Neturystyka

Neturystyka

Na turystów zastawionych jest wiele pułapek. Od zamieszania w lokalne konflikty, aktów terrorystycznych i kieszonkowców, przez niestałość walut, zawodność komunikacji werbalnej i mobilnej, po niesprawdzone prognozy pogody i zbytnią ufność we własne możliwości.

Mili Państwo, znalazłam rozwiązanie. Neturystyka.

Objazdowe wycieczki. To hasło powoduje, że cierpnie mi skóra, a czoło zrasza zimny pot. Godziny w autobusie bez możliwości rozprostowania nóg. Pędzenie od punktu do punktu, w dodatku zgodnie z cyrografem, który samemu się podpisało. I ten owczy pęd w grupie, grupie jednej z wielu – rozwrzeszczanej młodzieży, zaczepnych studentów, znudzonych nowobogackich i grymaszących emerytów.

Kiedy wreszcie nadchodzi długo wyczekiwana przerwa, a pilot znika jak za dotknięciem różdżki, wcale nie jest lepiej. Nieznajomość języka sprawia, że zamiast oczekiwanej wołowiny pod nos wjeżdża talerz smażonej szarańczy. Pechowcom zagubionym w bardziej egzotycznych warunkach dojście do miejsca zbiórki na pewno zatarasuje otoczona nimbem lama tudzież indyjska Milka. Niedoinformowani chłodzenie stóp zakończą spotkaniem pierwszego stopnia z lokalną fauną. Dobrze, jeśli będzie to tylko upierdliwa kolczatka.

Wreszcie, całe zamieszanie w kolejkach po EKUZ-y, wizy i szczepienia. Bagaże, nadbagaże, a w razie kontroli celnej – nawet międzybagaże. I ich ewentualne poszukiwanie na lotniskach Europy czy świata.

Zdecydowanie, turystyka jest sportem ekstremalnym, wymagającym specjalistycznego sprzętu. I nie mówię tu tylko o wyprawach górskich czy podążaniu za przewodnikiem z zalewającym oczy potem. Ile sił angażuje dotarcie do plaży i znalezienie sobie miejsca przekonać się mogli tegoroczni uczestnicy pierwszego ogólnobałtyckiego turnieju w parawaningu kreatywnym.

Oczywiście, mistrzowie extreme-tourismu nie zamieniliby wyrastających przeszkód na komfortowe ułatwienia. Czy jednak nie istnieje sposób, aby amatorzy wdrożyli się w dyscyplinę rekreacyjnie i bezboleśnie?

Dzisiejsza technika oferuje przecież gotowe rozwiązania, które ponadto mogłyby rozwiązać palące branżowe problemy. Zapewniłyby pracę na nowopowstałych stanowiskach. Pogodziłyby interesy Zielonych, archeologów i biur podróży, obniżając alarmujące zadeptywanie zabytków klasy zero przez przygodnych laików. Doprowadziłyby też do obniżenia liczby nieszczęśliwych wypadków na niebezpiecznych szlakach, jednocześnie umożliwiając podjęcie wyzwania osobom mniej sprawnym fizycznie.

Do czego zmierzam? Otóż, od lat niedobory słoneczno-termiczne uzupełniają solaria i sauny wielorakiej maści. Smaków Wschodu spróbować można na ulicach Zachodu i odwrotnie, a w wersji kosmicznej (tubki i proszki) – nawet bez wychodzenia z domu. Technika high-definition, przekaz więcej niż trójwymiarowy, rosnąca jakość materiałów dźwiękowych i oplecenie globu siecią interaktywną, dzięki której niemal możemy zajrzeć do garnka sąsiadowi, siedząc przy biurku w pracy – wszystko to sprawia, że realia Matrixa zdają się być mocno przestarzałe.

Tylko co z tym wszystkim wspólnego ma turystyka? Haha, właśnie! Skoro już teraz przeciętny użytkownik telewizji satelitarnej oglądając safari na kanale National Geographic przy drobnym wysiłku nie tylko czuje oddech polującego lwa na karku, ale prawie wchodzi w dyskusję z towarzyszącą Krystyną Czubówną, czemu nie wykorzystać tego w zwiedzaniu rekreacyjnym?

Proszę sobie wyobrazić. Klient trafia do biura. Zawsze marzył o wejściu na Kilimandżaro albo zobaczeniu piramid w Gizie. Z różnych względów obawia się jednak podróży: słaba kondycja, klątwa Tutenchamona czy zwyczajnie niska tolerancja mas ludzkich. Zainteresowany otrzymuje rodzaj videohełmofonu i na określony przez siebie czas wynajmuje w pełni skomputeryzowane pomieszczenie.

Za pomocą szeregu urządzeń łączy się w czasie rzeczywistym ze swoim osobistym przewodnikiem. Klienta w wybranym miejscu reprezentuje robot, rodzaj geminoida autorstwa Hiroshi Ishiguro. Dzięki niemu klient nie musi podążać za wzrokiem przewodnika, bowiem robot reaguje na każdy gest, wykonany przez osobę w pomieszczeniu – wyciągnięcie ręki, obrót głowy, zatrzymanie się, by kontemplować widok…

W tym czasie technik dba o zapewnienie atmosfery. Lampy odpowiadają natężeniu promieni słonecznych, urządzenia termiczne regulują wilgotność i temperaturę, a mieszanki aromatów imitują charakterystyczną dla danej szerokości geograficznej florę. Z kolei dźwięk nie musi być podrabiany, klient słyszy bowiem to, co jego przewodnik. Za odpowiednią dopłatą może nawet wykupić usługę tłumacza symultanicznego – nigdy więcej złośliwych a niezrozumiałych uwag lokalnych! A pamiątkowe zdjęcia z zabytkami w tle? Pstryk! chwila pracy grafika i po chwili budzimy zazdrość znajomych na Facebooku. Kuchnia? Nic prostszego! Biuro zatrudniłoby specjalistów z gwiazdkami Michelin. Prowadzony przez przewodnika klient zasiadłby w restauracji nad Loarą czy w cieniu Akropolu, wybierając pozycję z menu. Ciesząc się widokiem, wkrótce otrzymałby lokalny specjał, w rzeczywistości znajdując się kilkanaście ulic od domu. Oczywiście, konstrukcja hełmofonu musiałaby uwzględniać konsumpcję – ale co to dla dzisiejszej technologii.

Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że testy prototypowych pomieszeń powinny odbywać się w cztero- i pięciogwiazdkowych hotelach, najlepiej w krajach „ciepłych” i „egzotycznych”.

Tam odpoczywający i tak rzadko opuszczają granice, wyznaczone przez basen, klimatyzowany pokój i bufet. Zmiana oferty fakultatywnych wycieczek z aktywnej na bierną mogłaby przypaść im do gustu.

 Ilustracja: Dmitry Ryzhkov