Niedokończona demokracja

Dwa wydarzenia, o których mieliśmy okazję czytać w prasie w zeszłym tygodniu, zasługują na to, aby postrzegać je w podobnych ramach. Najnowszy Eurobarometr wskazuje, że tylko 13% Polaków jest pewnych tego, iż weźmie udział w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. W Tbilisi trwają wiece opozycji domagającej się ustąpienia prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. Obydwa te wydarzenia możemy potraktować jako symbole różnych faz procesu demokratyzacji. Zarazem jednak obydwa te wydarzenia wskazują na pewne nieuchronne przemiany charakteru współczesnej demokracji.

Niski odsetek Polaków deklarujących chęć wzięcia udziału w najbliższych wyborach do europarlamentu należy postrzegać w szerszej perspektywie. Od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w wielu państwach demokratycznych możemy zaobserwować spadek frekwencji wyborczej. Przykładowo, we Francji frekwencja w wyborach parlamentarnych wynosiła około 80% po II wojnie światowej i w latach pięćdziesiątych, by spaść do poziomu 60% w pierwszej dekadzie XXI wieku. Podobnie udział obywateli w wyborach kształtował się w Wielkiej Brytanii. Również w państwach, które tradycyjnie odnotowywały wysoką frekwencję, ulega ona niekorzystnym tendencjom. We Włoszech jeszcze do początku lat dziewięćdziesiątych frekwencja w wyborach parlamentarnych wynosiła ponad 90%. W wyborach w 2008 roku spadła natomiast pierwszy raz do poziomu 80%. W przypadku austriackich wyborów parlamentarnych możemy zaobserwować dosyć systematyczny spadek frekwencji z poziomu niemal 90% w latach pięćdziesiątych do 75% w 2008 roku. Odrębną kwestią jest fakt, że w wyborach do europarlamentu nigdy nie udało się ponownie zbliżyć do rekordowej frekwencji z 1979 roku (66%), gdy wybory te odbywały się po raz pierwszy.

Przypomnijmy, że w 2003 roku w Gruzji miała miejsce tzw. rewolucja róż, która obaliła prezydenta Eduarda Szewardnadze i wyniosła do władzy Micheila Saakaszwilego, przywódcę zwolenników demokratycznych zmian. Obecnie jednak to Szewardnadze w imię demokracji doradza Saakaszwilemu ustąpienie ze stanowiska prezydenta. Od zeszłego tygodnia odbywają się bowiem w stolicy Gruzji wiece domagające się ustąpienia obecnego prezydenta. 9 kwietnia w demonstracjach wzięło udział aż 60 tysięcy osób. Jest to reakcja między innymi na aresztowanie w marcu ośmiu opozycjonistów, którym postawiono zarzut przygotowywania zamachu stanu.

Sytuacja w Gruzji jest odmienna, niż sytuacja Polski na początku lat dziewięćdziesiątych. Z pewnością trudno byłoby również porównywać Lecha Wałęsę i Micheila Saakaszwilego. Niemniej, warto w tym miejscu przypomnieć, że również wobec demokracji w Polsce wysuwano wówczas obawy w Europie Zachodniej z powodu rzekomych autorytarnych skłonności Lecha Wałęsy.

Nie piszę o tym, aby rozgrzeszać prezydenta Gruzji, czy bagatelizować postulaty gruzińskiej opozycji. Nieprzypadkowo dosyć powszechne są oskarżenia elit rządzących o zapędy autorytarne w krajach, w których demokracja została wprowadzona w wyniku przetargów politycznych i w których reguły demokratycznej gry są dopiero ustalane. Nieprzypadkowo też w krajach, w których demokratyczne reformy się powiodły, obywatele odczuwają zniechęcenie wobec polityki i rezygnują z aktywnego obywatelstwa, tak jak to ma miejsce w Polsce. Wydaje się, że następstwem gorącej fazy procesu demokratyzacji bywa faza chłodna. W pierwszej fazie zagrożenie stanowi wykorzystywanie oprócz instytucjonalnych form uprawiania polityki, również – form pozainstytucjonalnych. W drugiej fazie zagrożenie stanowi niedostateczne wykorzystywanie zarówno instytucjonalnych, jak i pozainstytucjonalnych form. W obydwu zagrożone są niedostatecznie umocnione reguły demokratycznej gry. Co ważne – i zarazem nowe – coraz mniej uzasadnione wydają się być oczekiwania, że po gorącej i chłodnej fazie nastąpi faza letnia. Nie powinniśmy się spodziewać, że po dłuższym lub krótszym okresie przejściowym pojawi się w Polsce frekwencja wyborcza taka, jak w krajach Europy Zachodniej w latach pięćdziesiątych. Niekoniecznie musi to oznaczać, że będzie miał miejsce w naszym kraju dalszy spadek aktywności obywatelskiej. Być może osiągnęliśmy już niziny zaangażowania obywateli i w przyszłości możemy się spodziewać raczej stabilizacji lub wzrostu. Jeśli jednak nastąpi wzrost, będzie on najprawdopodobniej nieznaczny.

Stan demokracji w Gruzji i w Polsce uczy nas, że ludzie wychodzą na ulice nie po to, aby aktywnie włączać się w podejmowanie konkretnych decyzji politycznych, nie z republikańskiej potrzeby zamanifestowania swego obywatelstwa, ale wyłącznie w tym celu, aby później móc siedzieć w domu. Procesy demokratyczne we współczesnym świecie w większym stopniu są napędzane chęcią obrony przed wścibską władzę, niż chęcią korekty nieudolnej polityki danego rządu. Podstawowym kryterium przy ocenie polityki danego państwa staje się nie skuteczność tej polityki, ale pytanie, czy nie narusza ona naszej sfery wolności. Demokrację kochamy dziś nie tyle dlatego, że umożliwia nam ona wywieranie wpływu na rządzących, ale głównie z tego powodu, że uwalnia nas ona spod wpływu rządzących.

Nie powinniśmy jednak popadać w tęsknotę za utraconą złotą epoką. Być może – zamiast narzekać na brak dawnych cnót obywatelskich – powinniśmy się zastanowić nad tym, jak możemy dopasować nasze systemy polityczne do zmieniających się społeczeństw.

 

http://www.rp.pl/artykul/289565.html

http://wyborcza.pl/1,86694,6494627,Gruzinska_opozycja_wciaz_demonstruje.html

http://wyborcza.pl/1,86694,6490052,Gruzinska_opozycja_nie_ustepuje.html

http://wyborcza.pl/1,86694,6426008,Gruzinskie_wladze_aresztuja_opozycjonistow.html

http://wyborcza.pl/1,86694,6451540,Szewardnadze_radzi_Saakaszwilemu_dymisje.html

http://ec.europa.eu/public_opinion/archives/ebs/ebs_303_en.pdf

http://www.idea.int/vt/

http://www.freedomhouse.org