem wyższym, którego standardy nie będą już jednak przystawać do tego, co zwykliśmy postrzegać jako wykształcenie akademickie. Nawrót do idei Humboldtowskiego uniwersytetu to utopia. Czas skończyć z postrzeganiem edukacji wyższej jako monolitu i dostrzec, że jakościowa dyferencjacja na kształcenie akademickie i zawodowe już się dokonała. Obrona klasycznego uniwersytetu w imię demokratyzacji wykształcenia to ślepa uliczka, w którą zabrnęliśmy w latach 90tych, a której efektem jest tylko kohorta oszukanych absolwentów, których stopa zwrotu z edukacji okazała się niższa niż im obiecywali apologeci gospodarki opartej na wiedzy. Wielu z nich już na starcie było skazanych na niepowodzenie ale ich obecność na uczelniach zgrabnie przyczyniła się do tymczasowego obniżenia wskaźników bezrobocia. Młodsze pokolenie powoli wymyka się  pędowi do wykształcenia za wszelką cenę i dostrzega funkcjonalną niezborność umasowionych uniwersytetów. Chcą się kształcić ale ich postulaty składają się na apel o powrót do kształcenia profesjonalnego. Być może nastąpią zmiany instytucjonalne, które podążą za rzeczywistością i przestaną traktować wszystkie jednostki dydaktyczne na równych zasadach. Działający na takich zasadach dualny system niemiecki czy austriacki jest często oskarżany o reprodukcję nierówności. Jednakże twierdzenie, że system polski ich nie reprodukuje, jest albo hipokryzją albo nie dostrzeganiem faktu, że system ten robi to w sposób niejawny  – wykorzystując do swojej legitymizacji argument egalitaryzmu.

Póki co, wszyscy jesteśmy zbyt pochłonięci wypełnianiem wniosków grantowych, żeby zastanowić się nad kontekstem powstawania wiedzy, którą mamy wytwarzać. A kontekst ów ma zasadniczy wpływ na jakość tej wiedzy, od której naprawdę zależy nasza pozycja w polu światowej nauki.