Podstawy międzynarodowej polityki G. W. Busha.

Autor: Adam Szostkiewicz

 

Artykuł ten powstał w wyniku transkrypcji zapisu ze spotkania redaktora Adama Szostkiewicza ze studentami socjologii UJ, które miało miejsce 10.XII.04 w Krakowie. Prezentowany tekst zawiera niektóre, najistotniejsze wątki poruszone podczas tego spotkania. To, co wyróżnia go spośród innych komentarzy dotyczących polityki międzynarodowej Stanów Zjednoczonych, to fakt, iż nie zawiera on w żadnej mierze ani pochwały, ani krytyki wydarzeń, o których mowa. Będąc rzetelnym przedstawieniem podstaw doktryny G. W. Busha tekst niniejszy pozwala lepiej zrozumieć decyzje podejmowane przez prezydenta USA.
[Wyrazy wdzięczności dla Sekcji Władzy i Polityka Koła Naukowego Studentów Socjologii UJ za transkrypcję i udostępnienie tekstu]
Zacznę od akcentu osobistego. Jesienią 1981 roku, jako student polonistyki i sympatyk Studenckiego Komitetu Solidarności trafiłem na podwórze Instytutu Socjologii. Jako młody wspomożyciel ruchu opozycji demokratycznej, stałem się świadkiem niezwykłego wydarzenia. Otóż występował tam, zupełnie kultowy w tamtym okresie w świecie zachodnim, amerykański teatr. Nazywał się The Living Theatre. To, jakim to było dla nas wydarzeniem, nie ma już dzisiaj porównania, bo te wspaniałe czasy kontrkultury się skończyły. Wy jesteście zupełnie innym pokoleniem, bardziej nastawionym na własne życie, mniej na publiczne. W naszym pokoleniu, zobaczyć taki teatr to było cos naprawdę wielkiego. To był bardzo polityczny i zarazem kontestacyjny teatr. Dwójka jego założycieli i wieloletnich kierowników to postacie kultowe dla ówczesnego pokolenia zbuntowanej, niezależnej amerykańskiej inteligencji. Przyjechali do Polski przerażeni. Nic nie rozumieli, przybyli z wolnego świata do świata, który przeżywał wtedy swoje piętnaście miesięcy wolności. Chcieli się z nami porozumieć, jednak rozmowy były bardzo trudne. Julian Beck, lider teatru, długowłosy, wspaniały artysta, przyjechał z przekonaniem, pewną mantrą, że oni nas rozumieją, nie mogą tylko pojąć, dlaczego my właściwie nie lubimy Rosjan. Nie obejmowali tego, ponieważ całą nadzieję pokładali w „Bloku Radzieckim”, w walce narodowo-wyzwoleńczej prowadzonej pod egidą Związku Radzieckiego. Nienawidzili za to Ameryki Reagana. Przyjechali do Polski, bo spodziewali się, że znajdą tu bez problemu wspólny język i zrozumienie. Mieli jednak kłopot, bo młodzi Polacy, z którymi się spotykali, nie do końca rozumieli ich przesłanie. Możliwe jednak, że właśnie dzięki temu wszystko skończyło się dobrze. Oni wiele się nauczyli, my po części zrozumieliśmy ich.

Ta anegdota, absolutnie autentyczna, ma związek z naszym spotkaniem. Zawiera podobne do niego memento.
Dzisiaj w Polsce, Państwa pokolenie, część naszych polityków, część komentatorów politycznych, z ogromnym dystansem, nawet z nieufnością odnosi się do prezydentury George’a Busha. W szczególnie do pierwszej kadencji jego rządów. Z drugą ludzie ci też nie wiążą większych nadziei. Może się jednak okazać, że historia potoczy się w taki sposób, że za jakiś czas będziemy patrzyli na ten okres politycznej historii świata, mam na myśli drugą prezydenturę Busha, trochę tak jak wtedy Amerykanie, przede wszystkim ci kontestacyjnie nastawieni, oceniali czasy Reagana. Uważali, że większego nieszczęścia Ameryce, niż wybór Reagana już nie można było zafundować. Przy wszystkich słabościach Reagana nie zapominajmy, że była to kadencja, która zmieniła świat. Może się okazać, że podobnie będzie z prezydenturą Busha. Należy więc zacząć od ostrzeżenia tych, którzy na poważnie zajmują się sprawami międzynarodowymi.

Na początek chciałbym powiedzieć coś o sytuacji międzynarodowej, w której prezydent Bush będzie się obracał przez swoją drugą kadencję. Następnie powiem, co myślę o drugiej kadencji prezydenta Busha, ale przede wszystkim zwracając uwagę na to co ją może różnić od pierwszej oraz z jakim kapitałem Bush ją otwiera. W trzecim punkcie opowiem Państwu, bardzo krótko, w sposób esencjonalny, na czym moim zdaniem polega doktryna polityki międzynarodowej prezydenta Busha. Opowiem, o trzech filarach, na których jest oparta. Na koniec, oczywiście podtemat narodowy, czyli słoń a sprawa polska, a więc my, Polacy, Polska, a prezydent Bush i polityka amerykańska.

Polityczny metroseksualizm

Czasami dobrze jest sięgnąć po zupełnie niecodzienne skojarzenia, nawet, jeżeli zajmuje się tak poważnymi sprawami jak socjologia polityki, czy socjologia stosunków międzynarodowych. Jakiś czas temu, w Ameryce została opublikowana pewna książka, której temat dotyczył metroseksualności. Chciałbym dokonać nieco przewrotnego zabiegu i powiedzieć, że miarkę metroseksualną można przyłożyć do polityki, także tej międzynarodowej. Wyobraźmy sobie wybieg, na który wchodzą modelki lub modele. W kontekście politycznym.
Na wybieg wchodzi prezydent Putin, mniej więcej wiadomo, jak on będzie wyglądał, jak się będzie zachowywał, jaki będzie jego osobliwy body language. Równie charakterystyczny jest body language Busha. On zawsze idzie jakby za chwilę chciał sięgnąć po rewolwer, wyciągnąć go z kabury i strzelać. Wyobraźmy sobie jeszcze na tym samym wybiegu prezydenta Chin, Jang Zemina, który nie będzie już kowbojem, jak Bush, ale będzie sztywny, elegancki, zawsze w garniturze i krawacie. To jest jedna grupa światowych polityków, którzy znajdą się na tym wybiegu. Łączy ich pewna koncepcja tego, czym jest polityka i jaka jest rola lidera politycznego: są politycznymimacho. Oni uważają, że właśnie tacy mają być i że tego od nich oczekuje świat, a przede wszystkim wyborcy.

