Juniorki znów do szkoły.

Autor: Anna Dzierzgowska

 

No dobrze, dosyć już tego. O tym, że Roman Giertych nie nadaje się na ministra czegokolwiek, a zwłaszcza edukacji, wiadomo było zanim jeszcze otrzymał nominację na to stanowisko.Odkąd ją otrzymał, dokłada starań żeby udowodnić, że ci, którzy przeciw niemu protestowali, mieli absolutną rację (przypominam, że pod protestem w Internecie podpisało się prawie 140 tysięcy osób; protest trafił do rąk poprzedniego premiera, do dziś czekamy na odpowiedź – choć dziś już raczej wolimy uzyskać ją od jego następcy). Naprawdę, czas już z tym skończyć. Edukacja to sprawa poważna. To jedna z kluczowych dziedzin życia społecznego. Zajmowanie się nią wymaga rzetelnej wiedzy, a także wrażliwości i wyobraźni. Zwłaszcza tej ostatniej – w końcu ci i te, którzy dzisiaj chodzą do szkoły, będą żyć w świecie, który stworzą w ciągu następnych 50-70 lat. Zadaniem szkoły jest ich do tego przygotować.

Fundacja Rozwoju Dzieci im. J.A. Komeńskiego podaje, że w Polsce działa obecnie 7789 publicznych przedszkoli, z tego ponad 4 tysiące w miastach, prawie dwa tysiące w gminach miejsko-wiejskich, 2061 na wsi. W dokładnie 555 gminach – i dotyczy to niemal wyłącznie gmin wiejskich – w ogóle nie ma przedszkoli. W sumie z przedszkola korzysta nieco ponad 50% dzieci w wieku od 3 do 6 lat (wliczając te, które uczęszczają do zerówek – od niedawna sześciolatki obejmuje obowiązek przedszkolny). W gminach wiejskich do przedszkoli chodzi około 19% dzieci w wieku 3-6 lat; ten procent praktycznie nie uległ zmianie od 1994 roku. Najmniej – 4% dzieci – chodzi do przedszkoli w województwie Podlaskim. Jednocześnie obserwuje się interesujące korelacje. Gminy wiejskie, w których więcej dzieci chodzi do przedszkoli, to jednocześnie gminy, których mieszkańcy są generalnie lepiej wykształceni i mają wyższe dochody, bezrobocie jest niższe, a stopień sympatii do UE – większy, niż w tych, gdzie przedszkoli jest mało.

21% maturzystów nie zdało w tym roku matury – tj., nie uzyskało powyżej 30% punktów z któregoś z egzaminów. Jak pisze w raporcie Centralna Komisja Egzaminacyjna, na wynik ten (znacznie gorszy, niż w roku ubiegłym) wpływ miały wyniki ponad 100 tysięcy absolwentów techników i liceów uzupełniających (zdawalność dla różnych typów szkół wg CKE: Liceum Ogólnokształcące – 90%, Liceum Profilowane – 62%, Technikum – 66%, Liceum Uzupełniające – 34%). Żadna amnestia nie zmieni faktu, że znaczna część uczniów i uczennic techników czy liceów profilowanych, którym obiecano wykształcenie, umożliwiające zdanie matury, de facto tego wykształcenia nie uzyskała. Egzamin poprawkowy byłby dla tych osób szansą na nauczenie się rzeczy, których nie umieją – ale nie będą go zdawać, bo nadeszła amnestia.

Wg danych Wysokiego Komisarza NZ ds. Uchodźców (UNHCR), w 2005 roku w Polsce prawie siedem tysięcy osób złożyło wniosek o przyznanie statusu uchodźcy, 335 osób otrzymało status uchodźcy, prawie dwa tysiące – zgodę na pobyt tolerowany (co w praktyce oznacza prawo do pobytu w Polsce, bez prawa do pomocy społecznej czy środków na integrację). Ponad 90% osób, składających wnioski, to uchodźcy z Czeczenii. 46% osób, ubiegających się w Polsce o status uchodźcy, to dzieci poniżej 18 roku życia; są wśród nich i takie, które pozbawione są jakiejkolwiek opieki. W 2005 roku o status uchodźcy wystąpiło 113 takich dzieci, uzyskało ten status 11 z nich. Jednym z największych problemów, o których mówią przebywający w Polsce uchodźcy, jest brak dostępu do edukacji. Polskie prawo gwarantuje edukację każdemu dziecku, mieszkającemu w Polsce, niezależnie od jego statusu – jednak ponad połowa dzieci-uchodźców w Polsce nie chodzi do szkoły.

