O co (nie) walczymy? Kilka słów o małych protestach w wielkiej sprawie

O co (nie) walczymy? Kilka słów o małych protestach w wielkiej sprawie

(…) Studenci nie usłuchali tego wezwania. W tej sytuacji na dziedziniec uniwersytetu wszedł aktyw robotniczy, zmobilizowany przez kierownictwo warszawskiej organizacji partyjnej. Aktywowi robotniczemu nie udało się przekonać studentów. (…)

Władysław Gomułka o protestach studenckich w marcu 1968 r. w trakcie spotkania z warszawskim aktywem partyjnym. 19 marca 1968 r.

 

Protest? Nie idę. Czy taka postawa nie staje się coraz bardziej standardem? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Polacy są narodem nieustannie demonstrującym. Co rusz przez nasz kraj przetaczają się protesty w różnych sprawach, zwoływane z inicjatywy przeróżnych sił, nie tylko politycznych. Wiele z nich przyciąga tysiące ludzi, reprezentujących nierzadko szeroką gamę środowisk.

Spójrzmy na coroczny warszawski Marsz Niepodległości, mylnie kojarzony wyłącznie z grupami nacjonalistycznymi, w którym w rzeczywistości biorą udział także zwolennicy innych frakcji prawicowych. Ludzi o konserwatywnych poglądach przyciągały także protesty na rzecz przyznania Telewizji Trwam miejsca na multipleksie oraz obchody kolejnych rocznic katastrofy smoleńskiej (w mniejszym stopniu dotyczy to tzw. miesięcznic). Aktywność dostrzec można także na lewicy. Wymienię chociażby Parady Równości oraz Manifę, które nie przyciągają jedynie aktywistów walki o prawa mniejszości seksualnych oraz kobiet.

Szczęśliwie co jakiś czas mamy do czynienia z masowymi manifestacjami przyciągającymi obywateli o różnych poglądach, jakkolwiek nad Wisłą postrzegamy to już w kategoriach fenomenu. W 2012 roku przez wiele polskich miast przetoczyła się fala protestów przeciwko ratyfikacji umowy ACTA, które w dodatku były właściwie inicjatywą oddolną. Zaryzykuję hipotezę, iż ich skuteczność wynikała właśnie z obecności ludzi stojących zazwyczaj naprzeciwko siebie na arenie codziennej polskiej walki politycznej. Podobny wymiar miewają często zgromadzenia zwołane nie w celu wyrażenia zbiorowego sprzeciwu, a jedności. Mowa tu o demonstracjach i uroczystościach związanych z okresami żałoby, głównie po śmierci Jana Pawła II i wydarzeniach z kwietnia 2010 roku.

Jak widać sporo jest w naszym kraju demonstracji dużych, a przekrój ich uczestników bywa różnorodny, co często jest tak naprawdę głównym faktorem wspólnej siły. Sporo jest też małych demonstacji, z których wiele aspiruje jednak do przyciągnięcia bardzo szerokich mas. Wydaje się, że jest to dziś problem przede wszystkim środowisk, mówiąc ogólnie, opozycyjnych względem obecnego rządu. Za przykład niech posłuży styczniowy krakowski protest studencki. Przyciągnął on kilkaset osób… w mieście prawie dwustu tysięcy żaków. To, dlaczego przy dużej akcji promocyjnej, w sprawie bardzo szerokiej listy postulatów w dużym ośrodku przyszła zaprotestować jedynie garstka pozwoli być może zrozumieć przyczyny słabości mobilizacyjnej grup antyrządowych.

Zacznijmy od spraw przyziemnych: niskie temperatury, zanieczyszczenie powietrza i podobne okoliczności raczej nie skłaniają do spędzenia kilku godzin na ulicy nawet w szlachetnej sprawie. Zimowa pora to też czas zbliżającej się sesji i wielu studentów, do których przede wszystkim zwróciły się organizatorki, z przyczyn oczywistych wolało spędzić ten czas w towarzystwie książek i skryptów. Nawet stosunkowo przystępna, późno popołudniowa pora nie mogła w tej sytuacji wiele zdziałać.

Nie bez znaczenia jest też forma organizacji. Mam wrażenie, że inicjatorzy przedobrzyli jeżeli idzie o promocję, która rozpoczęła się prawie miesiąc przed 25-tym stycznia, co wbrew pozorom znacznie osłabiało potencjał mobilizacyjny. Według organizatorek taki, a nie inny sposób przygotowania akcji wynikał ze swoistego centralnego sterowania tą ogólnopolską inicjatywą. Być może właśnie zbyt mała samodzielność lokalnych koordynatorów przyczyniła się do porażki. Miesięczne wyprzedzenie dowodzi jednak, że można było znaleźć inny, być może lepszy termin. Wspomniane wcześniej przykłady manifestacji w sprawie ACTA czy Telewizji Trwam pokazują też, że de facto zabrakło czynnika jednoczącego, konkretnego impulsu, który często przyczynia się do sukcesu takich wydarzeń.  Obszerna lista postulatów nie przyciągnęła ludzi o różnych poglądach. Wręcz przeciwnie – wielu z tych, którzy przyszli na Rynek nie wiedziało przeciwko czemu konkretnie protestuje.

Sam przebieg protestu, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę nieprzewidziane przez nikogo zamieszanie spowodowane przez grupkę prowokatorów, również pozostawia wiele do życzenia. Przychodząc na krakowski Rynek Główny liczyłem na coś innego niż rząd przemawiających wedle uczelnianej hierarchii profesorów, z których każdy mówił głównie o Marcu ’68 i wspomnianej kontrmanifestacji. Odnoszę wrażenie, że nikt nie odważył się odebrać głosu zasłużonym uczonym, zachowującym się jednak bardziej jak w auli wykładowej, niż na wiecowej trybunie. Mówcy studenccy byli raczej dodatkiem.

Oczywiście ,,demonstracyjne niewypały” nie są tylko domeną szeroko rozumianej opozycji. Koniec końców to jednak przeciwnicy rządu powinni przedstawiać większy potencjał. W demokracji, przy braku realnej reprezentacji w parlamencie, jest to jedyna droga wpływania na rządzących. Sukces jej kolejnych inicjatyw zależy w takim samym stopniu od uczestników, co od organizatorów. Za kluczowe uznałbym jednak dwa czynniki: silny impuls i gromadzenie jak najszerszej grupy protestujących, nie tylko zwolenników jednego nurtu.

Nietrudno zauważyć, że to prawicowe protesty i demonstracje cechuje większa skuteczność. Ich efektem jest nie tylko osiągnięcie doraźnych celów, ale i długofalowy wpływ na społeczeństwo, który przekłada się na wyniki kolejnych wyborów. Środowiskom lewicowym i liberalnym najwyraźniej nie pozostaje nic innego, jak po prostu uczyć się od konkurentów sztuki ulicznej mobilizacji zwolenników.

 

Ilustracja: Sean P. Anderson