Marsze równości w Polsce. Niska partycypacja - wysoka skuteczność

Marsze równości w Polsce. Niska partycypacja – wysoka skuteczność

Idea ogólnoświatowych demonstracji osób LGBT ma związek z wydarzeniami Stonewall i ich konsekwencjami. Do dziś w rocznicę tego wydarzenia w Stanach Zjednoczonych (ale także i innych miejscach na świecie) obchodzony jest Chritopher Street Day na pamiątkę pierwszego zrywu przeciwko dyskryminacji mniejszości seksualnych. Postulaty środowisk gejowsko-lesbijskich, są w zasadzie zawsze identyczne, i w zasadzie, można je uogólnić do pragnienia całkowitego zrównania praw osób o orientacji heteroseksualnej z prawami osób LGBT. Idea polskich Marszów/Parad Równości/Tolerancji, ma niewątpliwe związek z II falą polskiego ruchu emancypacji mniejszości seksualnych. Rozpoczęła się ona w 2001 roku, kiedy ruch LGBT rozpoczął aktywnie partycypować w sferze publicznej – głównie za sprawą powstania Kampanii Przeciw Homofobii – najpotężniejszej i najliczniejszej obecnie organizacji pozarządowej, walczącej o prawa homo-, bi- i transseksualistów/tek.

Pierwsza kampania zorganizowana w ramach ruchu LGBT w Polsce, Niech nas zobaczą spotkała się z niewyobrażalną krytyką ze strony prawicowych mediów, polityków/polityczek i Kościoła Katolickiego. Bilbordy i plakaty rozwieszane w wielu miastach w Polsce, przedstawiały dwóch mężczyzn lub dwie kobiety, uśmiechniętych i trzymających się za ręce – trudno tu więc mówić o kontrowersji. Owe ostre reakcje (mimo, że rzecz jasna nie powinny mieć miejsca), można jednakże uzasadnić pewnego rodzaju prekursorstwem owej kampanii – nigdy wcześniej w Polsce, nie została tak wyraźnie i na tak dużą skalę pokazana mniejszość homoseksualna. Do tej pory – temat ten stanowił pewnego rodzaju tabu – które zostało przełamane. Pierwsze Marsze równości odbyły się w 2004 roku; w Krakowie, spotkały się z niewyobrażalnymi dla organizatorów i organizatorek konsekwencjami – agresja przeciwników Marszu dotknęła wszystkich uczestników i uczestniczek; policja zaś, była zupełnie nie przygotowana na tego typu reakcję społeczeństwa – nie była wstanie należycie obronić manifestantów i manifestantek. Agresja oponentów stała się namacalna na wielką skalę a kolejne tego typu wydarzenia, były przygotowywane z dużo większą ostrożnością.

W ubiegłorocznym krakowskim Marszu Równości, który odbywał się w ramach festiwalu Queerowy Maj, wzięło udział około czterystu – pięciuset uczestników i uczestniczek [1]. Miał on miejsce 21 maja 2011 roku na Placu Wolnica, skąd, po rozpoczynających go przemówieniach działaczy i działaczek, w rytmie bębnów, udał się na rynek. Marsz przypominał radosny festyn – dobrą zabawę nie znających się ludzi, którzy spotkali się w określonym miejscu o określonym czasie, by wspólnie – tańcząc, krzycząc, czy idąc z transparentami – poczuć jedność i zamanifestować swoje popracie dla postulatów ruchu; ludzie uczestniczący zaś, nie zachowywali się w sposób, który mógłby być dla kogokolwiek uciążliwy. Dziwi zatem, kolejna i co roku powtarzająca się „kontrdemonstracja” kilkudziesięciu osób, głównie białych mężczyzn przynależących do Obozu Narodowo – Radykalnego, wykrzykujących pod adresem manifestantów i manifestantek obraźliwe hasła. Po rozpędzeniu demonstracji ONR-u, doszło do pewnych incydentów w wyniku których jeden z uczestników Marszu Równości trafił do szpitala: „Wiele osób zostało sfotografowanych, obrzuconych wyzwiskami, zagradzano im drogę, w końcu zaatakowanych fizycznie. Obiektem tego zachowania ze strony wspomnianych kontrdemonstrantów byli faktyczni lub domniemani organizatorzy i organizatorki festiwalu i marszu, a celem zastraszenie i w kilku przypadkach także napaść fizyczna. Wszystkim tak zaatakowanym grupkom osób wracających z Marszu, kolejni policjanci odmawiali interwencji oraz ochrony (…)grupę około 10 osób goniono, wyzywano z użyciem gróźb karalnych, obrzucono jajkami i kamieniami, a dwie osoby zostały pobite. Jedna osoba trafiła do szpitala” [2].

W świetle opisanych powyżej wydarzeń, nie ulega wątpliwości, skąd bierze się tak niska partycypacja w Marszach Równości. Jednakże, nie można uogólniać problemu tylko i wyłącznie wskazując na zagadnienie agresji. Według raportu Tęczowe rodziny w Polsce, w kraju żyje około dwóch milionów gejów i lesbijek [3] – przyglądając się natomiast rozmaitym Paradom Równości dochodzimy do wniosku, iż uczestniczy w nich zaledwie niewielki odsetek osób LGB. Olbrzymim problemem w Polsce wydaje się również to, że osoby nieheteroseksualne nie utożsamiają się ruchem gejowsko-lesbijskim, sprzeciwiając się jego sposobom działania na rzecz emancypacji, uważając go prawdopodobnie za nazbyt nowoczesny, zachodni i nie przystosowany do warunków polskich.

