Pielgrzymowanie wczoraj i dziś. Socjologiczno-antropologiczna analiza zjawiska

Pielgrzymowanie wczoraj i dziś. Socjologiczno-antropologiczna analiza zjawiska

W ramach 5. Kongresu Młodej Socjologii miałem przyjemność wygłosić krótki referat pt. Pielgrzymowanie wczoraj i dziś. Socjologiczno-antropologiczna analiza zjawiska. Hipotezy zawarte w wystąpieniu opierały się głównie o moje własne obserwacje (w drugiej połowie kwietnia 2012 roku czynnie uczestniczyłem w zorganizowanej pielgrzymce parafialnej do grobu błogosławionego podówczas Jana Pawła II i wybranych sanktuariów Włoch) i rozmowy z wielokrotnymi pątnikami parafii św. Jana Kantego w Poznaniu, a także zastaną literaturę, tło porównawcze moich przemyśleń.Proszę potraktować ów zbiór luźnych uwag jako pewnego rodzaju zarys, drogowskaz uławiający bardziej dopracowane metodycznie badania, nie zaś za ostateczne i niepodważalne twierdzenia. Rzeczywistość społeczna wydaje się tak skomplikowana, że liczba odchyleń do normy uniemożliwia nam użycie jakichkolwiek wielkich kwantyfikatorów, szczególnie gdy badacz bazuje głównie na kształtującej się dopiero intuicji uczestniczącego obserwatora, jak to miało miejsce w tym przypadku.Mam nadzieję, że artykuł będzie inspiracją dla badaczy zajmujących się szeroko pojętymi przemianami w zakresie religijności, turystyki i spędzania czasu wolnego, którzy mocniej niż ja wyeksploatują często pomijany temat. To spore zaniedbanie, gdyż jak wynika ze statystyk, pielgrzymowanie to jedna z najstarszych form migracji mających źródło w motywacjach pozaekonomicznych i mimo postępującej sekularyzacji, wędrówki do głównych ośrodków kultu religijnego (o zasięgu międzynarodowym i krajowym) podejmuje nawet kilkaset milionów ludzi rocznie (Jackiewicz 2010).

Czym jest pielgrzymka?

[...] Brudne wsie, gdzie żądano złota, tylko złota.
Żmudna to była podróż.
W końcu jechaliśmy już tylko nocą,
Śpiąc gdzie i jak się dało,
I słysząc w uszach głos, który uprzedzał,
Że trud nasz jest szaleństwem.
Thomas Stearns Eliot, Podróż Trzech Króli,
przełożył Jarosław Marek Rymkiewicz

Według definicji Antoniego Jackowskiego (wybitnego znawcy tematu na polskim gruncie), pielgrzymka to: podjęta z motywów religijnych podróż do miejsca uważanego za święte ze względu na szczególne działanie w nim Boga lub bóstwa, aby tam spełnić określone akty religijne, pobożności i pokuty (1990). W moim odczuciu jest to niezwykle trafna definicja, którą z powodzeniem stosować można niezależnie od kontekstu kulturowego. Rozkładając dowolną pielgrzymkę na części składowe możemy wyróżnić trzy następujące elementy: człowieka, przestrzeń i sacrum. Człowiek (Homo religiosus) jest aktorem społecznym, który wyraża chęć duchowego obcowania z absolutem. Przestrzeń, ograniczona punktem wyjścia i punktem docelowym to droga, którą musi pokonać ów człowiek, pojedynczo lub w grupie. Sacrum zaś to miejsce szczególne (np. sanktuarium), w którym według założeń ma dokonać się przemiana pątnika w lepszego człowieka (Mazur 2010:52).