A teraz wchodzi na nasz wybieg druga grupa. Na przykład pułkownik Kadafi. Widzimy go, zależnie od sytuacji, w szalu lub w czapeczce, na zielono lub na żółto. Podczas ostatniej wizyty premiera Wielkiej Brytanii Kadafi przytulił Tony’ego Blaira w swoim namiocie i przywitał go słowami: „Tony, jak ty świetnie wyglądasz!”. No i oczywiście, po takiej deklaracji Blair jest, na wejściu, załatwiony. Bo taki komplement od takiego faceta zawsze miło usłyszeć. I to jest drugi polityk z drugiej grupy. Gdybyśmy tam jeszcze, oczywiście cały czas na zasadzie pewnej zabawy, dołączyli parę nazwisk to w tej odsłonie zobaczylibyśmy na wybiegu, na przykład prezydenta Mugabe z Zimbabwe. Też twardy facet, ale taki lekko „odklejony”, jak ci przywódcy nowej Afryki, którzy są asertywni, jak macho, ale z drugiej strony czują, że sprawy idą źle i można się po nich wszystkiego, niestety także najgorszego, spodziewać. To jest taka grupa, która reprezentuje, mówiąc językiem poważnej analizy politycznej, państwa nieprzewidywalne, w których wszystko może się stać. I dlatego, że lider ma tam nieproporcjonalnie dużą władzę i kontrolę polityczną, i dlatego, że same te państwa są wewnątrz nienajlepiej zorganizowane i mogą się stać w związku z tym chociażby przechowalnią broni masowego rażenia. To jest grupa bardzo ryzykowna. Grupa ta reprezentuje to, co w języku poważnej analizy politycznej nazywa się państwami dysfunkcjonalnymi. Są to państwa, które zachowują pozory państwowości, natomiast tak naprawdę nie wiemy, co się tam dzieje i czy są one w stanie być odpowiedzialnym podmiotem polityki międzynarodowej. Mówiąc bardzo metaforycznie, to są państwa, w których nie wiadomo, czy działa armia, nie wiadomo kto nad nią panuje, nie wiadomo czy działa policja, nie wiadomo czy działają media, nie wiadomo czy działają sądy, natomiast wiadomo, że działa lotnisko międzynarodowe w stolicy tego państwa. Z jednej strony to miło, że jest lotnisko, ale z drugiej strony po państwie poważnym nie oczekujemy, żeby działało tylko lotnisko, ale raczej, żeby działała armia, policja, sądy.

I ostatnia część tej zabawnej metafory. Na wybiegu pojawia się José Manuel Barroso. Pojawiają się politycy tacy, którzy co prawda wyglądają pod pewnymi względami zupełnie tak, jak ci wielcy, potężni i możni tego świata, ale z drugiej strony potrafią się uśmiechnąć, nie mają tego bezustannego skurczu, że może trzeba sięgnąć po rewolwer, nie są przez cały czas tacy sztywni jak sekretarz generalny komunistycznej partii Chin. Potrafią się też rozluźnić, uśmiechnąć, opowiedzieć jakiś dowcip. To jest trzecia grupa i właśnie oni są metroseksualni. Tacy, którzy potrafią być, zgodnie z analogią do książkowego bestsellera o metroseksualizmie, zdecydowani, potrafią podejmować decyzje, rozumiejąc jednak, że nie wszystko w stosunkach międzynarodowych, a także w polityce wewnętrznej, da się rozstrzygnąć przy użyciu siły i twardej polityki.

Świat po jedenastym września

Teraz troszkę poważniej. Jedenastego września – z czym zgadzają się wszyscy, czy im się Bush podoba czy nie – świat się zmienił. Pojawiło się wiele określeń, jednak jedno wydaje się szczególnie trafne. Ukuł je brytyjski dyplomata i politolog, człowiek bardzo wpływowy, chociaż niezbyt znany w świecie i możliwe, że nigdy nie będzie znany. Trzyma się z dala od mediów, nazywa się Robert Cooper. Był bliskim współpracownikiem premiera Blaira, współkształtował jego politykę zagraniczną. Dzisiaj jest współpracownikiem Javiera Solany, a więc człowieka odpowiadającego w Unii Europejskiej za politykę międzynarodową. Bardzo wpływowy dżentelmen, ponad pięćdziesięcioletni, uwielbia jeździć na rowerze, nie przepada za limuzynami. Napisał wspaniały esej, którego oryginalny tytuł to „The Breaking of Nations”, czyli pękanie, niszczenie narodów, o porządku i świecie w XXI wieku. Wśród wielu bardzo interesujących myśli Coopera jeden schemat pojęciowy jest szczególnie wart przypomnienia, kiedy mówimy o kontekście, w jakim przychodzi działać Bushowi. Cooper mówi, że świat po 11 września rozpadł się jak zwierciadło na wiele kawałków. W poprzedniej epoce, w której niestety przeżyłem większość życia, świat miał swoją strukturę, ponieważ wyznaczał ją podział na dwa bloki. Mówiąc najogólniej i najprościej, na tak zwany wolny świat, i „Blok Radziecki”. Cały blok był przedmiotem rywalizacji, która miała gorsze i lepsze momenty, okresy dużego napięcia i większego rozluźnienia. Jedenastego września ten świat się skończył. Skończył się tak jak upadł mur berliński, po czym było parę lat względnego spokoju i wielkich nadziei, że to wszystko się raz jeszcze złoży, że już teraz będzie pokój, rozwój, współpraca, dywidenda pokoju i demokratyzacji. I wtedy przyszedł 11 września. Lustro rozpadło się na wiele kawałków. Cooper twierdzi, że państwa, które dzisiaj są przedmiotami gry międzynarodowej, znajdują się w trzech grupach.

