Ksenofobiczne zagrożenie Europy czy niedokończony projekt eurodemokracji

Jacek Pawlicki w artykule, który ukazał się 10 czerwca na łamach „GW” pt. Zastęp nacjonalistów, neofaszystów i ksenofobów wszedł do europarlamentu napisał: „Niedzielne wybory przejdą do historii nie tylko z powodu rekordowo niskiej frekwencji i przesunięcia się Europy na prawo. Największym fenomenem jest to, że 12 skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych partii z 12 krajów wprowadziło do Strasburga aż 36 deputowanych!”

Zgadzam się z Jackiem Pawlickim, iż stanowi to rzeczywiście największy fenomen tych wyborów. Szkoda tylko, że tak niewielu komentatorów zechciało się nad tym fenomenem nieco głębiej zastanowić. W większości powyborczych komentarzy przeważają upraszczające opinie, iż świetny wynik partii ksenofobicznych stanowi w zasadzie ciekawostkę ostatnich wyborów pozbawioną większego politycznego znaczenia. Jako przyczynę podaje się oczywiście światowy kryzys gospodarczy, który wydaje się być bardzo na rękę publicystom, gdyż w ostatnim czasie wszystkie zjawiska starają się wyjaśnić właśnie za jego pomocą.

Ja natomiast uważam, że fenomen ten powinien nam przypomnieć pewną prawdę o demokracji, o której łatwo zapomnieć w epoce politycznej poprawności. Ostatnie wybory potwierdziły kolejny raz słuszność frazesu, iż demokracja na zawsze musi pozostać niedokończonym projektem. W tym tkwi siła tego projektu, jak i jego słabość. Wielu komentatorów wprowadzenie do Europarlamentu swych przedstawicieli przez skrajne, ksenofobiczne ugrupowania traktuje, jako zagrożenie dla fundamentalnych wartości zjednoczonej Europy: Europy laickiej, tolerancyjnej, otwartej i kosmopolitycznej. W rzeczywistości jednak możność kwestionowania podstawowych reguł ustroju demokratycznego stanowi nie tylko zagrożenie dla jego stabilności. Stanowi również szansę na emancypację, na dojście do głosu tych mniejszości, których dotychczas nikt nie chciał i nie musiał słuchać. Nie jestem pewien, czy zdobycie jednego mandatu przez szwedzki oddział Partii Piratów powinniśmy potraktować jako kolejny krok na drodze do równości i wolności, którą podążyli jeszcze w XIX wieku robotnicy, a później feministki, Afroamerykanie… Z pewnością jednak nie możemy stawiać Partii Piratów w tym samym narożniku politycznego ringu, w którym znajduje się Brytyjska Partia Narodowa, Prawdziwi Finowie, czy Wielcy Rumuni.

Sądzę, że ostatnie wybory pokazują, iż w polityce europejskiej dokonuje się obecnie istotne przesunięcie sił. Pomimo kryzysu gospodarczego tradycyjna lewica traci poparcie na całym kontynencie. Upadek lewicy tylko częściowo jednak przekłada się na sukces tradycyjnej prawicy. W dużej mierze staje się on natomiast wyrazem zakwestionowania podziału na tradycyjną prawicę i tradycyjną lewicę; dlatego część dawnych wyborców odmawia udziału w wyborach lub też odmawia głosowania na politycznie poprawne, sprawdzone partie. Stąd rekord najniższej frekwencja w historii eurowyborów ma miejsce właśnie w czasach kryzysu; a trzeba pamiętać, że wszelkiego rodzaju kryzysy zazwyczaj pociągają za sobą wzrost rywalizacji politycznej i wzrost frekwencji wyborczej. Stąd zwycięstwa partii promujących alternatywną (choć w większości ksenofobiczną) wizję polityki i Europy.

