Korzenie religijności ponowoczesnej. Duch pogaństwa powodem i substratem synkretyzmu  wierzeniowego współczesnych systemów religijnych

Korzenie religijności ponowoczesnej. Duch pogaństwa powodem i substratem synkretyzmu wierzeniowego współczesnych systemów religijnych

Marc Augé, Duch pogaństwa, tłum. Krzysztof Wakar, Warszawa: Oficyna Wydawnicza Volumen, 2010, ss. 352.

Współczesny zwrot w kierunku zindywidualizowanego doświadczenia religijnego traktować można jako pierwszy krok na drodze do epoki postmetafizycznej w jej sposobie pojmowania prezentowanym przez Richarda Rorty`ego w jego Przyszłości religii. Czy jest to jednak faktyczna zmiana, czy przy ogłaszaniu postchrześcijańskiej epoki śmierci Boga, Rorty pominął tak istotny obecnie problem jak zagadnienie globalizacji? Zależnie od perspektywy brak tu jednoznaczniej odpowiedzi. Tam gdzie Rorty widzi oddanie w ręce jednostki władzy nad metafizyką, tam Clifford Geertz zwraca uwagę na przeszkodę globalnej wioski i jej prawdziwego synkretyzmu znaczeń, w kształtowaniu religijności prawdziwie indywidualnej. Sens współczesnej religijności niewątpliwie leży gdzieś po środku. Zatomizowana jednostka została przez poszczególne systemu kulturowe uzbrojona w umiejętności decyzyjne, to fakt. Świat zachodni wyzbył się stojących z karabinami księży i mułłów. Pilnujących wiernych czy aby na pewno są wierni. Niemniej, człowiek jako Cassirerowskie zwierze symboliczne, zwierze społeczne nie pozostaje nigdy bez wpływu na innych ludzi, tak samo jak i oni nie pozostają bez wpływu na daną jednostkę. Wyjście do analizy postmodernistycznej religijności zapoczątkować winno więc pytanie, które dzisiaj szczególnie wymaga gruntownego rozważenia. Czy pierwsza była kura, czy jajo? Czy w jednostce przeważa system receptorów czy efektorów? Czy potrafimy, jako ludzie, tak performować swoje bycie w świecie, że społeczeństwo i to jakim nas jako jednostkę widzi, trzymamy z dala od kształtowania naszego sposobu bycia?

Marc Augé w Duchu pogaństwa postanawia temat religii zgłębić z innej strony. Nie angażuje się w spory na temat współczesnej religijności, ale dokonuje rekonstrukcji monoteizmu, dzisiaj zasadniczo dominującego modelu wierzeniowego w kulturze zachodniej, poprzez zestawienie go z politeizmem. Pogaństwo w ujęciu francuskiego antropologa nie jest odmiennym etapem ewolucji religii. Przy czym ewolucja sama w sobie, jest wysoce niewłaściwym terminem. Augé udowadnia, że tak jak drastycznie różni się chrześcijański monoteizm od mnogości wariantów religii pogańskich, tak ten kalejdoskop religijnych sensów nie pozostał bez wpływu na obraz chrześcijaństwa dzisiaj. Co przekłada się de facto na stan faktyczny zachodniej religijności, który mocno ukształtowany jest przez wieki dominacji religii chrześcijańskiej.

Duch pogaństwa jest klasycznym esejem, którego tematyka choć wyraźnie zarysowana, w miarę zagłębiania się w lekturę, rozciąga się, wydłuża i płynie. Sam tytuł jest nawiązaniem do silnie apologetycznego eseju François-René de Chateaubrianda Duch wiary chrześcijańskiej. Marc Augé parafrazuje retoryczne pytanie zadane przez francuskiego pisarza na przełomie XVIII i XIX wieku, pytając „czy pogaństwo stanie się brzydsze, kiedy wyda się prawdziwsze”? I na owe pytanie próbuje w tekście poniekąd odpowiedzieć. Dlaczego tylko poniekąd i dlaczego tylko próbuje? To już zależne jest od czytelnika, cała bowiem książka prezentuje się w sposób na tyle otwarty, że mnogość jej możliwych odczytań zdaje się być niepoliczalna. Jednak mimo dużej otwartości i intertekstualności Duch pogaństwa stara się przedstawić złożone oblicze religii politeistycznych oraz, między wierszami, poddać w słuszną wątpliwość zasadność potocznie negatywnego postrzegania pogaństwa w ogóle. Pogaństwa do dziś dźwigającego ciężar reprezentacji wypracowanej przez współcześnie wielkie monoteizmy. Pogaństwa do dziś niemal całkowicie pejoratywnie konotowanego.

Począwszy od Durkheimowskiej definicji zjawiska religijnego Augé porusza wątki zarówno mocno religijno mainstreamowe, jak i jedynie częściowo związane z powszechnie uznawaną wizją wiary religijnej. Religia i jej rola sensotwórcza w kształtowaniu jednostki, religia jako kapitał wykorzystywany w walce o władzę, kształtowanie religijności indywidualnej. To tylko nieliczne z poruszanych zagadnień. Które podobnie jak zdeprecjonowanie stanowiska wojującego ateizmu, jako jedynie pożywki dla fantastów, wykazanie bezosobowego charakteru bóstw pogańskich poprzez analizę sposobów oddziaływania na ludzi i objawiania im swojej mocy, bogów greckich oraz afrykańskich, zgrabnie łączą się w tematyce różnic i podobieństw systemów religijnych jako takich.