Pierwszą grupę nazywa przednowoczesnymi, pre-modern states. W mojej anegdocie o wybiegu ona już się pojawiła. To jest grupa państw nieobliczalnych, o których właściwie nic nie wiemy. Nie wiemy czy i w jakim zakresie one mogą być podmiotem gry międzynarodowej, czy można się z nimi układać, na jakich warunkach, jak i na ile można im zaufać. Klasycznym przykładem takiego państwa przednowoczesnego był Afganistan pod rządami talibów. To są te państwa, które właściwie można by, gdyby tylko użyć siły, zlikwidować w ciągu 24 godzin. Jednak ze względu na to, że bardzo rzadko decydujemy się na użycie siły, może dojść do sytuacji, w której takie małe, peryferyjnie położone państwo stanie się problemem międzynarodowym. Tak jak to rzeczywiście stało się z Afganistanem.

Druga grupa państw to, według Coopera, państwa nowoczesne, modern-states. Co to jest państwo nowoczesne? Mówiąc w bardzo dużym skrócie najpotężniejszym dzisiaj państwem nowoczesnym są oczywiście USA. Cooper mówi, że to ostatnie wielkie państwo narodowe. Państwo nowoczesne w jego języku znaczy tyle, co klasyczne państwo narodowe. Państwo narodowe bardzo akcentuje znaczenie suwerenności: nie będziecie nam mówić, co my mamy robić u siebie i co my mamy robić w stosunkach zewnętrznych, my wiemy to najlepiej. Bardzo akcentuje rolę siły: nie chcemy wojny, ale na wszelki wypadek chcemy mieć potężny arsenał zbrojny do obrony. No i oczywiście takie państwo woli zawsze raczej układać się, negocjować z innymi państwami, a nie z szerszymi reprezentacjami. Stąd angażuje się, ale nie do końca, w działanie różnych organizacji międzynarodowych, takich jak sztandarowa Organizacja Narodów Zjednoczonych. Inne przykłady państw nowoczesnych to duże państwa, które naprawdę się liczą. Oczywiście Chiny, Indie i Rosja. Oprócz Ameryki, mamy więc co najmniej wielką trójkę, która jeszcze liczy się w grze międzynarodowej. Są to państwa, w terminologii Cooperowskiej, nowoczesne. Bardzo wrażliwe na punkcie suwerenności, również rozwijają swój potencjał militarny, posiadając przy tym broń atomową. Preferują również politykę zdecydowanie „indywidualną”. Dobrym przykładem jest Rosja, która sprawia wrażenie bardzo multilateralnej, a też zdecydowanie bardziej woli układać się z tymi, którzy jej aktualnie pasują, niż działać w szerszej drużynie.

Trzecia grupa jest najciekawsza. O Talibach wiemy już wszyscy. O Ameryce i jej potędze również. Żeby powiedzieć o Chinach, należałoby spotkać się osobno, to jest temat ogromny i bardzo ciekawy. Najciekawsza, także dla naszego spotkania, jest trzecia grupa. Cooper nazywa państwa do niej należące post-modern. To jest bardzo prosty podział: przednowoczesne, nowoczesne i ponowoczesne. Kto jest więc ponowoczesny? Ułatwię Wam, że na naszym wybiegu ponowocześni już się pojawili. Kto jest politycznie metroseksualny? Europa Zachodnia, czyli, krótko mówiąc, w sensie bardziej politycznym, Unia Europejska. Cooper stwierdza: cokolwiek powiemy o słabościach, błędach, kłopotach Unii Europejskiej, to właśnie to jest pomysł na przyszłość. To jest nowa propozycja stosunków między poszczególnymi państwami i stosunków międzynarodowych w ogóle. Istota Unii Europejskiej to zasada ingerencji w wewnętrzne sprawy wszystkich tych podmiotów, które tę strukturę tworzą – coś, co dawniej, w epoce państw nowożytnych, narodowych, było nie do pomyślenia. Tamte państwa były w stanie pogodzić się ze wszystkim, ale nie z tym, że ktoś z zewnątrz miesza się w ich wewnętrzne sprawy. Tymczasem Unia Europejska jest oparta dokładnie na tym pomyśle. Świadomie i dobrowolnie spotykamy się, koordynujemy naszą politykę, czyli zwyczajnie ingerujemy w wewnętrzne sprawy tych, którzy się zgodzili brać w tej grze udział. Jest to sposób myślenia, który niezwykle trudno pogodzić z myśleniem państw nowoczesnych, państw narodowych. To jest najważniejsze, ale z tego, jeśli chodzi o metroseksualne państwa ponowoczesne, wynika jeszcze klika konsekwencji. Po pierwsze, państwa te wolą raczej prawo niż siłę, wolą raczej dogadywanie się, pertraktacje, negocjacje, niż dyktat. Państwo ponowoczesne będzie tworzyło „okrągłe stoły”, konferencje, sympozja: „rozmawiajmy, może się coś wreszcie utrze, może urodzi się jakiś kompromis”. Siła to jest ostateczność. Państwo ponowoczesne nie wyrzeka się siły, traktuje ją jednak jako ostateczność. Najpierw dyplomacja, najpierw negocjacje, najpierw wzajemne poznawanie się: „Chcę się dowiedzieć, jaki jest twój punkt widzenia. Być może go nie rozumiem, wyłóż mi go, ja ci wtedy wyłożę swój, może znajdziemy punkty, gdzie się spotykamy”.

