Pogadanki z lekcji o integracji europejskiej. Unia Europejska jako samospełniające się proroctwo.

1 grudnia 2009 roku wszedł w życie Traktat Lizboński. Należy zadać sobie pytanie, jaki kierunek integracji możemy wyczytać w Traktacie, który miał być Konstytucją Europejską? Czy konstytucja musi posiadać państwo, które byłoby jej nośnikiem?

Mógłbym się założyć się, że gdyby przeprowadzić ogólnopolski sondaż, w którym znalazłoby się pytanie: „Czy Unia Europejska jest organizacją międzynarodową?”, znacząca część respondentów odpowiedziała by: „nie” (a raczej – „raczej nie”). I jeszcze do niedawna mieliby rację, gdyż do 1 grudnia 2009 roku (a więc do czasu wejścia w życie Traktatu Lizbońskiego) Unia Europejska nie posiadała ani osobowości prawnej, ani własnych organów (korzystała z organów Wspólnot Europejskich na tzw. zasadzie wypożyczenia). W świetle prawa międzynarodowego nie spełniała więc minimalnych warunków definiujących organizację międzynarodową. Prawnicy i politolodzy ukuli nawet dla przed-lizbońskiej Unii określenie „organizacja sui generis”.

Obecnie jednak UE jest organizacją międzynarodową sensu stricte. Niemniej, sądzę, że w powszechnym odczuciu jesteśmy skłonni nadal traktować ją jako „organizację sui generis”, jako: po pierwsze, twór instytucjonalny znajdujący się pomiędzy organizacją międzynarodową, a państwem; po drugie, twór historyczny – zwieńczenie (co najmniej) tysiącletniego procesu integracji europejskiej oraz po trzecie, twór aksjologiczny – przestrzeń wolności. I to wolności w dwóch znaczeniach: materialistycznym – jako obszar wolności od dyktatury politycznej i wojny oraz w znaczeniu postmaterialistycznym – jako sferę wolności od dyktatury tradycji, jako przestrzeń swobody autoekspresji, budowania własnej tożsamości, autoafirmacji i innych wzniosłych postmodernistycznych ideałów. Oczywiście, Unia Historyczna oraz Unia Aksjologiczna służą legitymizacji Unii Instytucjonalnej. Jak pisał Karl Schmitt, dla stworzenia jakiejkolwiek wspólnoty politycznej, jakiegokolwiek „my”, potrzebujemy wrogów; potrzebni są „oni”, od których będziemy mogli się odróżnić. Patrząc (z przymrużeniem oka) z perspektywy Niklasa Luhmanna moglibyśmy powiedzieć, że subsystemy: Unia Historyczna oraz Unia Aksjologiczna pozwalają systemowi społecznemu, jakim jest Unia Europejska na odróżnienie się w czasie i przestrzeni.

Po pierwsze, UE jest przestrzenią historii. Stanowi nie tylko zwieńczenie milenijnego projektu integracji europejskiej (co akcentuje element kontynuacji raczej, niż różnicy, a więc nie sprzyja ukonstytuowaniu się pewnego „my”). Stanowi ona jednak również moment, w którym Europa przezwycięża historię europejską, historię naznaczoną nienawiścią i krwią. Pozostawiam czytelnika bez żadnej pomocy z niespójnością, jaka istnieje pomiędzy powyższymi dwoma liniami argumentacyjnymi.

Po drugie, Unia jest przestrzenią wolności. Jest kolebką demokracji i jej najświetniejszą orędowniczką (orędownikiem demokracji nie jest przecież Barberowskie imperium strachu – Stany Zjednoczone). Dzięki trzymaniu przez 40 lat Turcji w przedsionku do akcesji, zdemokratyzowała ten kraj. Zdemokratyzowała również Europę Środkowo-Wschodnią, a teraz – dzięki programom Partnerstwa Wschodniego i Unii na rzecz Regionu Morza Śródziemnego – koncentrycznie rozchodzić się będzie fala demokratyzacji na kolejne obszary świata. Unia demokratyzuje również samą siebie – przyznając prawa homoseksualistom, ateistom i niepełnosprawnym.

