Kultura nietolerancji – kto się boi gejów i lesbijek.

Autor: Piotr Prokopowicz

 

Żadne wydarzenie związane z 3. Krakowskim Festiwalem Kultury Gejowskiej i Lesbijskiej (a było ich dość sporo…) nie odbiło się tak szerokim echem w mediach i w rozmowach zwykłych ludzi, jak Marsz Tolerancji. Powodów jest kilka: żadne inne przedsięwzięcie nie odbywało się bezpośrednio na ulicach Krakowa, żadnemu również nie towarzyszył grad jajek i kamieni rzucanych w uczestników. Na pierwszy rzut oka trudno jest zrozumieć skąd tyle złości okazywanej uczestnikom marszu. Gdzie tkwią korzenie nienawiści wobec ludzi, których jedynym przewinieniem jest to, iż w inny sposób niż większość społeczeństwa wyrażają i okazują swoją seksualność?Wiele już napisano na temat tego kim były osoby biorące udział w samym marszu. Co można jednak powiedzieć o tych, którzy swoje miejsce odnaleźli po drugiej stronie barykady? Czym charakteryzują się ci, którzy gardzą homoseksualizmem tak głęboko, iż używają wobec gejów i lesbijek nie tylko raniących słów ale i bezpośredniej przemocy fizycznej? Czy niechęć do homoseksualizmu zakodowana jest w naszych genach jako mechanizm adaptacyjny mający na celu zwalczanie osobników niesprzyjających reprodukcji? A może złość drzemiąca w każdym człowieku potrzebuje tylko raz na jakiś czas wygodnego obiektu, kozła ofiarnego, na którym może wyładować swoją frustrację? Możliwe. Wydaje mi się jednak, że wiele wypowiedzi jak i zachowań osób sprzeciwiających się Festiwalowi „Kultura dla tolerancji” można zrozumieć odwołując się do sposobu, w jaki funkcjonuje nasz umysł.

Myślę, więc upraszczam

Każdy człowiek, załóżmy to na początku optymistycznie, myśli. Myśli, czyli dokonuje operacji mentalnych na schematach – psychicznych reprezentacjach stanów wewnętrznych i zewnętrznych. Można również założyć, a czynią to prawie wszyscy psychologowie poznawczy, iż proces ten ukierunkowany jest poprzez dwa podstawowe motywy: jednym z nich jest chęć zachowania spójności naszych konstruktów (ich niezgodność powoduje napięcie, które Festinger opisywał jako dysonans poznawczy) oraz pragnienie zachowania pozytywnego obrazu samego siebie (czyli, komplikując sprawę, autowaloryzacja). Przeciętny człowiek woli więc mieć obraz świata i siebie pozytywny oraz adekwatny niż negatywny i wewnętrznie sprzeczny. Proste.

Myślę, więc się boję 

Czym staje się więc homoseksualizm dla struktur poznawczych kogoś, kto tożsamość swoją zbudował na heteroseksualizmie, o co nie jest trudno w naszej do cna patriarchalnej kulturze? Obrazą i obelgą. Zarzutem i atakiem. Chorobą i dewiacją. Po prostu – czymś niezgodnym ze schematami. „To nie są ludzie… cywilizowani” – mówi o uczestnikach Marszu Tolerancji podchmielony młody człowiek w filmie nakręconym dwa lata temu przez Joannę Reinelt, i nie jest nam trudno go (w sensie Weberowskim) zrozumieć. Tak, oni nie są cywilizowani cywilizacją, którą ucywilizowany jesteśmy my, osoby heteroseksualne. Nie są zwyczajnie częścią naszego świata.

Myślę, więc nienawidzę 

Obcość wobec struktur poznawczych to jednak nie wszystko. Jak pisał George Kelly, psycholog amerykański, konieczność przeformułowania systemu konstruktów osobistych wywołuje u każdego człowieka poczucie zagrożenia. Poczucie zagrożenia prowadzi z kolei do agresji. Niczym zwierzę zaszczute przez drapieżnika, człowiek, którego cały system konstruktów jest zagrożony, będzie kierował agresję wobec czynnika wywołującego nieprzyjemny stan psychiczny. To właśnie zdawali się czynić uczestnicy Anty-Marszu, rzucając jajkami, kamieniami oraz inwektywami w ludzi, których postrzegali jako zagrożenie swojego misternie zbudowanego świata.

Myślę, więc poszukuję

Co można jednak zrobić z nietolerancją i nienawiścią, na deficyt których nie możemy narzekać w naszym narodzie? Wspomniany wcześniej George Kelly nie kończył swojej pracy na opisie i interpretacji zaburzeń w poznaniu – miał również pewne postulaty terapeutyczne. Podejście polegające na wzbudzaniu w kliencie postawy otwartości, chęci eksperymentowania na rolach, alternatywnych ideach i światopoglądach brzmi bardzo atrakcyjnie i obiecująco. Aby poddać się terapii, trzeba jednak najpierw czuć się chorym oraz, jak mówi jeden z warunków dobrej spowiedzi, mieć gorącą wolę poprawy. Póki co wątpię, żeby w naszym przypadku klient – nietolerancyjne społeczeństwo – spełniał którekolwiek z tych kryteriów.

PS. Pierwotna wersja tego komentarza została napisana dwa lata temu – niektóre rzeczy po prostu się nie zmieniają…