Z tego wynikają praktyczne skutki. Jeśli tak niechętnie sięga się po siłę, to siłą rzeczy nie wydaje się dużo pieniędzy na budżet militarny. Nie po to, żeby te pieniądze schować do kieszeni prywatnej, tylko żeby je przeznaczyć na to, co się nazywa w Europie wspólną polityką, na przykład w dziedzinie rolnictwa, współpracy regionalnej itd. A więc mamy taki budżet, jak mamy, nie chcemy wydawać za dużo na siłę, na wojsko, bo nie za bardzo w nie wierzymy, za to te pieniądze przeznaczamy na inne cele: społeczne, gospodarcze, edukacyjne itd.

Druga kadencja Busha

Taki jest kontekst drugiej prezydentury prezydenta Busha. W takim świecie, niebezpiecznym i podzielonym, przyszło mu działać. Nie jest może zbyt pocieszające dla Państwa, ale różni mędrcy, o których mówię, z którymi rozmawiam, których czytam, o których pisuję, jak sam Cooper, nie dają wielkiego pocieszenia. Mówią tak: w Europie najgorsze były wieki… może XIV, kiedy trwała wojna stuletnia, może XVII, zakończony pokojem westfalskim, okropny był XX wiek, zwłaszcza jego pierwsza połowa. Ale XXI wiek będzie dużo gorszy. Mam nadzieję, że to nas wszystkich, bezpośrednio nie dotyczy, ale musimy wziąć pod uwagę to, że w zasadniczym sensie bezpieczeństwa i ładu, świat roku 2004, 2005 jest niezwykle niebezpieczny. To wszystko, o czym mówiłem wcześniej, osie stabilizujące, zniknęły: nie ma „Bloku Radzieckiego” i antyradzieckiego, nie ma dywidendy pokoju. Świat po 11 września jest światem, w którym można z najpotężniejszymi państwami, jak USA, walczyć zupełnie innymi metodami niż dotychczas. Wszyscy wiedzą, że nawet gdyby wszystkie państwa świata wystąpiły przeciwko Ameryce, to Ameryka i tak wygrałaby taką wojnę. Jej potęga jest w stanie samodzielnie powstrzymać tego rodzaju ofensywę.

Jedenasty września pokazał jednak, że takiego giganta można boleśnie ugodzić. Amerykanie musieli wyciągnąć z tego wnioski. I wyciągnęli. Uznali, że dla świata i dla Ameryki jedna kwestia jest dzisiaj najważniejsza – wojna z terrorem. Możemy różnie to oceniać, dyskutować, jak nieustannie to robimy, ale oni wyciągnęli właśnie taki wniosek. A ponieważ mają wielki potencjał, polityka amerykańska, niezależnie czy pod rządami demokratów, czy republikanów, Clintona czy Busha, Reagana czy Cartera zawsze miała wpisaną w swoją osobowość polityczną tezę, że to, co jest dobre dla Ameryki, jest też dobre dla świata.

Zatem jeśli Amerykanie właśnie tak zdiagnozowali sytuację i uznali, że najważniejsza jest walka z terroryzmem, to de facto narzucili takie rozumienie całej wspólnocie międzynarodowej. Dla Ameryki najważniejsze jest żebyśmy uporali się z międzynarodowym terroryzmem, bo to jest obecnie największe zagrożenie: „Jeśli chcecie przyłączcie się do nas, jeśli nie – OK, będziemy sobie radzić sami, ale nie liczcie na to, że wam pomożemy w taki sposób jakbyśmy wam pomogli gdyście się z nami zgodzili.”

W pierwszej kadencji prezydent Bush wyciągnął praktyczne wnioski z tak skonstruowanego myślenia o polityce, doprowadziwszy do obalenia Talibów w Afganistanie, kiedy Bush miał jeszcze powszechną akceptację i przyzwolenie społeczności międzynarodowej, łącznie z Europą. Doprowadziło to także do drugiej wojny w Zatoce Perskiej, gdzie jak wiadomo ten powszechny konsens rozsypał się, a Waszyngton stracił powszechne poparcie. Co się zmieni w drugiej kadencji? Przede wszystkim to, bez względu na to czy lubimy czy nie prezydenta Busha, druga kadencja jest inna przez to przede wszystkim, że Bush w przekonujący sposób wygrał wybory. Mimo niezwykle ostrej krytyki, tak w Ameryce jak i na świecie, skierowanej na politykę, którą prowadził. Wygrał mimo ogromnej mobilizacji demokratów. Wygrał do tego stopnia przekonująco, że John Kerry błyskawicznie, nie przedłużając momentu ostatecznego ogłoszenia wyników, od razu ogłosił swoją porażkę. To ma ogromne znaczenie z punktu widzenia wewnątrzamerykańskiej psychologii polityki. To jest mandat, którego Bush w pierwszej kadencji nie miał. Wtedy wygrał w skandalicznych okolicznościach, które wszyscy pamiętamy. W drugą kadencję wchodzi z silnym mandatem poparcia społecznego. Oczywiście Ameryka podzieliła się głęboko, ale, z całym szacunkiem, to nie jest Ukraina. Nawet ci najbardziej zrozpaczeni przeciwnicy Busha nie próbowali zmieniać wyników wyborów. To jest bardzo ważny element amerykańskiej demokracji. Możemy różne rzeczy o niej myśleć, w jakim stopniu jest fasadowa, w jakim stopniu opiera się na public relations. Możemy wysuwać pod jej adresem różne krytyki (i Amerykanie to robią, czego najlepszym przykładem jest Michael Moore), niemniej bardzo ważne i istotne z moralnego punktu widzenia jest to, że w otwartych i powszechnych wyborach, Bush, mimo wszystkich krytyk, mimo wojny w Iraku, ponownie dostał od narodu mandat prezydencki. Nie trzeba dodawać, że bardzo go to wzmocniło politycznie i wewnątrz, i na zewnątrz. To jest inny człowiek. To jest inna prezydentura.