Przyglądając się przeróżnym definicjom możemy śmiało powiedzieć, że podkreślają one aspekt przejścia, pewnej inicjacji do wyższego stanu uduchownienia. Ma ona dokonać się poprzez uciążliwą i kształtującą charakter wędrówkę. Zakładając więc hipotetyczną sytuację, w której ktoś dzwoni do nas przez telefon, a my nawiedziliśmy już miejsce kultu i ponownie kierujemy się do punktu wyjścia, nie możemy powiedzieć, że jesteśmy na pielgrzymce. Pielgrzymka kończy się wraz z dotarciem do locus sacrum i przeżyciem go. To tam następuje ostatni etap, ale i punkt kulminacyjny całego przedsięwzięcia. Tam też kończymy naszą pielgrzymkę i dalszą część podróży nazywać winniśmy z pielgrzymki powrotem. Wydaje się, że to mało istotny szczegół, przydatny językowym purystom, ale kryje w sobie głębszy sens: dwukierunkową asymetryczność wędrówki. Jadąc na przykład na urlop nie musimy tak drobiazgowo analizować momentu w którym się znajdujemy. Jedziemy na urlop (za którego oficjalny punkt rozpoczęcia można uznać dotarcie na miejsce noclegowe) lub z urlopu. Podkreślmy raz jeszcze: rola pielgrzyma trwa dopóki, dopóty nie dotrze on do punktu docelowego i nie zdobędzie przysłowiowej muszli, znanej chociażby z pielgrzymek do Santiago de Compostela. Z pielgrzymką jest trochę jak z ludzkim żywotem, który jest liniowy, przewidywalny i skończony. Zapewne nie bez powodu w środowiskach katolickich mówi się o życiu jako o ziemskiej pielgrzymce, wędrówce po padole łez.

Wykorzystując trzyelementowy schemat pielgrzymowania przyjrzyjmy się najoczywistszym przemianom (lub ich bramkom) powiązanym z każdym poszczególnym elementem. Pozwoli nam to nie zgubić się w rozważaniach i przyjąć quasi-analityczny punkt widzenia.

Homo religiosus

Zacznijmy od przyjrzenia się pielgrzymowi pod kątem jego cech społeczno- demograficznych.

Współcześnie każda większa migracja wiąże się z niemałymi nakładami finansowymi. Benzyna, ubezpieczenie, ekwipunek, opłaty za: wejścia, posiłki w trasie, przewodników. Oznacza to, że nasz pielgrzym musi dysponować pewną nadwyżką budżetową, co lokuje go przynajmniej w klasie średniej. W zasobie wiedzy potocznej utrwalony został wizerunek średniowiecznego pielgrzyma, który wędruje ze swoim tobołkiem, nie mając absolutnie niczego. Tak naprawdę, w Średniowieczu pielgrzymi zbierali jałmużnę w zamian za modlitwę w intencjach ofiarodawców, nierzadko rozpoczynając owe zbieranie datków już w miejscu swojego zamieszkania. Mogli również żywić się znalezionymi owocami leśnymi lub darowanymi płodami rolnymi (niestety, pochodziły one również z kradzieży), co dzisiaj raczej mogłoby się nie udać, choć kto wie. Część klasztorów, szpitali, a nawet domów prywatnych gościło wędrowców całkowicie za darmo. Zarówno kiedyś, jak i współcześnie dobrą alternatywą wydają się korzystne oferty noclegów w domach pielgrzyma. Teoretycznie możliwe są piesze pielgrzymki bez alokowania większych zasobów materialnych, przy pomocy autostopu, noclegów w namiocie i żywienia się wyłącznie suchym prowiantem, ale jest to sposób raczej niepraktykowany przy pielgrzymkach międzynarodowych, bo na własnym podwórku nie ma większych przeciwwskazań. Musimy jednak pamiętać, że taki „dziewiczy” sposób pielgrzymowania wymaga pewnej sprawności fizycznej i nawyku do niewygody, co zaś najczęściej idzie w parze z naszą kolejną zmienną demograficzną, jaką jest wiek.

Przeciętny mężczyzna w średnim wieku może przebyć maksymalnie 45 kilometrów dziennie, co praktycznie zawsze umożliwia mu dotarcie do ośrodka miejskiego lub zajazdu (im dalej na zachód Europy, tym siedliska ludzkie występowały gęściej), drukowane mapy ze skalą pojawiły się późnym Średniowieczem (Ohler 2000:19,146). Niewątpliwie trud i niepewność podróży dawały się we znaki, o czym świadczyć może powiastka łacińskiego filozofa z XII wieku wymieniającego siedmiu towarzyszy pątnika: głód, pragnienie, upał, zimno, zmęczenie, choroba i śmierć (tamże 2000:20). Dzisiaj trudno sobie wyobrazić jednostki, które byłoby w stanie świadomie narazić się na taki katalog niebezpieczeństw.