Te trzy przykłady, bardzo różne, mają jednak ze sobą coś wspólnego. Wszystkie dotyczą realnych problemów polskiego systemu edukacji. Takich realnych problemów, związanych z sytuacją Polski, jest cała masa. O problemach i wyzwaniach, wynikających z sytuacji współczesnego świata, nie wspominając.

Czym tymczasem zajmuje się MEN? Wiadomo. Ostatnio: najpierw wyżej wymienioną amnestią. A teraz mundurkami szkolnymi, nadaniem nauczycielom statusu funkcjonariuszy publicznych oraz nieustająco cenzurą Internetu i kamerami.

Historia uczy, ze polski ruch nacjonalistyczny, a zwłaszcza jego ojciec, Pan Roman (zbieżność imion nieprzypadkowa) łączył w sobie głęboką niechęć do Niemców z głębokim podziwem dla niemieckich osiągnięć. Z tej perspektywy łatwo zrozumieć, że komuś związanemu z tym ruchem marzy się dobra, stara, XIX-wieczna pruska szkoła, z jej mundurkami, dyscypliną i iście wojskowym drylem. Dobra, stara pruska szkoła była taka, a nie inna, głównie dlatego, że jej organizację podporządkowano wymogom dobrej, starej, pruskiej armii. Od czasów, kiedy ten model stanowił ideał, minęło ładnych parędziesiąt lat i powstało nieco nowych koncepcji pedagogicznych (o niektórych nawet wspominaliśmy w „Monitorze”). Nieważne – w Polsce, będąc ministrem, zyskuje się możliwość wcielania w życie najfantastyczniejszych snów, w tym także tych o potędze, dyscyplinie i porządku.

A, zresztą, może jestem uprzedzona. To znaczy, uprzedzona do mundurków. W końcu spędziłam osiem lat w peerelowskiej podstawówce. Doskonale pamiętam obowiązkowe fartuszki w klasach młodszych oraz koszmarny „strój szkolny” (wszyscy na granatowo) w starszych, walkę o tarcze i awantury, jakie robiono nam za nieprawidłowy wygląd. Pamiętam też argumenty, jakimi próbowano nas przekonywać do idei stroju szkolnego. Główny (który teraz na pewno powróci) był zawsze taki: dzięki strojom szkolnym dzieci biedne nie odróżniają się ubiorem od bogatych i nie czują się gorzej. Drugi podstawowy argument, wysuwany nasze nauczycielki z całą powagą, brzmiał tak oto: oko nauczyciela męczy się, kiedy uczniowie są ubrani zbyt kolorowo, dlatego jednolity strój jest dobrym rozwiązaniem. Spuśćmy na ten argument zasłonę litościwego milczenia…

Nawiasem mówiąc, w pewnym momencie wprowadzono w mojej szkole jeden dzień (już nie pamiętam, czy w tygodniu, czy w miesiącu), w którym wolno było przychodzić do szkoły „na kolorowo”. To dopiero było upokarzające – bo to był prawdziwy popis siły naszych szkolnych władz, pokazanie nam, kto tu stanowi prawo i kto w związku z tym może rozdawać przywileje.

Wracając do argumentów: ten mówiący, że jednolity strój zapewnia, że dzieci nie będą szpanować, może bym i jeszcze była w stanie jakoś przyjąć, ale… Po pierwsze: musiałby to być naprawdę dobry (czyli: dość drogi) strój. Za mojego dzieciństwa tę jednolitość usiłowano zapewnić za pomocą ohydnych, plastikowych fartuchów oraz tak zwanych „juniorków” – nie było to ani estetyczne, ani higieniczne ani nie miało nic wspólnego z polityką równościową. Po drugie zresztą (i ważniejsze), współczesna polityka równościowa opiera się raczej na haśle „każdy inny, wszyscy równi”, niż na próbach ujednolicania. Lepiej bowiem służy równości, jeśli uczymy się akceptować i cenić to, że ludzie są różni (i na przykład różnie się ubierają), niż jeśli na siłę staramy się wszystkich do siebie upodobnić.

Teraz narodził się nam nowy argument: mundurki są potrzebne, żeby walczyć z dilerami narkotykowymi. Patrzcie państwo – policjanci i pedagodzy w tylu krajach od lat głowią się, jak odróżnić dilerów od zwykłych uczniów i uczennic, a to takie proste! Dilerem jest ten (lub ta), kto nie ma mundurka. Co prawda już ktoś z komentujących ten cały pomysł zauważył przytomnie, że bardzo często dilerami w szkole nie są osoby z zewnątrz, tylko uczniowie – ale na to też na pewno mundurek w jakiś sposób pomoże. Jeszcze nie wiadomo, w jaki, ale pomoże.