Co w takim razie będzie z drugą kadencją Busha? Mówiąc bardzo krótko: należę do szkoły publicystów, którzy uważają, że wystarczą tylko cztery słowa, żeby określić to, co się stanie: „more of the same”. Bush nie odstąpi od swojej doktryny, będąc przy tym dużo silniejszym. Jest mocniejszy za sprawą powszechnego mandatu, który otrzymał. W wolnym świecie, móc powiedzieć: „słuchajcie, możecie mnie uważać za kretyna z Teksasu, ale wybrali mnie drugi raz”, jest rzeczą niezwykle ważną. Każdy demokratycznie wybrany lider rozumie to i szanuje. To się czuje, to jest już zupełnie inna sytuacja psychologiczna. Po pierwsze, Bush jest pewniejszy siebie. Po drugie, jego otoczenie, mimo zmian kosmetycznych, które się dokonały, jest mniej więcej takie samo. Dwa zdania o tym otoczeniu. Oczywiście wiemy, że w polityce lider jest niesamowicie ważny, szczególnie w systemie amerykańskim, który jest de facto„świecką monarchią”, a pozycja prezydenta jest w zasadzie pozycją króla. Jednak jeszcze ważniejsi są doradcy. Różne wpływowe osobistości i zaplecze intelektualne. Otóż w porównaniu z pierwszą kadencją w tym obszarze żadne zasadnicze zmiany nie zaszły. Zaplecze Busha to grupa neokonserwatystów, zwana potocznie, „neokonami”. Są to ludzie mniej więcej 50-60 letni, którzy brali aktywny udział w bardzo burzliwych wydarzeniach polityczno-społecznych lat 60-70-tych. Ci ludzie to mniej więcej to samo pokolenie co ja. Oni też pamiętają o wspomnianym już „Living Theatre”, ruchu hippisowskim, kontrkulturze i wydarzeniach, które wtedy przeorały nieodwracalnie mentalność Amerykanów. Część z tej grupy była wtedy po stronie buntu młodzieży i po stronie buntu ówczesnej inteligencji. Byli przeciwko establishmentowi. Byli przeciwko amerykańskiemu systemowi. Cześć z nich, mówiąc dzisiejszym językiem, to była radykalna lewica – trockistowska, anarchistyczna – radykałowie z silnym poczuciem misji. Ich misja wyrażała się w kontestacji i podważaniu amerykańskiego systemu, krytyce konsumpcji, zainteresowaniu sprawami trzeciego świata. I właśnie część z nich przeszła po pewnym czasie, jak to się często dzieje z radykalnymi poglądami, dokładnie na drugą stronę. Wtedy byli pryncypialnie radykalni, kontestacyjni, a teraz są pryncypialnie propaństwowi, pronarodowi – mówiąc naszym, niezbyt precyzyjnym językiem, prawicowi. Właśnie tacy ludzie, np. Paul Wolfowitz, nadal są w otoczeniu Busha. Jedyna zmiana, która odbiła się szerszym echem, to zmiana na stanowisku sekretarza stanu. Colin Powell, który uchodził za „dobrego ubeka” w tandemie ze „złym ubekiem” Donaldem Rumsfeldem, jeździł do Europy i krajów trzeciego świata jako lepsza twarz bushowskiej Ameryki, został zastąpiony przez czarną kobietę, co z kolei stało się problemem dla całej lewicy, bo jak w takim wypadku krytykować bushowski imperializm? Mówiąc żartobliwie, zmiana polega na tym, że dzisiaj mamy jeszcze lepsze przebicie w sensie PR’u. Natomiast mówiąc serio, w sensie twardej polityki poglądy Condoleezzy Rice są na pewno twardsze niż Powella, które z kolei nie były wcale takie miękkie. Powell jest zawodowym wojskowym, a wojskowi są lojalni, więc Powell lojalnie wykonywał politykę Busha. Nadawał jej może nieco inny ton, taki z ludzką twarzą, ale ją wykonywał. Klasyczny przykład to jego wystąpienie w Radzie Bezpieczeństwa, kiedy ważyły się losy interwencji w Iraku. To właśnie Colin Powell przedstawiał dowody na to, że Saddam na pewno ma broń masowego rażenia. Jak wiemy to się nie potwierdziło. Ale gdyby Powell był takim dysydentem, jakim go przedstawiano, to nie musiałby tego robić. A jednak zrobił to, mając o wiele większą wiedzę na temat tego, jak sprawy mają się w rzeczywistości. Niezmienione otoczenie to kolejny powód, dla którego możemy się spodziewać polityki w stylu „more of the same”. 

Doktryna Busha

Przejdźmy do doktryny Busha, niezwykle istotnej dla zrozumienia sensu polityki zagranicznej USA. Istnieje bardzo dobre, mało znane w Polsce przemówienie Busha, które wygłosił w Wielkiej Brytanii. Bush niezbyt chętnie przyjeżdża do Europy, niezbyt dobrze czuje się w Paryżu, czy w Berlinie. Londyn jest dla niego zawsze dużo bardziej przyjazny. W przemówieniu do elity brytyjskiej polityki sformułował właściwie swoją doktrynę polityki zagranicznej, która wygląda nieco inaczej niż w wersji popularnej wśród krytyków Busha, i dlatego warto się jej przyjrzeć.

