Odpowiedzialność (za) samobójców.

Autor: Kamil Szymański

 

Nie jest niczym nowym, że nazajutrz po zakończeniu świąt Wielkiejnocy odpływa również nasza chęć do refleksji. Właściwie, ona zanika o tyle, o ile w ogóle miała miejsce. Tym razem jednak, zanim koło zamachowe codziennych prac weźmie górę, ducha człowieka religijnego, a także zainteresowanego obserwatora otacza dreszcz sensacji zawisłej nad nami w postaci osobistego dramatu jednego z najbardziej znanych światu zdrajców i nieco mniej znanych samobójców. Antybohater podwójnie negatywny: za to, co zrobił Bogu, i za to, co uczynił człowiekowi. Ale też przyznać trzeba, że i my nie pozostajemy mu dłużni.Skorzystam z tej okazji, kiedy oczy świata, a przynajmniej jego chrześcijańskiej części, przez moment zwracają się ku Judaszowi, lecz nie zamierzam komentować ani ostatnich doniesień, ani na nowo interpretować historii. Głównym tematem tej refleksji jest odpowiedzialność, i to w podwójnym sensie. Jest jedna odpowiedzialność, która nie pozostawia wątpliwości, jakich czynów dopuścił się oskarżony i jakie konsekwencje obciążają jego sumienie. Śledzenie odpowiedzialności jest w tym przypadku tożsame ze śledzeniem winy. Nie chodzi tu jednak o problem teodycei, nie chodzi tu o ostateczną winę Boga za dokonujące się zło. Byłoby nieroztropnym automatycznie obarczać Stwórcę winą za zdradę i samobójstwo Judasza ani za przewinienia kogokolwiek innego. No więc tego nie mówię. Ale znowu odżywają we mnie gniew i trwoga z powodu jednoznacznego potępienia nieszczęśników, którzy wybrali złą drogę. Czyż nie czujemy się najlepszymi chrześcijanami, największymi z miłosiernych, gdy wybaczamy swoim wrogom nawet najcięższe grzechy… pod jednym wszakże warunkiem, że winy „odpuszczone” za życia będą przyczyną, jeśli nawet nie wiecznego potępienia, to przynajmniej wiecznego „ale”?

Jest więc i druga odpowiedzialność, która sieje wątpliwość, czy aby na pewno oskarżony jest jedyną osobą uprawnioną, przeznaczoną i zdolną do dźwigania tego ciężaru. Bo jeśli tak, to skąd bierze się ekskomunika samobójcy? Gdzie ma swe źródło nienawistna furia przeciw tym, którzy ośmielili się stracić nadzieję? Czyż nie ponieśli dostatecznej kary? Po cóż byłoby przeciągać tę odpowiedzialność poza czas ich życia, gdzie tak czy inaczej nie można już nic zrobić i żadna nowa wina ani żaden nowy wyrok zdarzyć się nie mogą? Jak to możliwe, że jeszcze w 1823 roku w Chelsea miał miejsce oficjalny przypadek bezczeszczenia zwłok samobójcy?

A jednak nie pozostawiamy oskarżonego całkowicie samemu sobie, jakby nie posiadał on duszy na swą wyłączność. Dzieje się tak dlatego, że odpowiedzialność jest więzią, i to nie tylko więzią nakazującą ponoszenie konsekwencji swych czynów, ale również więzią międzyludzką, zdolnością do odpowiadania na czyjeś wezwanie.
Odpowiedzialność jako rodzaj więzi między tym, który odpowiada, a tym, za którego się odpowiada, stoi w jaskrawej sprzeczności ze schizmą, jakiej się dopuszczamy, kiedy odcinamy się – w imieniu stada – od czarnej owcy.

W gruncie rzeczy większą obrazą Judasza wobec Boga było samobójstwo niż zdrada, ponieważ to pierwsze rozumiemy jako ostateczne odrzucenie nadziei. W odwecie za tę tragiczną zuchwałość ludzkość zemściła się na samobójcach, wypędzając ich ze swej wspólnoty. W ten sposób jednak sens odpowiedzialności został wypaczony – jakby dało się przerwać więź łączącą nas z grzesznikiem (i tym samym potwierdzić słuszność jego braku nadziei!), a jednocześnie zachować odpowiedzialność w rozumieniu ponoszenia konsekwencji własnych czynów. Pozostawić odpowiedzialność samobójców, a zapomnieć o odpowiedzialności za samobójców.

I chociaż słyszałem już w życiu nawoływanie do modlitwy za wrogów, to nie jestem sobie w stanie przypomnieć, by ktoś kiedykolwiek modlił się za tych, którzy targnęli się na własne życie. Z drugiej strony, nawet jeśli grzesznik trwać będzie w odrzuceniu Boga, skazując się na potępienie, Chrystus z nim będzie i z nim pozostanie. Toteż uważam, że tak długo, jak długo w świecie chrześcijańskim pozostanie grzech Judasza, tak i chrześcijanie powinni pozostać z Judaszem do końca.