Pozwólcie działać!  Wokół książki „Dość gry pozrów” A. Cymera i P. Kuczyńskiego

Pozwólcie działać! Wokół książki „Dość gry pozrów” A. Cymera i P. Kuczyńskiego

Kilka miesięcy temu, za sprawą zajęć w Instytucie Socjologii UJ, w moich rękach znalazła się książka Adama Cymera i Piotra Kuczyńskiego „Dość gry pozorów. Młodzi, macie głos(y)” W czasie jej lektury czułem się,  jak uczniak głaskany po głowie, wciąż strofowany, którego jednak nie dopuszcza się do działania. Dziwi mnie i irytuje, że za pisanie manifestu dla określonej grupy zabierają się ci, którzy do niej nie należą i na dodatek udowadniają to samą swoją retoryką. W sposobie wypowiedzi autorów odstręcza nawet nie tyle sama idea, co belferska poza, którą przybrali.

Oczywiście nie sposób jest się nie zgodzić z przynajmniej częścią wniosków formułowanych na kartach książki. Przede wszystkim, co warte jest uwagi, autorzy wprost uznają proces transformacji za porażkę reprezentowanego przez siebie pokolenia: przedstawiają swego rodzaju „Krótki kurs historii NSZZ >>Solidarność<<”, poddają krytyce plan Balcerowicza, przytaczają przykłady ewidentnych porażek, wspominają o upadłych PGR-ach i straszą wizją budżetu Polski pozbawionej środków unijnych krytykując ich marnowane przez ostatnie kilkanaście lat. Trudno zaprzeczyć, ale nie jest to nic odkrywczego.

Cymer i Kuczyński piszą o rozczarowaniu młodych ludzi wyborem dokonanym w październiku 2015 roku. Obserwując radykalizację poglądów rówieśników, a często po prostu moich kolegów, i utrzymujące się na dosyć stabilnym poziomie poparcie dla polityki obecnego gabinetu nie mogę powiedzieć, że mamy do czynienia z rozczarowaniem, choć zapewne jest ono kwestią najbliższych miesięcy. Trafnie i wprost autorzy wskazują natomiast na widoczną skostniałość establishmentu i to tu doszukiwałbym się odpowiedzi na pytanie o postawę młodych, o których jednak piszą w trzeciej osobie.

Mając kilka lat bardzo lubiłem głosowanie, oglądanie debat i wieczorów wyborczych. Pamiętam, że już po powrocie z lokalu tworzyłem własne listy do głosowania, które uzupełniałem według własnego uznania, najczęściej wbrew poglądom rodziców. Po kilkunastu latach widzę, że nazwiska, które wtedy wpisywałem wciąż znajdują się na kartach wyborczych, tym razem na tych prawdziwych. Zdecydowana większość czołowych polskich polityków, lewicowych, centrowych i prawicowych, przemawia z sejmowej mównicy co najmniej od początku okresu wielkich przemian. Wyraźnie widać, że w naszym kraju nie dokonuje się pokoleniowa wymiana kadr politycznych. Znaczenie młodszych działaczy partyjnych i społecznych jest wciąż drastycznie marginalne.

W takiej sytuacji nic dziwnego, że ludzi mojego pokolenia w formułowaniu postulatów chcą wyręczać rówieśnicy naszych rodziców i dziadków. Jedyna większa inicjatywa opozycyjna, jaką jest mimo wszystko Komitet Obrony Demokracji, nie przyciąga osób młodych i nawet do tego nie dąży. Udało mi się porozmawiać z jego krakowskimi działaczami. Usłyszałem, że to nie młodzież doprowadziła do obalenia w Polsce komunizmu. Trudno jednak uwierzyć, że rzeczy tak wielkie mogą udać się bez jej wsparcia. A może winna jest właśnie forma, w jakiej ostatecznie dokonano demontażu „demokracji ludowej”? Młodym, zarówno wtedy, jak i dziś, było i jest trudno utożsamić się z ideą Okrągłego Stołu, którą w ostatnich czasach próbowano przekształcić w mit założycielski III RP.

Myśląc o powodach radykalizacji poglądów moich rówieśników, których wielu orientuje się na prawo, mam wrażenie, że przez ostatnie dekady zabrakło na polskiej scenie politycznej nowoczesnego ugrupowania lewicowego, z którym część młodzieży mogłaby się utożsamić. W Sejmie stale widzieliśmy jedynie postkomunistyczny Sojusz Lewicy Demokratycznej, który w końcu musiał opuścić poselskie ławy. Z kolei ugrupowaniu stworzonemu przez Janusza Palikota nie udało się osiągnąć wewnętrznej stabilności, moim zdaniem z powodu dosyć przypadkowego doboru czołowych działaczy widniejących na listach wyborczych. Za późno rozpoczęło się tworzenie Partii Zielonych – tego rodzaju inicjatywa powinna była zaistnieć nad Wisłą zaraz po upadku Żelaznej Kurtyny.

Oczekując zmian, „lepszej transformacji”, nie można twierdzić, że będzie ona wyłączną domeną młodych. Przede wszystkim należy jednak skończyć z ignorowaniem ich działań i inicjatyw, pozwolić im wyjść z inkubatora. W 1980 roku dysydenci i opozycyjni inteligenci stali się dla protestujących stoczniowców zapleczem intelektualnym. Ten ponadklasowy sojusz był siłą pierwszej „Solidarności”. Dziś, w zmienionym społeczeństwie potrzeba sojuszu pokoleń, opartego na zasadach partnerstwa. Książkę „Dość gry pozorów” kończy lista dwudziestu jeden sztywnych, przypominających Dekalog postulatów, które aż chciałoby się wypisać na szkolnej tablicy. Autorzy najwyraźniej oczekują ode mnie bezdyskusyjnego złożenia podpisu pod tym programem. Tymczasem droga jest zupełnie inna: laissez faire!