Zasadniczo nie ma żadnych ograniczeń co do stanu cywilnego pielgrzyma i posiadania dzieci, ale w czasach odległych, kiedy to pielgrzymka mogła trwać miesiącami (a nawet latami), niemożliwością było pozostawienie swojego gospodarstwa rodzinnego na tak długi okres. Przyjmijmy więc ostrożnie, że w Średniowieczu pielgrzymowanie przysługiwało raczej pustelnikom, kawalerom i banitom (pielgrzymka bywała przedłużeniem sakramentu pokuty i świeckiej kary), którzy nie byli żywicielami rodziny. Instytucja czasu wolnego pojawiła się w epoce kapitalizmu, a i tak w powszechnej opinii jest przywilejem elit lub przekleństwem nędzarzy. Obecnie, przy skróconym czasie trwania wędrówki, łatwiej możemy wyobrazić sobie rozłąkę małżonków lub nawet ich wspólnie podjęty trud pielgrzymowania.

Do czego zatem zmierzam? Przewaga pielgrzymów, z którymi odbyłem swoją wyprawę była dobrze uposażonymi staruszkami (lub osobami zbliżającymi się do granic wieku produkcyjnego), podróżującymi samemu lub z osobami towarzyszącymi płci przeciwnej w podobnym wieku. Nie potrzeba już bowiem młodzieńczej werwy i sprawności do pokonywania kolejnych kilometrów na trasie, wystarczą: wolny czas, odrobina chęci i zaoszczędzona emerytura.

Drugim wartym analizy aspektem Homo religiosus są jego motywacje, które inspirują go do odbycia uciążliwej, męczącej wędrówki przez nieznane (przynajmniej kilka wieków temu) terytoria. Tutaj zasadniczo zdania są zgodne – najważniejszym celem pielgrzyma jest (i zawsze był) kontakt z transcendentnym absolutem (Maron 2010:74). Oczywiście to kluczowy, ale nie jedyny motyw wyruszenia w trasę. Ksiądz Maciej Ostrowski oprócz aktów religijnych (pokuty, dziękczynienia za łaski, uwielbienia Boga) wymienia cały katalog innych, pozareligijnych motywów: przeżycie przyjaźni, poczucie wspólnoty z innymi pątnikami, poznanie nowych okolic i zabytków, doświadczenie przygody, oryginalności bądź nowości (Ostrowski 1996:355). Trzeba też wspomnieć o tzw. pielgrzymkach specjalistycznych, które mają na celu uzdrowienie (obecnie są podejmowane głównie do Lourdes) (Jackowski 2010:18). Pielgrzym ma kontakt z ludźmi, którzy mogą pomóc mu w ubogaceniu poprzez doświadczenie własnej duchowości w grupie poznanych osób mających podobny system wartości (Maron 2010:73). Sztuka sakralna na końcowym etapie pielgrzymowania jest więc równie ważna jak interakcja z drugim człowiekiem/pątnikiem.

Niepokojące jest to, że niektórzy pielgrzymi, z którymi miałem przyjemność dzielić trud wyprawy, byli bardzo mocno skupieni na aktywności niezwiązanej ze sferą religijno- duchową, oddając się bezwiednie konsumpcyjnym rządzom, komentując urodę miejscowych kobiet, fotografując krajobrazy i próbując lokalnych trunków. Kuriozalna wydaje się sytuacja, kiedy jedna z pielgrzymujących kobiet, którą znam osobiście, zapytana o swoje wrażenia najsamprzód zaczęła opowiadać mi o jeździe na wielbłądach i egzotycznych bazarach po swoim powrocie z Ziemi Świętej.