Ta doktryna opiera się na 3 filarach. Pierwszy filar to rola społeczności międzynarodowej. Łamie to jeden ze stereotypów na temat polityki Busha, który mówi o niechęci amerykańskiego prezydenta do wszelkich organizacji międzynarodowych. Bush natomiast powiedział wyraźnie, Ameryka zawsze była, i jest za organizacjami międzynarodowymi. I to jest prawda. Zwróćmy uwagę, jaka była rola Stanów Zjednoczonych w przełamywaniu, tego, co zawsze było im najbliższe czyli izolacjonizmu, niemieszania się w sprawy świata. Bo świat dla Ameryki zawsze oznaczał nieszczęście. Pamiętajmy jak Ameryka powstała – z buntu przeciwko kolonializmowi brytyjskiemu. Wtedy zrodziło się przekonanie, że lepiej się nie mieszać w sprawy europejskie, podobnie jak uważano, że Europa nie powinna mieszać się w sprawy Stanów Zjednoczonych. Amerykanie musieli przełamać swój naturalny izolacjonizm, żeby dwa razy ratować świat. Pierwsza Wojna Światowa, orędzie Wilsona, które przyniosło poniekąd, przynajmniej politycznie, niepodległość Polsce, oraz, oczywiście, interwencja podczas Drugiej Wojny Światowej. Amerykanie nie chcieli angażować się w te wojny, wiedząc jak wiele będzie ich to kosztowało. Nie chcieli, ale poszli. Widzimy, że Stany nie są tak bardzo na bakier z ideami, które są bliskie np. europejskiej lewicy. Realizują je jednak na swój sposób. W tym przemówieniu Bush przywołał właśnie Wilsona, przedstawiciela tak zwanego idealizmu w polityce międzynarodowej. Bush przywołał przykład Ligi Narodów, czyli ONZ czasów międzywojennych, mówiąc, że nie chciałby powtórzenia porażki Ligi, która nie zapobiegła wybuchowi Drugiej Wojny Światowej. Bush mówił o chęci współpracy z organizacjami międzynarodowymi, o chęci współpracy z ONZ. Dodał jednak, i jako lider ma takie prawo, iż istnieje warunek: organizacje międzynarodowe muszą chcieć sprostać wymogom naszej epoki. Oczywiście można różnie ten warunek interpretować, ale ważniejsze jest to, że nie odezwał się w sposób izolacjonistyczny, nie podważył sensowności budowy porządku świata w oparciu o organizacje międzynarodowe. O to w dzisiejszej dyskusji politycznej toczą się spory – Amerykanów przedstawia się jako kompletnych unilateralistów. Mówi się, że nie chcą mieć zupełnie nic do czynienia ze wspólnymi organizacjami i przedsięwzięciami. Jednak Bush, składając polityczną deklarację, tego nie potwierdził. Przeciwnie, otworzył drzwi na współpracę. Powiedział tylko, że to musi być prawdziwa współpraca i ONZ powinna pokazać, że jest w stanie pomóc w rozwiązywaniu konfliktów.

Drugi filar, na którym opiera się doktryna Busha, nie brzmi już tak sympatycznie jak filar pierwszy. Bush powiedział: „żyjemy w takim świecie, w jakim żyjemy, gdzie głównym zagrożeniem jest międzynarodowy terroryzm oraz te państwa, które są nieprzewidywalne. W takim świecie, trzeba być gotowym do użycia siły w obronie bezpieczeństwa.” Krytycy Busha właśnie o tym mówią jako o najgorszym wkładzie polityki Busha do stosunków międzynarodowych. Mówią o triumfalnym powrocie nagiej siły, odrzuceniu idei „metroseksualnej”, zgodnie z którą będziemy raczej budowali sieć porozumień, będziemy wzmacniać prawo międzynarodowe. Stany Zjednoczone jawnie się temu sprzeciwiają: natychmiast wysłały 150 000 żołnierzy do Iraku, próbując w ten sposób załatwić sprawę. Bush zdaje się mówić: „kiedy rozgrywał się dramat bałkański to na kogo czekaliście, kogo prosiliście o wsparcie, żeby tę potworną rzeź zatrzymać? Unia „Metroseksualna” jakoś nie bardzo paliła się do działania”. Europa nie była przygotowana na konflikt tuż za miedzą. Idea „metroseksualna” w tym wypadku nie zadziałała. Stary Kontynent niechętnie, albo też w ogóle nie sięga po siłę. Były więc pertraktacje, niekończące się dyplomatyczne naciski. A w tym czasie na Bałkanach trwała rzeź. Jak mówi Bush: „dopiero trzeba było poprosić o pomoc tych okropnych Jankesów.” I dopiero wtedy ta brutalna siła była w stanie przerwać konflikt. W tym samym przemówieniu Bush przypomina także Afganistan. Wszyscy tak nas krytykujecie, że jesteśmy tacy konserwatywni, prawicowi, że nienawidzimy kobiet, ale to właśnie my wysłaliśmy tam wojsko. Między innymi po to, żeby kobiety mogły wreszcie pójść do szkoły, albo do pracy. Podsumowując – drugi filar, Bush, przywołując zgrabne potoczne powiedzenie, mówi, że ludzie, którzy mieszkają blisko komisariatu policji nigdy nie mają poczucia zagrożenia. I coś w tym jest. Jeżeli żyjemy w świecie stabilnym, względnie uporządkowanym, to wydaje się nam, że politycy, którzy mówią o jakichś odległych zagrożeniach przesadzają, chcą tylko dla własnych politycznych interesów wywołać strach. Wydaje nam się, że te zagrożenia są rozdmuchane, że tak naprawdę ich nie ma.
Trzeci i ostatni filar, na którym opiera się doktryna Busha w polityce międzynarodowej, to zaangażowanie w sprawę demokracji na całym świecie. Oczywiście krytycy bardzo często wytykają to Bushowi. Twierdzą, że piękne słowa to jedno, praktyka natomiast jest zupełnie inna. Zajmijmy się na razie tylko tym, co podbudowuje doktrynę Busha, bo ważne jest to, co myśli najpotężniejszy przywódca świata.

