Opera (Huberta) Wagnera

Opera (Huberta) Wagnera

Nasi południowi sąsiedzi miłość w kierunku swego narodowego sportu zamienili w operę. Jak to możliwe, że polski Teatr Narodowy nie skorzystał jeszcze ze szkicu scenariusza, przechodzącego przez setki anonimowych rąk w tysiącach ośrodków sportowych, szatni i sal w całej Polsce?

Tym bardziej, że przecież zaczęło się od Wagnera – choć nie Richarda, a Huberta.

W 1969 roku w Sztokholmie, na hokejowych mistrzostwach świata, Czechosłowacja dwukrotnie pokonała Związek Radziecki. Rozentuzjazmowani kibice maszerowali ulicami Pragi, niektórzy dzierżąc w dłoniach kartony z wypisanym, sensacyjnym wynikiem. Trzydzieści lat później Czesi zdobywają na olimpiadzie w Nagano złoto, w finale zwyciężając nad… Rosjanami. Dominik Hašek i Jaromír Jágr, bramkarz i skrzydłowy reprezentacji, stają się bohaterami narodowymi i… opery pod wiele mówiącym tytułem Nagano.

Pięć lat po szwedzkich zawodach, na siatkarskich mistrzostwach świata w Meksyku na drodze do złota reprezentantom ZSRR stanęli biało-czerwoni. W rundzie finałowej pod wodzą Huberta „Kata” Wagnera pokonali Związek Radziecki w pięciosetowym pojedynku, a dzięki zwycięstwu w ostatnim spotkaniu z Japonią ostatecznie pozbawili drużynę Jurija Czesnokowa szans na najwyższe miejsce na podium, sami na nie wstępując. Obie reprezentacje spotkały się ponownie dwa lata później, w finale turnieju olimpijskiego w Montrealu. Polacy zatryumfowali i tym razem.

Droga Złotej Drużyny z niebytu na karty historii aż prosi się o ekranizację. Jej mityczny szkoleniowiec to materiał na kinowy hit; jestem przekonana, że ujęcia z otoczonych legendą katorżniczych treningów „Kata” dorównałyby kultowym scenom Rocky’ego.

Wiele anegdot na temat soczystego języka i wysokich wymagań towarzyszy również szkoleniowcowi innej ozłoconej reprezentacji. Kiedy w 2003 roku Polki przywiozły z Mistrzostw Europy pierwsze złoto, złośliwi mówili o przypadku. Gdy dwa lata później panie spektakularnie powtórzyły osiągnięcie, reprezentacja Andrzeja Niemczyka okrzyknięta została mianem „Złotek”.

Odmłodzona drużyna na kolejnym turnieju ześlizgnęła się z podium i mimo pokładanych w niej nadziei nie zwojowała Pekinu. Nie zawiodła jednak oczekiwań w roku 2009, kończąc pierwsze zorganizowane w Polsce Mistrzostwa Europy z brązowym krążkiem.

Scenariusz na podstawie perypetii żeńskiej reprezentacji to też nie lada gratka. Ileż tu zwrotów akcji, jaka dramaturgia! Z ekranu czy desek mogłyby się wręcz sypać iskry, gdy w przerwie w walce o każdy punkt toczyłaby się walka o… zawodniczki. Schodzące ze sceny w gwałtownych emocjach gwiazdy wracałyby znienacka, a wbici w fotele widzowie z drżeniem serc śledziliby trójwymiarowy podręcznik psychologii sportu dla opornych.

Operowego wykorzystania domagają się ubiegłoroczne mistrzostwa świata. Ich widowiskowego rozmachu nie powstydziłby się pewnie i sam Giuseppe Verdi. Aż prosi się, by gotowy scenariusz spektaklu miał swoją premierę na Stadionie Narodowym. Ba, powrót orzełków do światowej czołówki, wreszcie na najwyższe miejsce na podium, mógłby być kandydatem do Oscara lub do repertuaru na Broadway’u!

Jak wygląda biało-czerwony bildungsroman? Przenosimy się do ostatniej dekady minionego stulecia, kiedy juniorzy najpierw zdobywają złoto na mistrzostwach kontynentu, a po roku sięgają po mistrzostwo świata. To na tych turniejach pierwsze międzynarodowe doświadczenie zbierają m.in. Sebastian Świderski, Paweł Zagumny czy Piotr Gruszka. Na sukcesy reprezentacji seniorskiej przyjdzie jednak poczekać jeszcze dekadę, choć kluby z czołowych światowych lig zaczną upominać się o polskich zawodników znacznie wcześniej. W międzyczasie kolejne pokolenie – tu: Michał Winiarski, Mariusz Wlazły czy Marcin Możdżonek – powtórzy osiągnięcie starszych kolegów, ponownie sięgając po złoty krążek MŚ. Połączone złote kadry w 2006 roku, pod wodzą „małego rycerza” Lozano, sprawią, że Polska oszaleje. Przejdą jak burza przez turniej w Japonii, w fazie grupowej nie tracąc ani seta, by ostatecznie ulec tylko potędze brazylijskiej i wrócić ze srebrnym krążkiem.