Augé nie ogranicza się w podejmowanej przez siebie problematyce jedynie do zagadnień powszechnie uznawanych za około-religijne. Dotyka również problemu granic terminologicznie pojmowanej religii na gruncie czysto praktycznym. Dokonuje recepcji osiągnięć sporu o miejsce religii wśród magii i nauki sięgając przy tym do historycznych już sposobów rozdziału owych trzech systemów sensotwórczych. Zastanawia się nad religią w kontekście Althusserowskiej ideologii oraz przybliża tak już klasyczne postaci i ich głosy w dyskursie religijnym jak Friedrich Nietzsche czy Sigmund Freud. Próbuje zsyntetyzować fenomen czarownictwa spoglądając nań wyzbywszy się Frazerowskiej maniery gradacji rozmaitych zjawisk para-religijnych z perspektywy człowieka zachodu. Odwołuje się przy tej próbie do dorobku Evans-Pritcharda i jego rozróżnienia między sorcery, a witchcraft, zaczerpniętego od ludu Azande oraz zwraca uwagę na chrześcijańską retorykę niewłaściwie stosowaną wobec pogańskiej logiki czarownictwa. Z fatalnie negatywnym skutkiem dla postrzegania tego ostatniego w kontekście praktyk jeśli nie diabelskich czy demonicznych, to zdecydowanie heretyckich. Podobnej analizie poddaje następnie zjawisko kanibalizmu. Augé interesuje nawet kształtowanie osobowości oraz tożsamości jednostki w ramach struktur społecznych mniej lub bardziej powiązanych z zaangażowaną religijnością. Wreszcie porusza problematykę bohaterów mitycznych oraz literackich w społeczeństwach politeistycznych, wkraczając na pole mitów założycielskich i ich umownego znaczenia przy pierwotnym odejściu człowieka od natury do kultury. Mitów tak mocno rozpowszechnionych w politeistycznych systemach religijnych i jak się okazuje nieobcych również monoteistycznemu chrześcijaństwu.

Wątkiem dla mnie, całkowicie subiektywnie wyjątkowo interesującym, a ponadto szczególnie ciekawym z punktu widzenia zmieniającego się sposobu partycypowania chrześcijan w chrześcijańskim systemie wierzeniowym, jest zasadnicza różnica w sposobie bycia w świecie chrześcijan i pogan. Chrześcijaństwo ze swoją rozbudowaną warstwą pneumatologiczną i obietnicą wynagrodzenia wiernych życiem po życiu w przypadku kiedy to życie doczesne przeżyte było w zgodzie z szerokim systemem nakazów i zakazów, wprowadziło specyficznego rodzaju niepokój w pole ludzkiej egzystencji. Należy żyć jak jest napisane, bo jeśli nie, to co? Wizja wiecznej szczęśliwości dla tych posłusznych, zadziałała jak bicz Boży dla tych niepokornych. Wywołanie lęku wśród wiernych stabilizować miało cały system wierzeniowy. W religii monoteistycznej chodzi w gruncie rzeczy o uhierarchizowaną drabinę społeczną, która do zaistnienia i istnienia potrzebuje straszaka w postaci wytworzenia niepewności życia po życiu, wpływającej na niepewność życia doczesnego.

Pogaństwo z zasady miało być wolne od powyższych obostrzeń. Wizja idealnego pogańskiego systemu wierzeniowego, czyli starożytnego politeizmu zdaje się ową tezę potwierdzać. Brak rygorystycznego systemu nakazów i zakazów prowadzący w konsekwencji do nieznajomości terminu ascezy w takim znaczeniu w jakim my go dzisiaj konotujemy, kształtować miał społeczeństwo szczęśliwe życiem doczesnym. Nie umartwiające się. Poganie bez pozafizycznych lęków są całkowitym przeciwieństwem chrześcijan rządzonych przez metafizyczny niepokój.

Przywoływanie bytów idealnych bez zdystansowania się do takich zabiegów dzisiaj rzecz jasna nie miałoby najmniejszego sensu. Augé doskonale zdaje sobie z tego sprawę i przywołując rozmaite przykłady raczej zarysowuje skojarzeniowe tendencje niż obrazuje fakty społeczne. Wrażenie nieogarniętego rozumem synkretyzmu religijnego jako jedynego zwartego wniosku po lekturze Ducha pogaństwa jest w związku z powyższym, zasadniczo słuszne. Wszystkie inne przemyślenia czy konkluzje pozostają do indywidualnego rozpatrzenia i interpretacji. W geście samego czytającego, co wydaje się największą zaletą Marca Augé jako antropologa w ogóle. Nawet skończone teorie u francuskiego badacza mają wydźwięk wyjątkowo intertekstualny. Widać, iż Augé ceni sobie swoich czytelników, ceni sobie ich kompetencje i pozwala im wykorzystać własny bank pojęć i skojarzeń oraz wiedzy nabytej, by wynieść ze swoich wywodów jak najwięcej treści.