Może część pielgrzymów wstydzi się swojego uczestnictwa w pielgrzymkach, bojąc się przypięcia etykiet „sztywniaków” i „nudziarzy”? Takie odniosłem wrażenie przy niektórych rozmowach. Część rozmówców na siłę starała się wymienić listę atrakcji, których mieli okazję doświadczyć, niejako udowadniając, że uprawiają raczej turystykę pielgrzymkową niż pielgrzymowanie. Z drugiej jednak strony, ludzie niechętnie mówią o swoich przeżyciach wewnętrznych, a jeśli już, to z osobami, które podzielają ich światopogląd, na przykład księżmi. Sam pełnię publiczną rolę lektora w swojej parafii, więc ciężko ocenić mi ewentualny wpływ rozmówcy, niemniej jednak jest to ciekawy temat do poszerzonych badań jakościowych. Tylko w ten sposób moglibyśmy się dowiedzieć jakie miejsce w hierarchii ważności zajmuje stricte religijna motywacja.

Przestrzeń pielgrzymkowa

Na trasach prowadzących do popularnych sanktuariów od zawsze panował wzmożony ruch, co sprzyjało wszelkiemu rodzajowi aktywności ekonomicznej. Ośrodki pielgrzymkowe tworzą rodzaj „pola” społeczno-gospodarczego, które pobudza rozwój komunikacji i transportu, przyśpieszając powstawanie licznych miejsc postoju pielgrzyma (kaplic, opactw, kościołów itd.) oraz instytucji usługowych (hospicjów, szpitali, zajazdów, targowisk, oberży) (Turner 2009:199). Obecnie to raczej schludne hoteliki na każdą kieszeń, wielofunkcyjne stacje benzynowe z czyściutkimi, nowoczesnymi toaletami, lokale gastronomiczne oferujące przytulne wnętrza i regionalne przysmaki, a także strategicznie ulokowane markety dysponujące pełnym asortymentem dóbr. Sieć komunikacyjna również przeżywa swój rozkwit jeśli prowadzi do najmodniejszych, najpopularniejszych miejsc kultu. Teresa Gądek- Hawlena szuka przyczyn dominacji województwa Śląskiego w kategoriach ilości dróg publicznych o nawierzchni twardej na 100 km2 i długości linii kolejowych właśnie w licznych na tym terenie sanktuariach maryjnych (2010:289-292).

Podczas zorganizowanych pielgrzymek, uczestnik jest zobowiązany do przestrzegania wielu zasad organizacyjnych, do najważniejszych z nich należą: zakaz oddalania się od pilota wycieczki uchylany jedynie na okres tzw. czasu wolnego, punktualne stawianie się w miejscach zbiórek, dbanie o potrzeby fizjologiczne w ramach czasu na to przeznaczonego, niezakłócenie pielgrzymki innym uczestnikom, niezwłoczne informowanie pilota lub księdza opiekuna o wszelkich istotnych dolegliwościach i niepokojących zjawiskach. Oczywiście jest to uzasadnione dobrem wspólnym, gdyż organizator pielgrzymki musi wypełnić program i jest odpowiedzialny za uczestników, w praktyce zdarza się, że nawiedzanie świętych miejsc odbywa się w pośpiechu, bez chwili na zadumę, refleksję i prywatną modlitwę. Zamiast należycie przeżywać miejsca jedynie je odwiedzamy, niczym turyści. Program dnia jest często przeładowany atrakcjami, co jest główną przyczyną nerwowości (mnogość ofert pielgrzymkowych wymusza bowiem konkurencyjność i prześciganie się organizatorów w atrakcyjności programów). Zdaje się, że w zamierzchłej przeszłości presja czasu nie dotyczyła pielgrzyma w takim stopniu jak ma to miejsce obecnie.

Dość rygorystyczne wytyczne dla uczestników nie pozwalają na swobodną interakcję z miejscową ludnością, ograniczają swobodę działania pielgrzyma, traktując go w pewnym sensie jak dziecko. Ma to niewiele wspólnego ze stopniem samosterowności i decyzyjności znanym z poprzednich epok, oczywiście jeśli za próbę porównawczą przyjmiemy pielgrzymowanie grupowe. Pielgrzymowanie indywidualne nie niesie z sobą wspomnianych trudności i pozwala samodzielnie organizować dzień.