Jedną z najpoważniejszych przyczyn takiego stanu rzeczy, jest przede wszystkim pół wieku komunizmu – w trakcie którego homoseksualność praktycznie nie istniała. Z powodu braku dyskursu w okresie PRL-u, wiele starszych osób nieheteroseksualnych – wychowujących się w tymże okresie – do dziś pozostaje bądź to w ukryciu nie chcąc się ujawnić, bądź też, mimo dokonanego coming out’u, nie chcą angażować się w ruch, bojąc się represji.  Podczas gdy na Zachodzie, powstawał ruch LGBT, zyskując sobie coraz to większe rzesze heteroseksualnych zwolenników i zwolenniczek, w Polsce problematyka ta, nie była powszechnie znana – bowiem ideologia sojcalistyczna nie zakładała inności; jedyna zaś akcja władz dotycząca homoseksualistów (dodajmy, negatywna), została przeprowadzona dopiero u jego schyłku w 1988 roku, pod kryptonimem Hiacynt. Sądzę ponadto, że poza kilkoma wyjątkami, możemy mówić tutaj o swoistym pozbawieniu ruchu gejowsko-lesbisjkiego elit.

Jak już wspomniałem wcześniej, pierwsze ogólnospołeczne doświadczenie i uświadomienie samego istnienia homoseksualności, nastąpiło dopiero u progu XXI wieku, kiedy budowanie więzi i tożsamości pomiędzy osobami LGBT, czyli realizacja wewnętrznych celów emancypacyjnych ruchów społecznych, dobiegło końca. Brak społecznej akceptacji dla postulatów ruchu gejowsko-lesbijskiego to także efekt działania Kościoła w Polsce. Księża i biskupi głoszą z kościelnych ambon przestrogi przed akceptacją równości, bo przecież sama homoseksualność, a w teorii akty homoseksualne są wedle ich nauki sprzeczne z bożym prawem. Gdy tylko pojawia się inicjatywa organizacji wydarzeń, związanych z ruchem emancypacji gejów i lesbijek, natychmiast pojawia się sprzeciw prawicowych stronnictw – nie wspominając już o zakazie zorganizowania Parady Równości w Warszawie, jaki wydał ówczesny prezydent stolicy Lech Kaczyński w 2004 roku. Dziś rolę prawicowych polityków i polityczek przejmuje prasa katolicka – Fronda, Gazeta Polska czy Dziennik Polski (wszystkie popierające PiS).

Mimo wszystkich negatywów związanych z ruchami gejowsko-lesbijskimi, mimo niskiego poczucia wspólnoty osób LGBT – uważam, że obecna polityka organizacji LGBT jest słuszna. Trzeba tu pamiętać, że żyjemy w kraju demokratycznym, od ledwie dwudziestu lat. W obecnej sytuacji, gdy ponad 70% parlamentu należy do partii prawicowych, duże szanse na uchwalenie ma ustawa o związkach partnerskich; jest to ogromny sukces właśnie organizacji działających na rzecz osób LGBT, ale też ludzi nauki – którzy cały czas uświadamiają i uczą tak bardzo upragnionej tolerancji zacofane latami socjalizmu społeczeństwo polskie. Uważam, że tępo zmian, powinno pozostać niezmienione. W swojej ostatniej pracy, w której pisałem o wdrażaniu teorii queer do rzeczywistości polskiej, zauważyłem zaskakującą prawidłowość: „W marcu 2011 roku w Krakowie odbyła się kolejna z rzędu Manifa, która w odróżnieniu od lat poprzednich – nie spotkała się z żadną kontrdemonstracją. Uważam tym samym, że napawać może to optymizmem i być może, w momencie, w którym poglądy feministyczne stają się akceptowaną normą, za pięć – dziesięć lat, w trakcie kolejnych Marszów Równości, kontrdemonstracji nie będzie. Wtedy też być może, nastąpi swoista zmiana świadomości [społeczeństwa polskiego][4].

Chciałbym odnieść się teraz do tytułu. W badaniu trzech osób o orientacji homoseksualnej, przeprowadzonych m.in. przez Wielisławę Warzywodę-Kruszczyńską, respondenci i respondentka, wyrażali życzenie zrównania praw z heteroseksualistami/tkami. Jednocześnie, żaden z badanych nie partycypował i nie popierał gejowsko-lesbijskich ruchów społecznych, całkowicie się od nich odcinając. Wydaje mi się to zasadniczym problem polskiej rzeczywistości osób LGBT – mimo, że wielu i wiele z nich marzy o modelu holenderskim, większość z nich nie ma odwagi angażować się, aby to stało się możliwe. Dlatego, prócz tego co napisałem powyżej, o pozytywnych działaniach polskich ruchów emancypacyjnych, ich rola powinna również leżeć przede wszystkim w zachęcaniu społeczności LGBT do walki o swoje prawa – bo w szafie, nie zdziałamy nic.

Literatura

  1.  http://queerowymaj.wordpress.com/
  1. Red. Dr Monika Zelma, Tęczowe rodziny w Polsce. Prawo a rodziny gejowsko – lesbijskie. Raport 2009, Warszawa 2009, str. 7
  1. Mikołaj Warzecha, Teoria queer i ruch LGBT a współczesne społeczeństwo polskie
[1] [dane dostępne on-line] http://queerowymaj.wordpress.com/

[2] Querrowy Maj, op. cit, Informacja w sprawie napaści na uczestników i organizatorów marszu

[3] Red. Dr Monika Zelma, Tęczowe rodziny w Polsce. Prawo a rodziny gejowsko – lesbijskie. Raport 2009, Warszawa 2009, str. 7

[4] Mikołaj Warzecha, Zachód kontra wschód. Teoria queer i ruch LGBT a współczesne społeczeństwo polskie. Praca zaliczeniowa kursu Socjologia Queer, czerwiec 2011