Niezależnie jak to będziemy interpretować, idea polityczna Busha i jego ekipy jest właśnie taka – więcej demokracji. Oczywiście takiej demokracji, jaką oni znają. To jest właśnie kłopot, o którym już wspomniałem: Ameryka wierzy w to, że wszystko, co jest dobre dla niej, jest dobre dla świata. Oczywiście to misjonarskie podejście do polityki międzynarodowej jest bardzo ryzykowne i prowadzi często do ogromnych kłopotów, niemniej jednak nie można dyskutować z faktami. Im więcej będzie demokracji, tym mniejsze ryzyko, że wszystkie okropne dziury na mapie świata, w których mogą lęgnąć się najprzeróżniejsze demony, stworzą zagrożenie dla USA. Tak właśnie myśli Bush i tak myśli jego gabinet. Bush rozwija trzeci filar doktryny i mówi: „chcemy pokoju, chcemy trwałego pokoju na świecie, ale uważamy, że pokój powstaje tylko tam gdzie jest sprawiedliwość i rządy demokratyczne. Co więcej, chcemy służyć sprawom postępu i rozwoju, także w krajach najbiedniejszych, ale uważamy, że temu postępowi służy wolny handel”, którego znaczna część trzeciego świata nie chce. „Chcemy walczyć z chorobami w świecie, chcemy walczyć z AIDS w Afryce.” Musimy przyznać, że nie są to hasła złe, nie powstydziłaby się ich nawet nasza „metroseksulana” Unia Europejska. To jak to wygląda w praktyce, to jest ogromny temat do innej dyskusji, ale myślę, że, jak to w świecie polityki często bywa, praktyka jest po prostu różna. W niektórych rzeczach Amerykanom się udaje, w niektórych nie, podobnie jest i z innymi państwami.

Na koniec przemówienia Bush stwierdza, iż Bliski Wschód jest dla Ameryki największym testem. Prezydent Stanów Zjednoczonych mówi o „Wielkim Bliskim Wschodzie”, który sięga aż po Afganistan, choć jego centrum jest dzisiaj oczywiście w Iraku. Bardzo dużo zależy w ocenie drugiej kadencji Busha od tego, co stanie się na Bliskim Wschodzie.

Po pierwsze, bardzo istotne jest to, co tak naprawdę stanie się w Iraku, ponieważ na razie mimo niezwykłych wysiłków i nakładów kwestia wydaje się nieprzesądzona. Nie wiadomo czy powstanie rząd bardziej demokratyczny, czy nie dojdzie do wybuchu wojny domowej między Kurdami a szyitami, sunnitami, czy nie włączą się w to siły zewnętrzne. Iran bardzo pilnie obserwuje rozwój wypadków, innym kandydatem do ewentualnego zaangażowania się w ten konflikt jest Syria – wszystko to jest wielką niewiadomą. Oczywiście propaganda antybushowska akcentuje to, co się Amerykanom nie udaje. Wszyscy widzimy, co nie wychodzi, bo tym głównie zajmują się media na świecie. Wiemy na przykład, że już dużo ponad 1000 żołnierzy zginęło. Wszyscy się zgodzimy, że to jest straszne i niepotrzebne, ale taka jest wojna. Dodatkowo, miejmy na uwadze fakt, że w Wietnamie zginęło 30-40 tysięcy żołnierzy. W tym sensie nie mamy jeszcze do czynienia z taką traumą narodowa jak w wypadku Wietnamu. Między innymi dlatego, mimo tej wojny, mimo tych ofiar, Amerykanie nadal głosowali w wyborach na Busha. Tysiąc to nie jest to samo, co kilkadziesiąt tysięcy. Więc wszyscy wiemy co idzie źle, ale nikt nie pokazuje tego, co idzie lepiej. Nie pokazuje się organizacji kobiecych, które mogą w końcu działać w Iraku. Nie pokazuje się, że kobiety zaczynają żyć tak jak my byśmy byli skłonni uważać, że powinny żyć w normalnym kraju. Nie pokazuje się odbudowywanych szkół, przychodni, szpitali. Mówi się o ofiarach wśród cywili, nie mówi się natomiast o tych, którzy żyją względnie normalnie, o tysiącach ludzi, którzy, tak jak my sprowadzają na lawetach wszystkie możliwe pojazdy z regionu, którzy kupują na potęgę telefony komórkowe, anteny satelitarne, wszystko, co jest teraz możliwe, a pod rządami Saddama Hussaina było zabronione. Nie mówi się również o 80 milionach podręczników wydrukowanych po arabsku dla irackich dzieci za amerykańskie pieniądze. Taka jest logika walki politycznej: ci, którzy są Bushowi niechętni pokazują to, co złe, przemilczają to, co dobre; ci, którzy są jego sympatykami pomniejszają z kolei znaczenie jego porażek. Zakończmy ten wątek stwierdzeniem, że jest to sprawa otwarta. Nie wiemy jak się rzeczy dalej ułożą – wiemy natomiast, że jest to sprawa kluczowa dla przyszłości świata arabskiego, dla stosunków Zachodu ze światem arabskim i muzułmańskim.

Kontynuując wątek Bliskiego Wschodu: kolejną kwestią jest niewątpliwie problem Izraela i Palestyny oraz konfliktu, który od tylu lat wyniszcza ten region. Wszystko wskazuje, że za drugiej kadencji Busha ten konflikt ma większe szanse na złagodzenie, być może nawet znaczne. Czy to oznacza, że Izrael będzie mógł robić, co chce? Nie, wręcz przeciwnie. Bush w drugiej kadencji będzie naciskał na Izrael, żeby nieco przyciszyć konflikt, rozwiązać go nawet po myśli Palestyńczyków, choćby dlatego, że dużo większym problemem są dla niego w tej chwili Irak i Iran. Nie można, nawet jak się jest supermocarstwem, „super-macho”, otwierać wszystkich frontów naraz i wygrywać wszystkich wojen. Choćby z tego powodu jestem optymistą w sprawie izraelsko-palestyńskiej, co nie znaczy (choć i tego nie wykluczam), że w przeciągu roku powstanie wolne państwo Palestyna. Jeśli uda się przeprowadzić wybory jest duża szansa na przełom w stosunkach izraelsko-palestyńskich.

