Naukowiec na godziny zlecone

Naukowiec na godziny zlecone

Czy naukowiec na godziny zlecone, to wciąż jeszcze naukowiec? Nie zawsze lata zainwestowane w pracę naukową i uzyskanie stopnia pozwalają na dalszy rozwój i rozwinięcie skrzydeł. Często tak zwana kariera zawiesza się na poziomie umowy cywilnoprawnej i pozostaje na nim przez kolejne lata. Zapłata za pracę na podstawie takiej umowy obejmuje jedynie przeprowadzenie określonej liczby zajęć z konkretnego, przydzielonego przedmiotu.

Na początku każdego kolejnego roku akademickiego, kiedy jestem zobowiązana do wykazania się osiągnięciami zgodnie z wzorami formularzy obowiązującymi wszystkich pracowników merytorycznych, zastanawiam się: na jakiej podstawie? Kompletnie nie rozumiem czemu ma służyć porównywanie osiągnięć pracownika etatowego i zatrudnionego na umowę zlecenie w zakresie:  ilości publikacji, udziału w konferencjach, uzyskanych grantów, recenzji naukowych, opieki nad dyplomantami, zaangażowania w życie uczelni, pełnionych funkcji… . Nigdy nie otrzymałam feedbacku takiego sprawozdania, być może nikt go tak naprawdę nie analizuje. Wymaga się ode mnie osiągnięć, nie udostępniając żadnych narzędzi do tego celu. Umowa cywilnoprawna nie daje bowiem możliwości ubiegania się o środki na badania naukowe, którymi dysponuje uczelnia. Oczywiście można poświęcać własny czas i własne środki, ale prędzej czy później, przy utrzymującej się przez kolejne lata tej formie współpracy, przychodzi refleksja, że zamiast przeznaczać czas na przygotowanie artykułów i kolejne kilkaset złotych z własnej kieszeni na pokrycie kosztów udziału  w konferencji, raczej zdecyduję się na pracę nad kolejnym zleceniem, które pomoże mi związać koniec z końcem.

Wobec tak dużej liczby osób zatrudnionych na uczelniach w ramach umów cywilnoprawnych, dziwi brak odpowiednich regulacji, choćby w kwestii tak prozaicznej i, wydawałoby się, prostej, jak sprawozdawczość. Nie mówiąc o jakichkolwiek formach wsparcia, programach rządowych, czy ministerialnych dla naukowców bez umowy o pracę, szczególnie po ukończeniu 35 roku życia. Taki pracownik merytoryczny bez etatu to zombie, byt zawieszony w zawodowej próżni.

Nadzieja umiera ostatnia. Ale będąc jednak nawet skrajnym optymistą, w pewnym momencie naukowiec, który jakimś cudem zdobył godziny zlecone (bo zdaję sobie sprawę, że to też nie jest takie proste) i regularnie odpowiada na oferty pracy, musi pogodzić się z przykrym faktem. A fakt jest taki, że zdecydowanie większa część ogłaszanych na stronie ministerstwa i na stronach uczelni konkursów na stanowiska to jedynie efekt wymogu formalnego nałożonego na uczelnie publiczne, a nie sygnał świadczący o realnie istniejącym wolnym wakacie. Ogłoszenia pisane są pod konkretne osoby, nierzadko pod te, które już wiele lat pracują na danej uczelni (a nawet zajmują stanowiska kierowników zakładów, instytutów (!)) i co jakiś czas muszą kolejny raz oficjalnie brać udział w konkursie, żeby kontynuować swoje kursy i aktywność dydaktyczno-naukową.

To patologia, o której nie mówi się głośno. System, o którego istnieniu wiedzą wszyscy zainteresowani, ale publicznie raczej milczą, a prywatnie smutno kiwają głowami. Milczą,  bo albo ich to bezpośrednio nie dotyczy, albo boją się utracić swoje status quo, albo mają nadzieję na (już już prawie) wskoczenie na etat. Albo po prostu jeszcze zbyt krótko wysupłują ostatnie stówki na konferencje i w dobrej wierze wysyłają odpowiedzi na ogłoszenia o konkursach.

System szkolnictwa wyższego w Polsce  niewątpliwie ma swoje problemy: grantoza, punktoza, papierologia, obniżenie jakości kształcenia, będące efektem edukacji na wcześniejszych poziomach (Pisałam o tym: http://wegetarianieicyklisci.blogspot.com/2016/01/klienci-gimnazjow-klienci-technikow.html). Ale to wszystko dzieje się ponad magiczną, grubą linią oddzielającą pracę na etacie, od całej reszty zobowiązań czynionych na rzecz uczelni w ramach umowy cywilnoprawnej.

A może niezrozumiałe milczenie w tej kwestii wynika z poczucia wstydu do przyznania się, że mi się nie udało? Jak powszechnie wiadomo, zgodnie z logiką systemu neoliberalnego, który obowiązuje i u nas, winny jest zawsze ów nieudacznik. Ważna jest przede wszystkim skuteczność, a cel uświęca środki. Przetrwają najsilniejsi. A jednak mimo wszystko trochę zaskakuje i trochę smuci, że to prawo natury obowiązuje również w (polskiej) nauce.

PS. Punktem wyjścia dla całej tej refleksji jest przetaczająca się w mediach dyskusja na temat zachęty do posiadania potomstwa w postaci programu „Rodzina 500 plus”. Zdecydowanie zgadzam się z opiniami, że lepszą zachętą byłby sensowny system zabezpieczeń socjalnych. Dotyczy to oczywiście wszystkich sektorów, nie tylko nauki. Problemem jest brak systemowych rozwiązań w obliczu tak ogromnej liczby osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych. Darowane 500 złotych na drugie i kolejne dziecko to zwykły populizm. I jak każdy populizm, niestety skuteczny.

Ilustracja: Giulia Forsythe

 

Tekst pierwotnie ukazał na blogu http://wegetarianieicyklisci.blogspot.com/