Pośród wielkiej wrzawy śmierci

Pośród wielkiej wrzawy śmierci

Sezon maczet to środkowa część trylogii o ludobójstwie w Rwandzie znanego i cenionego francuskiego reportera, korespondenta wojennego i pisarza Jeana Hatzfelda. Polski czytelnik miał już okazję poznać także dwie pozostałe: Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy oraz Strategię antylop, wszystkie opublikowane nakładem Wydawnictwa Czarne. Po rozmowach z ocalałymi z pierwszej części, chronologicznie druga książka przynosi relacje bezpośrednich sprawców rzezi.

W Sezonie maczet szczególną uwagę zwraca przede wszystkim pewna dość paradoksalna właściwość, charakteryzująca wszystkich dziesięciu – z tyloma rozmawiał autor – „zabójców z Kibungo”, a prawdopodobnie także większość pozostałych.

Otóż potrafią oni z zadziwiającą niekiedy przenikliwością uświadomić sobie – wprawdzie post factum – swoje uwikłanie w zawłaszczające ich formacje dyskursywno-ideologiczne, z drugiej zaś sytuują się zawsze w samym ich centrum, co nie pozwala im do końca zrozumieć, jakim właściwie procesom ulegli: „W istocie rzeczy, kiedy opowiadają o ludobójstwie, nie opisują zdarzenia, w którym brali aktywny udział, lecz sytuują siebie w centrum wydarzenia, wokół którego krążyli inni ludzie, ofiary, ocalali, radcy gminy, księża, interahamwe, biali i tak dalej. Paradoks polega na tym, że z jednej strony pomniejszają swój udział i zrzucają odpowiedzialność na innych, administrację, interahamwe, w domyśle także muzungu i Tutsi, z drugiej zaś widzą tylko siebie w całej tej historii, zarówno wczoraj, jak i dziś”.

To właśnie ów egocentryzm – skorelowany z niską kulturą polityczną i społeczną (samo)świadomością – decyduje o zupełnym braku odpowiedzialności etycznej oraz zdolności do jakiejkolwiek głębszej empatii. Dobrze obrazuje to rozdział Pierwszy raz, w którym bohaterowie w sposób wielce symptomatyczny opisują swoje emocje, jakie towarzyszyły im podczas pierwszych zabójstw.

Często wiążą się one z niejakim zdziwieniem, jak kruche w istocie jest ludzkie życie: „W gruncie rzeczy za pierwszym razem byłem bardzo zdziwiony, jak szybko przychodzi śmierć, jak niedbały był cios, że tak to określę”. Niektórzy przyrównują zabijanie człowieka do niewartego specjalnej refleksji uśmiercania zwierzęcia: „Zabijałem kurczaki, ale nigdy zwierzęcia wielkości człowieka, jak koza czy krowa. Z pierwszą osobą skończyłem bardzo szybko, nie myśląc nic szczególnego, chociaż to był sąsiad, bardzo bliski, z mojego wzgórza. Tak naprawdę dopiero później spostrzegłem, że odebrałem życie sąsiadowi”. Inni także nie widzą w zabijaniu niczego wyjątkowego: „To przyszło całkiem zwyczajnie, o niczym nie myślałem. Łatwo było trafić, bo ten pan się nie bronił. Nie próbował się zasłonić, upadł bez krzyku, bez jęku. Nic nie poczułem”. A nawet postrzegają je jako rozrywkę: „To było męczące i bardzo zajmujące, jak jakaś niespodziewana rozrywka”. Najczęściej też nie traktowali swoich ofiar „poważnie”: „Tego pana zabitego na placu targowym zapamiętałem dokładnie, bo był pierwszy. Jeśli chodzi o innych, mam mgliste wspomnienia, ich ślady zatarły się w mojej pamięci. Nie traktowałem ich poważnie”. W konsekwencji czego, jak sami przyznają, umknęło ich uwadze „to coś”, co miało zmienić ich w zabójców.

Współczucie, litość, empatia, skrupuły? Nic z tych rzeczy. Jak mówią, trzeba je było zostawić na skraju grzęzawiska aż do gwizdka kończącego „pracę”: „Żadne względy nie były też dopuszczalne na bagnach. Bagna nie zostawiały miejsca dla wyjątków”. Żadne względy, nawet dla kobiet, niemowląt ani starców: „Zabijaliśmy wszystkich, których wytropiliśmy w papirusach. Nie można było nikogo wybierać, dawać nadziei ani się go obawiać. Ścinaliśmy znajomych, ścinaliśmy sąsiadów, ścinaliśmy wszystkich”.

Raz puszczona w ruch machina śmierci nie dała już się zatrzymać. Im więcej oprawcy widzieli umierających ludzi, tym mniej myśleli o ich życiu, tym mniej mówili o ich śmierci. Tym większej nabierali chęci do zabijania. Tym częściej mówili sobie w duchu, że skoro potrafią to robić, muszą ze swoimi sąsiadami Tutsi skończyć do ostatniego: „To było jedyne wyjście, całkiem oczywiste”. Automatyzm zabijania eliminował wszystko, co mogłoby zakłócić jego pracę: „Zapominaliśmy o wątpliwościach, bo mieliśmy w sobie złość i żądzę zabijania i czekała nas robota, to wszystko”. Cel był wyznaczony jasno, a środki przeraźliwie proste: ostatecznie wszyscy Tutsi musieli zostać zgładzeni.

Tylko w jednym przypadku daje się zauważyć jakieś wyraźniejsze oznaki wyrzutów sumienia: „Oczy tego, którego się zabija, są nieśmiertelne, jeśli napotkasz je w momencie śmierci. Mają straszliwy czarny kolor. Robią większe wrażenie niż strugi krwi i rzężenie ofiar, nawet pośród wielkiej wrzawy śmierci”. Jak się wydaje, dochodzą tu do głosu raczej wypierane ze świadomości emocjonalne reakcje niż rzeczywiście etyczna postawa – a więc symptomy, a nie celowe intencje.

Autor w ciągu wielogodzinnych rozmów z osadzonymi w ogródku na ławce pod akacją, z dala od więziennych murów, w sposób naturalny zdążył się z nimi jakoś zżyć, dzieląc ich powszednie troski: przekazując im prowiant od rodzin, wymieniając nowiny, anegdoty i plotki z więzienia, z okolic, z kraju, wiadomości usłyszane przez radio. I choć o jakimkolwiek „zaprzyjaźnianiu” nie mogło być mowy, to przecież ludzie ci wydali mu się w swojej codzienności zupełnie zwyczajni, niemal banalni: „W gruncie rzeczy ci chłopcy nie wyróżniali się niczym spośród innych”. Banalność zła? Ostatecznie jednak nie pozostawia żadnych wątpliwości co do zasadniczego rysu ich charakterów: „wszyscy myślą wyłącznie o swoim własnym losie i obdarzają współczuciem wyłącznie siebie samych”.

Mając na względzie zbiorowy charakter bohaterów Sezonu maczet, w myśl filozofii Giorgio Agambena to właśnie ta książka mogłaby nosić tytuł Nagość życia, albowiem przedstawia grupę jednostek, które całkowicie poddały się odpodmiotawiającej sile urządzeń, a potencjalność ich życia zmieniła się w „życie nagie”. Życie tyleż godne litości, co zdolne do przeraźliwych czynów.

Jean Hatzfeld, Sezon maczet, przeł. J. Giszczak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012, s. 264