Bush a sprawa polska

A co z Polską? Miejmy poczucie umiaru i naszego miejsca w szeregu. Oczywiście wszyscy jesteśmy patriotami, w takim czy innym sensie. Oczywiście wszyscy mamy prawo do krytycznej oceny polityki i tych, którzy nami rządzą. Przypominam, że sami ich wybieramy. Bez wątpienia spodziewaliśmy się dużo więcej po naszym sojuszu z Ameryką. I to nie tylko w ostatnim czasie, po tym jak zaangażowaliśmy się (jak uważam, słusznie) w Iraku, ale i dużo wcześniej. Dlaczego tak się stało? Najłatwiej w takiej sytuacji powiedzieć zrzucić wszystko na „tego kretyna” Busha. Ale nie tylko „ten kretyn Bush” rządził Ameryką, od kiedy Polska przeorientowała się na Zachód i na Stany Zjednoczone jako swojego głównego sojusznika. Problem polega na tym, że taka jest właśnie brutalna logika polityki i stosunków międzyludzkich. Jeśli nie jesteśmy w stanie sformułować jasno, wyraźnie i przekonująco swojego stanowiska, to nie spodziewajmy się, że ktoś się nami zajmie. Prawda jest taka, że Amerykanie mają mnóstwo spraw na głowie. Chcą czy nie chcą, są, jak mówią jedni, hegemonem, liderem, jak mówią drudzy, policjantem świata, jak mówią trzeci. Z tej perspektywy Polska jest oczywiście elementem tej układanki, ale nie jest jej najważniejszą częścią. Jeśli my mamy takich liderów, polityków, którzy nie potrafią rozmawiać z Amerykanami językiem „metroseksualnym”, jeśli nasi politycy nie są w stanie tego jasno powiedzieć, albo sobie wzajemnie zaprzeczają, wysyłają sprzeczne sygnały, to amerykańska dyplomacja nie ma czasu się tym zajmować. Popadliśmy poza tym w rodzaj wasalnego języka, co przeniosło się niestety trochę z naszej historii. Zawsze uważaliśmy, że z naszym największym sojusznikiem nie ma o czym rozmawiać, tylko milczeć i potakiwać. Zgadzam się oczywiście, że niewiele zyskaliśmy, w proporcji do tego, co zaangażowaliśmy i czego się spodziewaliśmy. Jest jednak głównie wina naszych liderów, którzy nie potrafili wypracować wspólnej polityki wobec Stanów Zjednoczonych. Czego dziś możemy oczekiwać? Inwestycji, które raz są, raz nie. A w chwili obecnej najwięcej w Polsce inwestują nie Amerykanie, tylko Francuzi. Słynny offset z F16, nasz kontrakt stulecia, jest martwy. Nie dlatego jednak, że Amerykanie nic nie chcą dać, tylko dlatego, że nikt na nich nie naciska. Zajmujemy się naszymi wewnętrznymi aferami, podczas, gdy prawdziwą polityką nie zajmuje się nikt.

Kolejna sprawa – wizy. To absurd. Wizy w ogóle to sobie trzeba było od początku do końca darować, było niemal pewne, że takie działania nic nie dadzą. Politycznie cała sprawa Polsce zaszkodziła. Przypomnę taką podstawową zasadę w polityce międzynarodowej. Polega ona na tym, że nie zgłasza się publicznie, na szczeblu międzypaństwowym i międzyrządowym niczego, jeżeli wcześniej poufnymi kanałami dyplomatycznymi nie upewniło się, że te postulaty, wcześniej czy później, zostaną przyjęte. Inaczej mamy do czynienia z politycznym „wielkim obciachem”. Mówimy o wizach, a w odpowiedzi słyszymy, że takie jest prawo, że Kongres musiałby zmienić ustawę, że nie może mieć miejsca sytuacja, w której tylko dla Polski się zmienia. Więc wszystko można, tylko mądrze. Wydaje mi się, że sprawa wiz przyniosła więcej strat niż pożytku, pozostając, póki co, nierealnym postulatem. Lecz nie to jest najważniejsze w formułowaniu polskiej polityki względem USA. Ważne jest to, żeby była ona spójna, „metroseksualna”, życzliwa. Prawda jest taka, że dziś bez USA bylibyśmy w dużo gorszej sytuacji niż jesteśmy. Z drugiej strony należy jednak wykazać asertywność: „jesteśmy waszymi sojusznikami, ale mamy takie a takie oczekiwania.” Poza wielką gospodarką trzeba naciskać na to, aby Amerykanie ułatwili Polakom, zwłaszcza studentom i naukowcom, studiowanie i przebywanie przez dłuższy czas w Ameryce. A to łatwo potem pokazać jako konkretną sytuację, jako konkretny zysk z naszej przyjaźni, z naszego sojuszu. Nic z tych rzeczy się w sposób wyraźny nie materializuje i to powoduje, że potęguje się wrażenie, że Ameryka nabija nas w butelkę, a my naiwnie angażujemy się w coś, co z naszymi interesami nie ma nic wspólnego. Ja tak nie uważam. Myślę, że tym świecie, o którym opowiedziałem na początku, a który staje się w coraz większym stopniu dżunglą, taki kraj jak Polska, ze swoją tradycją, historią, potencjałem, ale jeszcze słaby, sam sobie nie poradzi. To bardzo dobrze, że staliśmy się częścią Unii Europejskiej, że zaangażowaliśmy się w politykę europejską. Bardzo mądrze, że na przykładzie Ukrainy pokazaliśmy, że mamy coś do zaoferowania. Właśnie czegoś podobnego bym oczekiwał w polskiej polityce także wobec Ameryki. To piękne: nie siłą, a perswazją i przykładem pokazaliśmy, że Ukraina jest częścią Europy. Europa i USA zareagowały bardzo pozytywnie.

Puenta mojego wystąpienia jest następująca: możemy spodziewać się więcej Busha takiego, jakiego znamy, ale wbrew pozorom skutki drugiej kadencji mogą być dużo korzystniejsze.