Paranoi ciąg dalszy?

Autor: Piotr Prokopowicz

 

Reakcja na niespodziewaną dymisję premiera Kazimierza Marcinkiewicza oraz zapowiadane przejęcie sterów rządu przez Jarosława Kaczyńskiego podzieliła polityków i media. Niektórzy komentatorzy widzą w nerwowych wydarzeniach ostatnich dwunastu godzin dowód słabości obozu rządzącego, wieszcząc jego rychły upadek, inni zaś wolą dopatrywać się w działaniach Prawa i Sprawiedliwości realizacji planowanych od dawna, choć dotychczas odkładanych, zmian w sposobie prowadzenia polityki partyjnej.Możliwe, iż paranoja braci Kaczyńskich daje o sobie znać po raz kolejny. Jak wspomniałem wcześniej, według międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10, istnieje kilka kryteriów diagnozy paranoidalnego zaburzenia osobowości: tendencja do długiego noszenia uraz, podejrzliwość wobec neutralnych zachowań innych osób czy też przecenianie własnego znaczenia. Do tego rodzaju objawów politycy PiS zdążyli nas już przyzwyczaić, czego najlepszym przykładem jest jeszcze świeża afera z publikacją w die tageszeitung. ICD-10 podaje jednak jeszcze inne kryterium diagnostyczne paranoi, które warto przytoczyć w świetle ostatnich wydarzeń. Chodzi o zazdrość i podejrzliwość wobec wierności osób bliskich. Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, powołując się na anonimowego polityka PiS, duże znaczenie dla dymisji premiera odegrał fakt, iż prezes Kaczyński „miał pretensje do Marcinkiewicza, że ten manifestuje swoją niezależność”. Możliwe, iż kolejny raz w zachowaniu przewodniczącego PiS zazdrość wzięła górę nad rozsądkiem, a paranoja ponownie zwyciężyła nad zdrowiem psychicznym. Prezes Prawa i Sprawiedliwości, działając pod wpływem nawarstwiającej się niechęci do coraz bardziej niezależnego i otwartego na inne opcje premiera, doprowadził do jego dymisji, czego konsekwencje stara się teraz zatrzeć rzucając mu smaczny, ale jednak ochłap, stanowiska prezydenta stolicy.

Istnieje jednak inna możliwość. Jest całkiem prawdopodobne, iż manewr z odsunięciem Marcinkiewicza od władzy był już od dawna planowany, a ostatnie zerwanie się premiera z łańcucha miało na celu ukazanie go jako polityka w pełni niezależnego, będącego w stanie podejmować decyzje trudne, ale istotne dla dobra obywateli, ucinając w ten sposób spekulacje na temat sterowania rządem z tylnego siedzenia przez prezesa Kaczyńskiego. Niemałą rolę odgrywałby w takim scenariuszu przewodniczący PO Donald Tusk, który swoimi uwagami na temat konfliktu wewnątrz obozu rządzącego przyspieszył tylko to, co było nieuchronne (i zaplanowane). Warto zauważyć, że z całej sytuacji korzyści odnoszą prawie wszyscy politycy PiS – Kazimierz Marcinkiewicz będzie ciągle bardzo popularny, co zagwarantuje mu wysokie poparcie w wyborach samorządowych; Jarosław Kaczyński obejmie stanowisko prezesa rady ministrów, pozycję, do której od zawsze dążył, a która zagwarantuje braciom faktyczną kontrolę nad państwem. Wygranym jest ostatecznie cały PiS, który jawi po raz kolejny się jako lek na zamieszanie polityczne, które, o czym mało kto będzie pamiętał za dwa tygodnie, sam wywołał. Nie wiem, czy nie przeceniam zdolności strategicznych braci Kaczyńskich. Jeśli jednak bliższa prawdy jest interpretacja ostatnich wydarzeń biorąca za punkt wyjścia misternie skonstruowany plan, może okazać się, iż zamiast z paranoją, mamy w przypadku polityków PiS do czynienia z wyrachowanym rysem osobowości socjopatycznych, manipulujących, zamkniętych i bezwzględnych. Chyba jednak wolę paranoję.