Wreszcie zastanowić się można na ile idea pielgrzymowania ucierpiała przez wszechobecną w naszym życiu nowoczesną technologię. Klimatyzowany autobus podjedzie wszędzie, nawet prawie na sam szczyt wzgórza Monte Casino, po czym radosny, wypoczęty pielgrzym może udać się do klasztoru Benedyktynów i obfotografować interesujące detale. Aparaty fotograficzne, tablety i kamery mogą uwiecznić każdą chwilę w obcym miejscu, pielgrzym-weteran nie jest więc tak atrakcyjnym interlokutorem jak jego średniowieczny odpowiednik, który raczył swoimi opowieściami rzesze słuchaczy, marzących o przeżyciu podobnych przygód. Obecnie wystarczy, że przekaże znajomemu swoją kartę pamięci lub prześle interesujące zdjęcia via maile. Dzięki telefonom i Internetowi kontakt z krewnymi i przyjaciółmi nie musi być nawet specjalnie ograniczany.

Oczywiście mniejsze zainteresowanie relacjami z podróży ma również związek z nieporównywalnie lepszym dostępem do informacji, która jest dobrem powszechnym i nadrzędnym w XXI wiecznym świecie. Z pewnością jednak fotografia i video nie pozostawiają społeczeństwu audiowizualnemu szczególnie dużo miejsca na wyobraźnię i kreatywność. Mówi się, że żeby należycie przeżyć i utrwalić w pamięci odwiedzane miejsce winniśmy siąść na kilka godzin w spokojnym miejscu i naszkicować otoczenie.

W czasie drogi, życie pielgrzyma jest ułatwiane na każdym kroku. Gdzie ponoszenie pokutnej ofiary, fizycznego bólu i tęsknota za rodziną, kiedy możemy w każdej chwili się z nią skontaktować? Poza tym przy obecnych standardach niewiele pielgrzymek trwa dłużej niż kilka tygodni. Jak zauważa Antoni Jackiewicz, poza kontekstem chrześcijańskim zdarzają się wieloletnie pielgrzymki przypominające wyprawy średniowiecznych śmiałków, a inicjowane na przykład przez hinduistów wzdłuż świętych rzek Brahmaputry i Gangesu, są to jednak zjawiska mocno marginalne (2010:21-23). W wielu miejscach wprowadzono tak daleko posunięte udogodnienia, że nie sposób niczego przegapić. Mowa tutaj o małych nadajnikach radiowych w ręce przewodnika i rozdanych grupie odbiornikach umożliwiających słuchanie opowieści (a nierzadko nawet nagrań) komfortowo, na odpowiedniej dla nas głośności, czy telebimach dających gwarancję, że nie ominą nas żadne ważne wydarzenia. Słowem: częściowa komercjalizacja, standaryzacja i masowość.

Locus sacrum

Ostatni z naszych trzech elementów, to docelowy punkt naszej wędrówki, a więc miejsce uświęcone, istotne dla kulturowego dziedzictwa regionu bądź państwa. Podstawową różnicą w tym aspekcie jest, wspomniana już w poprzednim ustępie, epizodyczność i mało głębokie przeżywanie odwiedzin tego miejsca, choć to oczywiście sprawa indywidualna i kiepsko uchwytna empirycznie. Niewykluczone bowiem, że ktoś przeżywa obecność w miejscu kultu w sposób niewidoczny dla towarzyszy, a niesłychanie głęboki, intymny i wewnętrzny.

Obserwowalny jest natomiast pewnego rodzaju brak zaskoczenia przy pierwszym kontakcie ze sztuką sakralną. Większość pielgrzymów szuka materiałów i zdjęć przed wyruszeniem na szlak, co w czasach dawnych, z przyczyn oczywistych, było zgoła niemożliwe lub dostępne nielicznym. Szacuje się, że pierwsze opracowanie przypominające dzisiejszy przewodnik turystyczny powstało w XII wieku i nosiło nazwę Księgi świętego Jakuba. Prócz ciekawych opisów najpiększniejszych kościołów i katedr, fragmentów służących poszerzeniu wiedzy teologicznej, sporo miejsca poświęcono opisom mieszkańców danego regionu, przyrody tam występującej, a także marketingowi (oceny jakości wina w konkretnych przybytkach i orientacyjne ceny noclegów) (Adamczuk 2011).