Od tej chwili każda zmiana szkoleniowca jest szeroko komentowana w mediach. Reprezentacja ma zresztą własnego komentatora, Krzysztofa Ignaczaka, którego amatorskie filmy z życia reprezentacji pod tytułem „Igłą szyte” śledzi kilkadziesiąt tysięcy fanów. Apetyt rośnie w miarę jedzenia – od srebrnych medalistów wszyscy oczekują krążka olimpijskiego. Tymczasem mimo sukcesów w innych imprezach międzynarodowych, Polacy nie zbliżają się do podium ani w Pekinie, ani cztery lata później, w Londynie.

Zniecierpliwieni, zdawałoby się, działacze Polskiego Związku Piłki Siatkowej, ponownie zmieniają sztab szkoleniowy. Ku zaskoczeniu i konsternacji wielu kibiców, trenerem biało- czerwonych zostaje Stephane Antiga. Znany polskim kibicom z rozgrywek PlusLigi przyjmujący obejmuje funkcję… tuż po zakończeniu kariery zawodniczej.

Tu zaczynają się prawdziwe emocje! Nowy trener podgrzewa atmosferę, rezygnując z dotychczas podstawowego gracza, ulubieńca tłumów, Bartosza Kurka. Oliwy do ognia dolewa inny wielki nieobecny, Zbigniew Bartman, otwarcie krytykując nowego selekcjonera. Marketingowcy firmy Monte łapią się za głowę; przygotowano całą kampanię reklamową pod hasłem „kibicuj z Monte”, specjalnie na okres Mistrzostw Świata w Polsce. Twarzą kampanii jest… niepokorny przyjmujący. Co więcej, w międzynarodowej kampanii FIVB promującej siatkówkę, która ruszyła parę miesięcy wcześniej przy okazji Ligi Światowej, wśród wielkich, utytułowanych nazwisk, jedynymi polskimi są właśnie Bartman i Kurek.

Gorąco jest nie tylko w kadrze. Oto Polsat, właściciel praw do transmisji mundialu, podejmuje decyzję o zakodowaniu kanałów. Siatkarskie mistrzostwa za darmo obejrzą jedynie abonenci Cyfrowego Polsatu, inni będą musieli uiścić opłatę w wysokości przynajmniej stu złotych. Miesiąc trwa przepychanka między Polsatem i Telewizją Polską, są oświadczenia, są oskarżenia, pretensje i żal kibiców. Nie pomagają interwencje prezesa PZPS, a plotka niesie, że to sam premier polecił zakodować sygnał. Ostatecznie jednak, gdy biało-czerwoni docierają do finału, sama głowa państwa Polskiego apeluje o udostępnienie transmisji z meczu o złoto. Przyciąga on przed telewizory prawie 10 milionów widzów, nie wspominając o tysiącach, zgromadzonych w specjalnych strefach kibica w całej Polsce.

Antiga wraz z podopiecznymi (w tym odkryciem turnieju – Mateuszem Miką, który zastąpił Bartosza Kurka w takim stylu, że nawet Bartman pokajał się za wcześniejsze słowa) zostają herosami. Selekcjoner, który podbija kibiców szeleszczącymi przyjemnie wypowiedziami w języku polskim, przyznaje, że już czuje się trochę Polakiem. Świętowanie jeszcze się nie kończy, kiedy do historii trafia wątek kryminalny. Prezes PZPS-u zostaje zatrzymany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne w wyniku oskarżenia o łapówkę. Polskie środowisko siatkarskie wstrząśnięte, zwłaszcza po spływających z całego świata opiniach, które podsumowują polski mundial jednym zdaniem: „lepiej zrobić się już nie da”.

Ostatnie ujęcia: delegacja polska przed gremium Europejskiej Konfederacji Piłki Siatkowej stara się o organizację Mistrzostw Europy w 2017 roku. Kandydatów jest kilku, lecz po biało- czerwonej prezentacji zwijają żagle. PZPS świętuje walkowera, ale fotel prezesa pozostaje pusty.