Unia Europejska jest więc nie tyle organizacją międzynarodową, co „niedokończonym/niekończącym się projektem”, never ending story… Na pytanie: „Czy Unia Europejska jest organizacją międzynarodową” większość z nas – jak sądzę – odpowiedziałaby przecząco. Odpowiedzielibyśmy w ten sposób jednak nie dlatego, że w świetle prawa międzynarodowego UE do niedawna była czymś mniej niż organizacją międzynarodową. Wręcz przeciwnie, Unia jest czymś więcej niż tylko organizacją międzynarodową w świetle spontanicznej propagandy. Jest to propaganda, której nie narzucają nam rządy narodowe, czy instytucje unijne. Żywi się ona raczej naszym pragnieniem, aby była prawdziwa. I rzeczywiście, jeśli dostatecznie mocno w nią uwierzymy, stanie się samospełniającym się proroctwem, stanie się prawdziwa.

Co przewiduje owo proroctwo? Dotąd moglibyśmy się zupełnie zasadnie spierać o to, czy UE ma się stać federacją, czy konfederacją, czy też ma pozostać bardziej rozbudowaną organizacją międzynarodową. Po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego tego typu dyskusje wydają się być coraz mniej adekwatne. Otrzymaliśmy bowiem szereg sygnałów, których nie sposób przyporządkować do którejś z przegródek federacja/konfederacja/organizacja międzynarodowa. Z jednej strony, utworzono nowe urzędy – „prezydenta” i „ministra spraw zagranicznych” UE. Z drugiej jednak strony, na stanowiska zostają wybrane osoby, które stanowią gwarancję, iż w rzeczywistości nie przekształcą urzędu Przewodniczącego Rady Europejskiej w instytucję prezydenta, a urzędu Wysokiego Przedstawiciela Unii Europejskiej ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa – w stanowisko ministra spraw zagranicznych. Zostaje podpisany akt zasadniczy, który jednak nie nosi nazwy „konstytucja”. Wzmocnieniu ulegają zarówno instytucje „europejskie” (Komisja Europejska, Parlament Europejski, Trybunał Sprawiedliwości), jak i międzyrządowe (Rada Europejska i Rada Unii Europejskiej), a nawet organy państwowe (parlamenty narodowe). W którą stronę zmierza więc Unia?

Z pewnością naszym kierunkiem nie jest w dniu dzisiejszym europejskie super-państwo. Nie zbliżamy się do realizacji marzenia o demokracji kosmopolitycznej, która obejmowałaby cały świat. Traktat Lizboński wzmacnia bowiem zarówno elementy ponadnarodowe, jak i narodowe w UE. Wydaje się, że państwa europejskie przyswoiły sobie przynajmniej częściowo naukę Ulricha Becka: w epoce globalnej państwo może wzmocnić swoją suwerenność wyłącznie rezygnując z jej części. Unia Europejska jest więc nie tyle zwieńczeniem tysiącletniego procesu integracji, ile narzędziem za pomocą którego poszczególne państwa narodowe pragną wzmocnić swoją władzę i swoje wpływy (niekoniecznie zbliżając się do Beckowskiego ideału państwa kosmopolitycznego).

Tak więc federacja, konfederacja, czy organizacja międzynarodowa? Przypuszczam, że w rzeczywistości nie zmierzamy w żadnym z tych kierunków. Jeśli konstytucja rzeczywiście stanowi teorię społeczeństwa o sobie samym – jak zakłada za Luhmannem Grażyna Skąpska – wówczas należałoby uznać, że Traktat Lizboński jest teorią wyjątkowo niespójną oraz wyjątkowo niezdatną do czytania. Teoria ta jest raczej introligatorskim zlepkiem różnych teorii, które prowadzą równocześnie w zupełnie przeciwne strony. Nawet jeśli narody Europy rzeczywiście zmierzają w kierunku utworzenia pewnej wspólnoty politycznej; wspólnoty, która wyznacza swoje granice w czasie (Unia Historyczna) i w przestrzeni (Unia Aksjologiczna) i która przeniknięta jest Habermasowskim patriotyzmem konstytucyjnym (należałoby raczej powiedzieć – patriotyzmem lizbońskim) wówczas okazałoby się, że jest to wspólnota niezwykle heterogeniczna. Co istotne, większość podziałów, które przecinają ową wspólnotę przebiega raczej w poprzek (czy też ponad) a nie wzdłuż granic państwowych. Mówiąc krótko, governance (współrządzenie różnych podmiotów – nie tylko rządów), a nie government (rząd), okazuje się być celem nie tylko globalizacji, ale i integracji europejskiej. Unia Europejska może stać się samospełniającym się proroctwem o quasi-państwie bez rządu i bez spójnej wspólnoty politycznej.