Innym powodem płytkiego uczestnictwa może być liczba atrakcji w programie pielgrzymkowym, która nie pozwala skupić uwagi na jednym konkretnym miejscu, punkcie kulminacyjnym, ale rozprasza uwagę na wiele lokalizacji.

Odrębną kwestią związaną z miejscem świętym jest przyzwolenie na funkcjonowanie punktów oferujących szeroki wachlarz dewocjonaliów i pamiątek już w przestrzeni sacrum (np. w jednej z naw kościoła, co ma miejsce np. w kościele św. Józefa na Kahlenbergu czy w krużgankach świątyni, przy wejściu do Sanktuarium w Loreto). Niektóre miejsca, takie jak Asyż są tak przepełnione elementami sztuki sakralnej, że nierzadkim widokiem jest bliskie sąsiedztwo szyldów reklamowych i wizerunków katolickich patronów. Ponadto niektóre produkty mocno ocierają się o sacrokicz, np. talerze z wizerunkiem Jezusa z morskiego bisioru, ochoczo sprzedawane przy Sanktuarium w Manopello. Sklepiki zdając sobie sprawę z upodobań niektórych klientów, wprowadzają także całe linie mydeł, czekolad, trunków wyrabianych rzekomo według starych receptur zakonników, które świetnie sprawdzają się jako drobne upominki dla znajomych, szczególnie tych niezbyt religijnych (dobrym przykładem może być tu Sanktuarium św. Franciszka z oficjalnym, samoobsługowym marketem z pamiątkami). Takie prezenty to dobra alternatywa, która jednocześnie pozwala pochwalić się wyjazdem przed obcymi, zaakcentować pamięć, ale i nie eksponować przesadnie religijnego charakteru wyjazdu, nie zostać posądzonym o agresywną ewangelizację. Jedna ze starszych kobiet, którą zapytałem o koszyczek wypełniony brelokami imitującymi benedyktyńskie sandałki, oznajmiła, że to świetne, niekrępujące przesadnie odbiorcy drobiazgi nadające się dla niepraktykującej części koleżanek z urzędu.

Smutne są sytuacje, kiedy w zalewie drobnych atrakcji i ekspozycji w obrębie sacrum ludzie nie poświęcają należytej uwagi temu, na czym prawdziwy pielgrzym powinien się skupić najbardziej. Przykładem takiego miejsca może być San Giovanni Rotondo, gdzie przez wzgląd na długoletnią działalność św. Ojca Pio z Pietrelciny znajduje się swoiste centrum jego osoby. Z przykrością obserwowałem większe zainteresowanie wystrojem celi świętego, niż krucyfiksu przed którym otrzymał stygmaty lub ołtarza, gdzie odprawiał swoje osławione, wielogodzinne liturgie. Oczywiście raz jeszcze podkreślam, że mogłem rejestrować tylko reakcje dostępne empirycznie: podsłuchiwać strzępki rozmów i obserwować sygnały niewerbalne, z ustawicznym uwzględnianiem faktu, iż prywatna modlitwa to zjawisko rządzące się odmiennymi prawami niż grupowe zwiedzanie.

Moim celem nie jest udowodnienie, że w dzisiejszym pielgrzymowaniu wszystko to co stanowi o jego esencji zostało zatracone, raczej przybrało inny kształt tzw. turystyki pielgrzymkowej. Bo przecież miło się pochwalić znajomym, że piliśmy słodkie wino i jedliśmy pizze nieopodal Koloseum, niekoniecznie akcentując historyczną wagę tego miejsca, związanego z mękami pierwszych chrześcijan. Z drugiej jednak strony mamy i wspólne śpiewy w autokarze, odmawianie modlitwy i codzienne msze święte, których próżno szukać w codziennej aktywności większości turystów. Poza tym podkreślić należy, że istnieje pewnego rodzaju kontinuum, na którym moglibyśmy znaleźć miejsce dla poszczególnych pielgrzymów; nie jest prawdą, że wszyscy zachowują się niczym rozkapryszeni klienci, a jeśli czytelnik odniósł takie wrażenie, to spieszę z wyjaśnieniem, że na potrzeby artykułu przytaczałem najbardziej wymowne, jaskrawe wręcz przypadki, które najłatwiej przemawiają do wyobraźni odbiorcy.

