Nazwać rzeczy po imieniu.

Autor: Łukasz Grzesiczak

 

Przestańmy czytać gazety codzienne, słuchać i oglądać programy informacyjno-publicystyczne w całości opisujące i komentujące rzeczywistość polityczną, która już dawno rozminęła się z naszą (czy naprawdę jakiekolwiek znaczenia ma, czy Lepper w 2003 roku obraził Kaczyńskiego 5 czy 6 razy?). Przerzućmy się na Le Monde Diplomatique, Przegląd Polityczny, Topos, czy Pogranicza. Wróćmy do Tocqueville’a, Burke’a. Locke’a i Rafała Hytlodeusza. Skupmy się na tworzeniu „drugiej kultury” – władza nie zdoła wyeksmitować wszystkich nowych Le Madame. Niech Internet spełni funkcję samizdatu. Póki jeszcze przy ubieganiu się o naukowe stypendia nie wymagane są zaświadczenia z odbycia „pierwszych piątków miesiąca”, składajmy swoje aplikacje. Nade wszystko aktywnie angażujmy się w działanie trzeciego sektora.Mieliście ostatnio w rękach jakąś gazetę, słuchaliście radio, a może oglądaliście jakiś program publicystyczny, czy informacyjny? Pewnie tak, więc wiecie już na pewno, że według naprędce przeprowadzonego przez Gazetę Wyborczą sondażu (Źle, że Giertych. Źle, że Lepper, Gazeta Wyborcza, 6-7 maja 2006) 64% Polaków nie jest zadowolonych ze stanowiska wicepremiera dla Andrzeja Leppera, a 63% z tytułu wicepremiera dla Romana Giertycha. Gazety belgijskie, niemieckie, a nawet rosyjskie nie pozostawiły na naszym nowym rządzie suchej nitki. Tomasz Lis najbardziej jednak boi się lektury prasy amerykańskiej. Na szczęście jednak – jak przyznał w piątkowym Poranku Radia Tok FM – te przychodzą do niego dopiero w poniedziałek. Całe szczęście – weekend będzie miał wolny. Tego szczęścia nie miała pozostała rzesza publicystów, oni analiz wygłosić musieli setki.

Odnoszę nieodparte wrażenie, że od kilku tygodni żyjemy w, bliżej nie zrozumiałym dla mnie, stanie powszechnego politycznego podniecenia. Dziennikarze ścigają się w odnajdywaniu, co dzisiejsi koalicjanci nieprzychylnego mówili o sobie w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Komentatorzy elokwentnie znajdują kolejne wewnętrzne sprzeczności w programach każdej z partii tworzących nowy rząd. Dziennikarze śledczy szukają nowych politycznych afer w Samoobronie, przy okazji wpadając na trop, iż jeden z nowych ministrów w przeszłości był stanie oddać swe życie za pewną piłkarską drużynę z Łodzi. Czy jeździł na „ustawki”, czy palił szaliki drużyn warszawskich – to pewnie pytania, które stawia sobie dziś każdy z polskich dziennikarzy politycznych. Tak jakby ukazanie 105. niekonsekwencji w postępowaniu każdego z nowych koalicjantów, kolejnej afery, kolejnego przypadku niekompetencji i politycznego chamstwa miało jakiekolwiek znaczenie.

Chyba nigdy dotąd tak mało od nas nie zależało. Ukazywanie słabości układu, w jaki weszły rządowe partie, brak kompetencji ministrów, wątpliwa przeszłość polityków, nijakie wykształcenie – racjonalne argumenty nie mają jakiegokolwiek znaczenia. Paradoksalnie jakakolwiek próba racjonalnej krytyki tego rządowego układu wzmacnia tylko koalicjantów w ich przekonaniu o życiowej misji, jaką mają do zrealizowania. Ideologia ma – już dawno opisaną – właściwość, iż potrafi się wydzielić się z rzeczywistości i stworzyć alternatywną rzeczywistość. W niej właśnie nasi rządzący teraz przebywają i jakakolwiek próba jej zrozumienia sprawia, że nadajemy jej status pierwszeństwa wobec rzeczywistości, która nas wszystkich (poza nimi) otacza.

Helena Łuczywo w komentarzu w Gazecie Wyborczej (Dajmy im czerwoną kartkę, Gazeta Wyborcza, 6-7 maja 2006) proponuje byśmy „egzotycznej koalicji pokazali czerwoną kartkę”. Należy tego dokonać w następnych wyborach (na pierwszy ogień mają pójść jesienne wybory samorządowe). Tylko jaka w obecnej sytuacji może być alternatywa? Mało prawdopodobne samodzielne rządy partii, do której należą Paweł Śpiewak i Jarosław Gowin (ideowy kolega Ryszarda Legutko), Donald Tusk i Jan Rokita (którego Kaczyńscy mile w PiS widzieli). Koalicja SLD – PO, o której braku szansy istnienia mówili zainteresowani politycy na długo przed tym, gdy nawet taki pomysł głośno spróbowano wyartykułować, a w którą nikt poza Ireneuszem Krzemińskim chyba na poważnie nie wierzy.
Może alternatywą ma być Centrolew – SLD z Zielonymi, którzy w kolejnych wyborach zdobędą 231 głosów w Sejmie? Możliwe, że brak mi wyobraźni i znajomości reguł rządzących w świecie polityki, ale nie potrafię opisać pozytywnej alternatywy dla dzisiejszego układu rządzącego. A to dlatego, że – pozwolę postawić sobie może ryzykowną tezę – nie tylko owa koalicja jest patologiczna, ale i patologiczna jest cała dzisiejsza scena polityczna.

Czeski dysydent Václav Benda pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku zaproponował, jako formę sprzeciwu wobec ówczesnej władzy, działanie polityczne, które polegało na tworzeniu równoległych do oficjalnych przestrzeni życia społeczno-politycznego („równoległych polis”). Czasem polegało to tylko na wykorzystywaniu dla własnych celów działających już struktur. Dla Bendy najważniejsze były m.in. równoległe: kultura, informacja, polityka, ekonomia. Wiem, że czasy nieporównywalne i porównanie dzisiejszej Polski do PRL-u to mocne nadużycie, ale może warto byłoby wykorzystać dawno sformułowany pomysł.

Przestańmy czytać gazety codzienne, słuchać i oglądać programy informacyjno-publicystyczne w całości opisujące i komentujące rzeczywistość polityczną, która już dawno rozminęła się z naszą (czy naprawdę jakiekolwiek znaczenia ma, czy Lepper w 2003 roku obraził Kaczyńskiego 5 czy 6 razy?). Przerzućmy się na Le Monde Diplomatique, Przegląd Polityczny, Topos, czy Pogranicza. Wróćmy do Tocqueville’a, Burke’a. Locke’a i Rafała Hytlodeusza. Skupmy się na tworzeniu „drugiej kultury” – władza nie zdoła wyeksmitować wszystkich nowych Le Madame. Niech Internet spełni funkcję samizdatu. Póki jeszcze przy ubieganiu się o naukowe stypendia nie wymagane są zaświadczenia z odbycia „pierwszych piątków miesiąca”, składajmy swoje aplikacje. Nade wszystko aktywnie angażujmy się w działanie trzeciego sektora.

Jedyne, co możemy zrobić, by zmienić obecną sytuację polityczną, to przeczekać. Może to mało. Jacek Podsiadło pytał kiedyś – „dlaczego skurwielami nie nazywałeś skurwieli?”. Jedyne co nam pozostało, to nazwać rzeczy po imieniu i nie dać się przekonać, że rzeczywistość, w której żyją nasi politycy, jest i naszą rzeczywistością.