Jak już mówiłam, do mundurków jestem uprzedzona. Jestem sobie jednak w stanie wyobrazić, że jakaś szkoła może chcieć je wprowadzać. Jeśli zechce i jeśli odbędzie się to za zgodą bezpośrednio zainteresowanych, czyli uczniów i uczennic – trudno, walczę o wolność od mundurka, ale zgadzam się na istnienie także wolności dla mundurka. Prawo tego nie zabrania, kto uważa, że mundurki są ważne, może się tym tematem zająć. Pozwolę sobie tylko przestrzec, że w praktyce dyskusja o mundurkach zwykle kończy się tak, jak w pewnej elitarnej warszawskiej żeńskiej szkole: wydawaniem przepisów, regulujących, jaka powinna być długość spódnicy i co mianowicie, spódnica musi zasłaniać (spódnica musi zasłaniać kolana). Jeśli ktoś koniecznie musi mieć mundurki, to błagam, bez takich regulacji – są żałosne.

Jeśli więc ktoś chce mundurków, niech sobie ma. Pod warunkiem, że tym kimś nie jest minister, bo jego akurat mundurki zupełnie ale to zupełnie nie powinny obchodzić. Z punktu widzenia wyzwań, stojących przed oświatą w Polsce, mundurki, kamery, bramki na Internet a nawet nadawanie nauczycielom statusu funkcjonariusza publicznego to bzdety. I trzeba być albo durniem, albo całkowitym ignorantem, w sprawach edukacji i wychowania, albo też zaślepionym ideologiem (niepotrzebne skreślić), żeby uważać, że zajmowanie się tymi bzdetami przez MEN jest czymś więcej, niż stratą czasu i pieniędzy.

System oświaty powinien umożliwiać realizację prawa do edukacji. Powinien zapewniać każdemu dziecku (zarówno temu, które ma polskie obywatelstwo, jak i temu, które przebywa w Polsce czasowo) równy dostęp do szkoły. Zadaniem władz oświatowych jest tworzyć do tego ramy instytucjonalne, na tyle elastyczne, żeby dyrektorzy i dyrektorki poszczególnych szkół, z pomocą organów prowadzących szkoły (czyli gmin i powiatów) i z pomocą rodziców i uczniów mogli wypracowywać najskuteczniejsze rozwiązania dla problemów, które są ich rzeczywistymi problemami. Zadaniem władz oświatowych jest także dbanie o wysoką jakość kształcenia – czyli, m.in., o wysoką jakość egzaminów. Ministerstwo powinno też wypracowywać ogólną wizję przyszłości edukacji w Polsce. Warto by się było na przykład zająć dokończeniem reformy programowej: wprowadzenie gimnazjów spowodowało powstanie nowych programów i podręczników dla tego typu szkół, ale programy dla liceów praktycznie się nie zmieniły (a efekty widać po tegorocznej maturze). W kolejce czekają też takie zagadnienia, jak choćby edukacja seksualna i prozdrowotna. Mamy nie rozwiązany problem obecności w podręcznikach szkodliwych stereotypów, dotyczących płci. Egzaminy pogimnazjalne pokazują, że gimnazja wyrównały częściowo edukacyjną przepaść między szkołami wiejskimi i miejskimi, ale pokazują też, że nasi uczniowie i uczennice nie radzą sobie z zadaniami, wymagającymi większej samodzielności myślenia.

W Polsce od dawna brakuje rzetelnej, odpolitycznionej i pogłębionej debaty społecznej o oświacie, jej zadaniach, jej rzeczywistej kondycji. Byłoby wspaniale, gdyby ministerstwo edukacji chciało tworzyć przestrzeń dla takiej debaty. Pod warunkiem, że nie zrobi tego z Romanem Giertychem. Jeśli bowiem chodzi o tego pana, to on niech się już nie zajmuje niczym, co w jakikolwiek sposób wiąże się z edukacją. Niech już sobie pójdzie.

Autorka współtworzy portal „Monitor Edukacji”. Jest to obywatelska, oddolna inicjatywa, której celem jest zbieranie i publikowanie informacji i komentarzy o tym, w jaki sposób działa Ministerstwo Edukacji Narodowej oraz jak jego działania wpływają na sytuację w szkołach. Ten i inne artykuły dotyczące edukacji możecie znaleźć w„Monitorze Edukacji”.