Podsumowanie

Współczesne pielgrzymowanie diametralnie zmieniło swój charakter w stosunku do minionych wieków. Zdaje się, że mniej osób może sobie na nie pozwolić (szczególnie jeśli chodzi o pielgrzymowanie zagraniczne, obojętnie czy grupowe, czy indywidualne), gdyż wymaga to posiadania pewnej nadwyżki budżetowej i urlopu (aspekt ekskluzywny). Zdarzają się jeszcze pielgrzymi podróżujący w sposób podobny do średniowiecznych pątników np. piesi pielgrzymi do Częstochowy, na pewno nie są oni jednak narażeni na większe niebezpieczeństwa prócz obtarcia stóp, bo ich trasy są szczegółowo zaplanowane i wielokrotnie zrealizowane. Z drugiej jednak strony, dzięki ułatwieniom technologicznym i transportowym, pielgrzymowanie jest dostępne ludziom starszym i schorowanym (aspekt inkluzywny).

Unikałbym zatem zbyt ostrych, podszytych płaszczykiem nostalgii, osądów. Ostatecznie bowiem konsumpcjonizm i wszelkiego rodzaju ułatwienia w podróży nie wypaczają pierwotnego charakteru pątnictwa, co najwyżej mogą być szkodliwe, przynajmniej w niektórych aspektach. Sprawę kapitalnie wyważył Wojciech Świątkiewicz, który nie godzi się na umniejszanie rangi współczesnego pielgrzymowania. Jego punkt widzenia prezentuje się następująco: Pielgrzymka jest <<formą>>, a pielgrzymowanie <<treścią>> drogi człowieka podejmującego trud doświadczenia sacrum. Treści są inwariantne, odwieczne, uniwersalne, a formy podlegają przemianom, kierują się technicznymi możliwościami społecznymi, np. politycznymi uwarunkowaniami, podążają za modą (2010:128). Takie spojrzenie jest trafnym podsumowaniem moich rozważań.

 

Źródła

Adamczuk A. (2011) Przewodnik po Santiago de Compostela, http://caminodelavida.pl/2011/05/25/przewodnik-do-santiago-de-compostela/. Data dostępu: 21.09.2014

Gądek-Hawlena T. (2010) Zaspokajanie potrzeb transportowych turystów w miejscach kultu religijnego, w: Z. Kroplewski, A. Panasiuk (red.) Turystyka religijna, Szczecin, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego

Jackowski A. (1990) Pielgrzymki w Polsce a pielgrzymki na świecie, „Problemy Turystyki”, nr 1-2

Jackowski A. (2010) Pielgrzymowanie a turystyka religijna. Rozważania na czasie, w: Z. Kroplewski, A. Panasiuk (red.) Turystyka religijna, Szczecin, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego

Maron A. (2010) Turysta a pielgrzym – różnice motywacji poznawczej, w: Z. Kroplewski, A. Panasiuk (red.) Turystyka religijna, Szczecin, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego

Mazur A. (2010) Turystyka pielgrzymkowa a turystyka religijna, w: Z. Kroplewski, A. Panasiuk (red.) Turystyka religijna, Szczecin, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego

Ohler N. (2000), Życie pielgrzymów w średniowieczu: między modlitwą a przygodą, Kraków, Wydawnictwo WAM

Ostrowski M. (1996) Duszpasterstwo wobec problemu czasu wolnego człowieka. Aspekt moralno- pastoralny ze szczególnym uwzględnieniem zagadnień turystyki, Kraków, Wydawnictwo Naukowe Papieskiej Akademii Teologicznej

Świątkiewicz W. (2010) Między sekularyzacją a deprywacją. Socjologiczne refleksje wokół polskiej religijności w kontekście chrześcijańskim, Katowice, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego

Turner V., Turner E. (2009) Obraz i pielgrzymka w kulturze chrześcijańskiej, tłum. Klekot E., Kraków, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Eliot T.S. (1960) Podróż Trzech Króli, tłum. Rymkiewicz J.M. w: Poezje wybrane, Warszawa, Wydawnictwo PAX

page9image17800

Ilustacja: h.koppdelaney