Świadomość własnych ograniczeń, ale również ograniczeń właściwych i typowych dla nauki, sprawia iż Marc Augé często dystansuje się do poszczególnym konkluzji. Wychodzi z pozycji drogowskazu, ukazującego kierunek, ale nie mówiącego co, jak badać i opisywać. Używa również nawiązań do historii oraz antropologii w kontekście poruszanych zagadnień i próbuje zasugerować czym powinien zajmować się historyk, z całym ograniczającym go dorobkiem inwentarza oraz czym antropolog, rozumiany przezeń jako historyk teraźniejszości i również niewolny od naukowych obciążeń charakterystycznych dla jego dyscypliny.

Duch pogaństwa z racji swojej eseistycznej formy jest książką rozległą zarówno tematycznie jak i treściowo. Często czytając kolejne rozdziały i podrozdziały ma się wrażenie, że ich sens zostaje gdzieś w tyle, w miejscu przesłonionym formą tekstu. Mylne odczucie przerostu formy nad treścią tłumaczyć można trudnym językiem używanym przez francuskiego antropologa. Nawet może nie tyle samym zaś językiem, co formą jego składania w logicznie spójne zdania. Augé posługuje się tekstem bardzo postnowocześnie. Pisze chaotycznie przez co sprawia złudzenie nawarstwiania się treści. Jego pisarstwo dalece odmienne jest od sposobu przelewania myśli w tekst u Clifforda Geertza, którego esej Zastane światło czyta się momentami niczym niezobowiązującą powieść i co ciekawe, merytoryczna strona książki wcale na tym nie cierpi. Czytać Marca Augé trzeba się niestety nauczyć. Niemniej wyrobienie sobie tejże umiejętności zostaje w trakcie lektury z nawiązką zrekompensowane.

Ilość informacji jaką odnaleźć można w Duchu pogaństwa momentami zdaje się przytłaczać. Jest to niemal współczesna Złota Gałąź, pozbawiona romantycznego zacięcia Jamesa Frazera i jego wszystkowiedzącego podejścia do analizowanych zagadnień. Książka przywołuje również na myśl Traktat o historii religii Mircea Eliadego, przynajmniej pod kątem metodologicznej spójności i merytorycznej głębi przytaczanych, na jej kolejnych stronach, przykładów. Jeśli z kolei chodzi o formę, to mimo wspomnianych językowych różnic, jest ona wydatnie podobna do refleksyjnego Zastanego światła Clifforda Geertza oraz zarówno pod względem formy jak i treści do Przyszłości religii Richarda Rorty`ego i Gianni`ego Vattimo. Co jednak najistotniejsze przy próbie zestawiania Ducha pogaństwa z innymi pozycjami, to fakt iż w obliczu różnych lecz tematycznie podobnych dzieł, zyskuje ono wartość dodatkową, a bezpośrednio już związaną z osobą czytelnika i owego kompetencjami.

W czym tkwi siła książki Marca Augé? Na pewno w podejściu do religii z wektorem skierowanym w kierunku bardziej gruntownej analizy. Ponad trzysta zadrukowanych stron ukazuje mnogość i różnorodność religii politeistycznych, tudzież tytułowego pogaństwa. Nie jest to jedynie zobrazowanie czym jest pogaństwo, ale także próba jego reinterpretacji celem podniesienia jego statusu, zatarcia pejoratywnego wydźwięku samego terminu oraz zwrócenia uwagi na złożoność pogańskich systemów wierzeniowych. Nie jednak o samo pogaństwo chodzi. Donośność zawartych w książce tez, opisów i wyjaśnień nabiera zasięgu globalnego w kontekście globalizacyjnego zespalania się różnych, niegdyś drastycznie innych, światów społecznych, tak często obecnie podkreślanego.

Poprzez recepcję pogaństwa Marc Augé proponuje inne spojrzenie na chrześcijaństwo. Na religie monoteistyczne w ogóle. Daje asumpt do zastanowienia się czy współcześnie, w ramach walki kapitału i wtórnej, kulturowej kolonizacji, zwanej globalizmem ze wszelkimi neoliberalnie pozytywnymi skojarzeniami, religia monoteistyczna dalej pozostaje zwarta i jednostkowa. Tego, że żaden system religijny nie był i nie będzie nigdy skończony i dookreślony, nauki społeczne dowiodły wielokrotnie. Uświadomienie jednak, że w czasach, kiedy żyjemy iluzją złożoności powszechnie akceptowanej sensowej jedności, religia zmienia się i rekonstruuje tak samo jak zmieniała i dookreślała się dawniej, wydaje się kluczowe we współczesnym dyskursie religijnym. Kluczowe i pożądane dla ugruntowania tolerancji religijnej, poszanowania religijnego synkretyzmu oraz refleksji nad dziejącą się wokół nas postmetafizyczną, a według niektórych i postchrześcijańską epoką filozoficznej śmierci Boga.