Minione wybory pokazują, że sukces w Europie osiągną w przyszłości te partie, które będą potrafiły stworzyć nowy program. Skrajne ugrupowania, które obecnie zdołały zdobyć miejsca w Parlamencie Europejskim oferują w rzeczywistości stare recepty (zamknięcie się w nacjonalistycznym kokonie) na nowe zagrożenia (m.in. globalne problemy ekonomiczne, wzrost migracji, rozpad tradycyjnych więzi). Dla większości wyborców recepty te nie brzmią zbyt wiarygodnie. Dlatego właśnie więcej osób zrezygnowało z głosowania (w porównaniu z poprzednimi wyborami) niż poparło skrajną prawicę. Dla większości wyborców jeszcze bardziej nieprzekonująco brzmią jednak recepty tradycyjnej lewicy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że z globalnym kryzysem nie da się walczyć tak, jak jeszcze kilka dekad temu można było walczyć z krajowymi kryzysami ekonomicznymi. Wzrost podatków, wzrost wydatków rządowych, czy nawet cięcia stóp procentowych okazują się coraz mniej skuteczne w nowej sytuacji globalnej. Dlatego właśnie więcej głosów zebrała prawica, niż lewica – nawet jeżeli nie potrafimy rozwiązać nowych problemów, zawsze możemy powrócić do tradycyjnych wartości. Ważne jest tylko to, aby zwiększyć nasze poczucie bezpieczeństwa, nasze wrażenie, iż dalej jesteśmy w stanie kontrolować nasze państwa.

Takie złudzenie dają ugrupowania, które odwołują się do tradycyjnych narodowych lub nacjonalistycznych wartości. Jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało, uważam, że dwa ugrupowania starały się wykroczyć poza tę wąską perspektywę: Libertas oraz Partia Piratów. Obie partie zdobyły po jednym miejscu w nowym Parlamencie Europejskim (choć Partia Piratów uczyniła to przy minimalnym nakładzie środków pieniężnych – w odróżnieniu od Libertas). Obie stanowią dotąd niespójne struktury, pozbawione jednego sprecyzowanego i całościowego programu. Wyrażają raczej pewne pragnienia, nastroje, a nie spójne ideologie. Być może oba te ugrupowania nigdy więcej nie zdołają powtórzyć obecnego „sukcesu”. Niemniej jednak, sądzę, iż z obserwacji tych organizacji możemy dowiedzieć się czegoś na temat przyszłej europejskiej lewicy oraz prawicy.

Niezależnie od odmiennych celów, ani lewica, ani prawica nie będą ograniczać się do granic państw narodowych. Nawet jeśli lewica będzie mieć bardziej kosmopolityczny charakter, to również i prawica zyska drugie – kosmopolityczne oblicze. I nie chodzi tu tylko o to, że prawica zacznie wykorzystywać kosmopolityczne środki. Sądzę, że kanonem prawicowych poglądów stanie się kosmopolityzm, tak jak dawniej był nim patriotyzm. Będzie to jednak kosmopolityzm nieco odmienny, niż ten lewicowy: będzie nadal opierał się na podziale na „swoich” i „obcych”, choć zarówno swoich (czyli ludzi wyznających pewne wartości), jak i obcych (nie wyznających tych wartości) będzie można teraz znaleźć zarówno w obrębie granic własnego państwa, jak i poza jego granicami. Obie będą jeszcze mniej spójne, niż tradycyjna lewica i tradycyjna prawica. Nie oznacza to jednak, iż będą mniej zideologizowane. Swoje ideologie w większym stopniu będą jednak wyrażać raczej za pomocą budowania nastroju, tworzenia klimatu opinii, niż za pomocą opasłych, wielu set stronicowych programów partyjnych, czy centralnie sterowanych kampanii wyborczych. Zarówno prawica, jak i lewica w jeszcze większym stopniu, niż obecnie będą dążyły raczej do szerokiej mobilizacji i krótkotrwałej aktywizacji różnorodnych grup (i to grup zarówno z prawej, jak i z lewej strony), niż do budowania trwałych lojalności partyjnych.

W zeszłotygodniowych wyborach nie powstała ani nowa prawica, ani nowa lewica. Możemy jednak przypuszczać, że ugrupowania, które będą w stanie zagospodarować narastające zapotrzebowanie na nowe pomysły i nowe metody w polityce zajmą miejsce ksenofobicznych partii w przyszłych eurowyborach.