Na Warszawę!

Autor: Bartłomiej Baryła

 

Populistycznie można wygrywać kampanie. W debacie wyborczej można obiecać wszystkim wszystko i nie ma to żadnych konsekwencji. No chyba, że naobiecywało się za dużo i przychodzi dzień realizacji obietnic. Kiedy partia wygrywa i przychodzi jej rządzić, odkrywa, jeśli jeszcze nie wiedziała, że budżet to nie dzban wina, a polityk to nie cudotwórca. Dobrze, że w rządzie znaleźli się ludzie z wyrokami, ksenofobi, sympatycy KPCh i wielomilionowi dłużnicy. Wytrąca im to z ust argument mantrę: My jeszcze nie rządziliśmy. Kiedy już porządzą będzie można ich rozliczyć jak wszystkich innych.Elektorat jest głupi i wmówić mu można wszystko. To, że jesteśmy okradani przez UE, wykorzystywani przez lobby żydowskie w Waszyngtonie, Niemcy czyhają na naszą ziemię. Mam nadzieję, że teraz, gdy ludzie, którzy u władzy mają dostęp do najlepszych możliwych danych i do największych polskich ekspertów będą mogli wreszcie udowodnić jak bardzo byliśmy zaślepieni i jak mało brakowało do unicestwienia narodu polskiego. Jeśli im się to uda wszyscy niedowiarkowie, czyli głównie łże-elita i lumpen-studenci powinni wybrać dobrowolną emigrację do, nienawidzącej Polski, Europy. Jeśli im się to nie uda miejmy nadzieję, że zamilkną na wieki i osiądą gdzieś w WNP. Elektorat jest głupi, ale pamiętliwy. Nie da się oszukać dwa razy.

Nie podzielam obaw jakoby nowa koalicja stanowiła zagrożenie dla demokracji. Pierwszym krokiem każdego autorytarnego rządu powinno być zlikwidowanie wolności słowa. Nic takiego nie ma miejsca i nie sądzę by mogło nastąpić. Wprost przeciwnie. Rząd ten jest inspiracją do zachowań demokratycznych. Wielotysięczne marsze studentów razem z uczniami, pielęgniarek i lekarzy to żółta kartka od społeczeństwa. Marsze na Warszawę podnoszą na duchu, bo oznaczają, że ludzie nie są obojętni na swój los. Rozumieją, że państwo to oni. Lud jest suwerenem i ma prawo wygłaszać swoje opinie publicznie. Takie demonstracje pokazują, że demokracja na dobre zagościła w naszej naturze.

Postulaty studentów, którzy wstydzą się za ludzi z wyrokami i nacjonalistów w roli nauczycieli są słuszne i trudno ich nie poprzeć. Postulaty podwyżek dla lekarzy, którzy po 6 latach studiów i latach praktyk oraz specjalizacji zarabiają mniej niż sekretarki i kierowcy ministerialnych urzędników są słuszne, ale czy marsz na Warszawę jest najskuteczniejszym sposobem rozwiązania tego problemu?

W budżecie musi panować równowaga. By komuś dać trzeba komuś zabrać. Czekam na polityka, który wyszedłby do nich i udowodnił, że jeśli da jednym to zabierze ich żonom, mężom, dzieciom i dziadkom. Lud ma prawo się domagać, władza ma obowiązek skarg wysłuchać i naprawić problem w ramach obowiązujących warunków. Ciąć nieefektywne wydatki NFZ i z oszczędności nagradzać godziwym wynagrodzeniem pracowników służby zdrowia. Zamiast tego do wzburzonych ludzi wychodzi premier obiecując kolejne mizerne podwyżki odsuwające tylko problem. Po nich przyjdą następni. Nie ma znaczenia czy rząd kłamie czy zamierza dotrzymać umowy. Ulega presji protestujących. Marsz na Warszawę jest dla nich aktem rozpaczy ludzi, których nikt nie wysłuchał. Lekarze mają prawo domagać się podwyżek, na które zasługują, ale rząd ma obowiązek załagodzić lub rozwiązać problem przez ministerstwo zdrowia lub ministerstwo pracy w trakcie debat z lekarzami, pielęgniarkami i pacjentami. Tego oczekuję – jako wyborca. Kiedy konflikt staje się publiczny, a rząd ustępuje to daje sygnał wszystkim niezadowolonym: Niczego inaczej nie załatwicie! Idźcie na Warszawę!

PS. Prezydent kolejny raz wykorzystał przywilej zwrócenia się do całego narodu za pomocą ogólnopolskiej telewizji aby zbesztać Platformę Obywatelską. Trzeba podziwiać rządzący obóz za konsekwencję w tropieniu nieprzychylnych Polsce sił.