Z polskiej siatkówki tematy można czerpać garściami. Niedawno miałam okazję zachwycić się norweską produkcją pt. Optymistki. Jest to opowieść o kobiecej drużynie siatkarskiej, w której najmłodsza zawodniczka ma lat… 66, najstarszej niewiele brakuje do setki. Panie odbywają co tydzień treningi, lecz od trzech dekad nie miały okazji rozegrania meczu. Postanawiają więc rozegrać spotkanie z męską drużyną swoich rówieśników.

Ile takich historii opowiada się samych każdego tygodnia na skromnych salach gimnastycznych w całej Polsce? Sama dostąpiłam zaszczytu honorowego uczestnictwa w spotkaniach „Ramoli” z mojej rodzinnej miejscowości. Panowie, dwu-, trzy-, nawet czterokrotnie ode mnie starsi, za każdym razem imponowali mi wytrwałością i zaraźliwą, czystą uciechą z gry.

Rodzice małoletnich pociech pewnie dobrze znają szeroki nurt kina familijnego, w którym ogromną rolę w życiu młodego człowieka odgrywa sport i podążanie za gwiazdą ulubionej dyscypliny. Mało ambitne? Nie sądzę!

Każdego dnia tysiące dzieci i młodzieży gromadzi się na treningach, dzieląc radość z odbijania piłki, ucząc się współpracy, zrozumienia dla własnych słabości, zdrowego współzawodnictwa. Przyszli herosi nie muszą pochodzić z ubogich rodzin wielodzietnych, by pisane przez nich scenariusze nadawały się na uhonorowanie Złotą Palmą. Łzy po porażce w mistrzostwach gminy są nie mniej autentyczne niż po potknięciu na olimpiadzie, a wylany pot i zdarzające się kontuzje na drodze do sukcesu w ogólnopolskim turnieju Kinder nie różnią się od tych w Spale – choć w ośrodku przygotowań olimpijskich czuwa sztab fizjoterapeutów, podczas gdy w Dynamo Dudki działa paru anonimowych pasjonatów. Osobiście znam jednego „korczaka”, który swoje pierwsze wypłaty przeznaczał na kupno piłek dla szkolnej drużyny. Po dwóch dekadach żmudnej pracy z niepozornego miasteczka uczynił stolicę młodzieżowej siatkówki, zapewniając oprawę, cytując znane nazwiska z najwyższych szczebli Polskiego Związku, godną Ligi Światowej. Kiedy przedstawiał ofertę organizacji turniejów, inni zwijali żagle. Udało mu się nawet zorganizować wizytę Micheala Jordana światowej siatkówki, Brazylijczyka Gilberto de Godoy Filho, popularnego „Gibę”, i zdobyć sobie jego przyjaźń i uznanie, zresztą z wzajemnością. Czy to nie materiał na kapitalną opowieść?

Na koniec smaczek dla tych, którzy wciąż kręcą nosem i twierdzą, że nic oryginalnego z powyższych wypocin nie wynika, a polska siatkówka nie bardzo jest fotogeniczna. Otóż o polskich kibicach powstał już jeden film dokumentalny, Najlepsi na świecie, który otrzymał w Mediolanie Honorową Girlandę. Ale czy ktoś wpadł na to, jak promować jednocześnie polski dorobek motoryzacyjny z zacięciem sportowym?

Nie dalej jak miesiąc temu trójka młodych ludzi wróciła z wyprawy po Europie pod roboczą nazwą Wole’j'maluch Eurotrip. Wyznaczyli sobie szalony cel: dotrzeć do zachodniego krańca Europy i wrócić, a po drodze w każdej z mijanych stolic (i nie tylko) rozegrać mecz siatkówki plażowej. Zadanie było o tyle karkołomne, że załoga (dwóch siatkarzy i studentka dziennikarstwa) zapakowała się do… kultowego Fiata 126p. Zadanie zostało wykonane, a zachwycona podróżą życia ekipa od chwili powrotu regularnie pojawia się w prasie lokalnej i na gościnnych występach.

Zainteresowani scenarzyści proszeni o kontakt.

Po tych wyjątkowo długich wynurzeniach pozwolę sobie jeszcze na chwilę odpłynąć. Gdyby bowiem znalazł się jakiś potencjalny, ambitny reżyser, z miejsca wyrażam chęć współpracy nad scenariuszem.

Mam nawet początek przemowy oscarowej. „A scenariusz napisałam tym paluszkiem… Brawo ja.”

Ilustracja: Ingo Bernhardt