Jak być dzisiaj zaangażowaną postmodernistką?

Autor: Paweł Rams

 

Ostatnimi czasy nad polską literaturą, pisarzami i krytykami zaczęły gromadzić się chmury. Tym razem nie są one ciemne, lecz czerwone, a przywołał je Igor Stokfiszewski.

 

Ostatnimi czasy nad polską literaturą, pisarzami i krytykami zaczęły gromadzić się chmury. Tym razem nie są one ciemne, lecz czerwone. Przywołał je Igor Stokfiszewski swoim tekstem Co to znaczy dzisiaj być polską pisarką zamieszczonym w pierwszym numerze czasopisma Litera funkcjonującego przy Nagrodzie Literackiej miasta Gdyni. Autor proponuje w nim sposoby walki „przy użyciu” literatury z nielubianą przez siebie „popularną ontologią”. Jego zdaniem odpowiedzialna jest ona za utrzymywanie liberalnego status quo. Artykuł uznany został w środowisku literaturoznawczym za ideologiczny i zagrażający autonomicznej pozycji polskiego pisarstwa, tym samym zdyskredytowany i potraktowany jako próba ponownego zawłaszczenia kultury w służbie polityki. Na ratunek koledze po fachu przybył Grzegorz Jankowicz z artykułem Jak być dziś krytyczką wśród pisarek zamieszczonym w tym samym czasopiśmie, w którym stara się usprawiedliwić tok rozumowania Stokfiszewskiego, a zarazem przenieść jego myśl na grunt bardziej teoretyczny, dodając mu tym samym intelektualnej ciężkości. Jako ostatnia (dotychczas) głos zabrała Joanna Orska. W napisanej przez siebie polemice przywołuje do porządku obydwu panów, rozsadza ich po kątach oraz dyskredytuje ideę literatury zaangażowanej politycznie.

 

Tak w dużym skrócie przedstawia się wymiana zdań między polskimi krytykami, która ostatnimi czasy spędza sen z oczu rodzimemu środowisku artystycznemu i naukowemu. Jednak jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach, dlatego też konieczne stanie się odwołanie właśnie do nich.

 

W tym przypadku najwłaściwsze będzie rozpoczęcie od końca, a mianowicie od artykułu Orskiej zatytułowanego Jak być spiskowcem wśród komunardów. Czytając ów tekst nie sposób odmówić mu uroku formalnego, czy nie pochylić czoła przed językowymi konceptami autorki. Po pierwszej lekturze odnieść można wrażenie, że ma się do czynienia z postmodernistką z krwi i kości, stającą w obronie wypracowanych na gruncie postrukturalizmu idei wolności czytelniczej oraz pluralizmu poglądów. Krytykując lewicowe zapatrywania na literaturę prezentowane przez Stokfiszewskiego i Jankowicza stosuje ironię, tak bardzo lubianą wśród myślicieli francuskich, na autorytet których zresztą się powołuje. Odważnie bronione przez nią idee, gubią się jednak w przypływie krytyki, momentami niebezpiecznie ocierającej się o sarkazm. Widoczne staje się to szczególnie przy kolejnych lekturach tekstu. Konikiem, na który krytyczka ochoczo wskakuje i pędzi przez większość artykułu jest znane skądinąd wyrażenie nihil novi. Orska twierdzi, iż idee serwowane przez Stokfiszewskiego i Jankowicza są odgrzewane i co najmniej niesmaczne. By tego dowieść polemizuje z myślą Rancièra, obranego za jednego z intelektualnych patronów nowej lewicy kulturalnej. Wytyka mu, a jakżeby inaczej, wtórność oraz żerowanie na „awangardowych oczywistościach”. Chciałoby się zapytać: jakich oczywistościach? Oczywistościach dla kogo? Dla krytyków, naukowców, artystów? A może dla publiczności? Dla mas? Orska zdaje się nie zauważać, jakie kontrowersje budzą teksty kultury wyłamujące się z procesu definiowania w kategoriach „popularnej ontologii”. Za przykład niech posłuży chociażby Nieznalska. Jej gest był wprawdzie awangardowy, a więc jakoś niedzisiejszy i… oburzenie opinii publicznej takie samo jak sto lat temu. Może Polsce potrzebny jest ponowny szok awangardowy?

 

Orska zdaje się nie brać pod uwagę także najnowszej historii. Bardzo trudno jest dziś wprowadzić do dyskursu naukowego czy publicznego jakąkolwiek myśl, która wprost odwołuje się do marksizmu. Dzieje się tak pomimo dwudziestu lat wolności. Stokfiszewski pisząc swój artykuł, chciał uderzyć właśnie w ten słaby punkt. Autor zdaje się w swoim tekście twierdzić, że należy wreszcie pozbyć się niepotrzebnych uprzedzeń i przedefiniowane postulaty marksistowskie spożytkować do walki o lepsze jutro. Zgadzam się z Orską, że robi to w sposób nieumiejętny, traktując literaturę zbyt instrumentalnie, jako jedno z możliwych oręży w walce politycznej. Jego inauguracyjny dla dyskusji tekst roi się od wpadek, a definiowane sposoby walki z „ontologią popularną”, jak trafnie zauważa Orska, ponownie dzielą sztukę na estetyczną, czyli zachowawczą oraz zaangażowaną. Niestety, jak na ironię, autorka tej uwagi robi to samo, dzieląc czytelników na tych, którzy swoją lekturę kształtują podłóg ideologicznych wytycznych, i tych, którym dana jest umiejętność polimorficznego odczytywania sensów, bez kierowania się wcześniejszymi założeniami. Krytyczka zdaje sobie sprawę, że każdy akt twórczy i czytelniczy jest automatycznie polityczny, jednak jej argumentacja świadczy, że dzieli polityczność na lepszą i gorszą, bardziej i mniej zaangażowaną, co wprost kłóci się ze stawianą przez nią wcześniej tezą.

Rozwiązaniem tej patowej sytuacji, która stała się naszym udziałem, nie jest powtarzanie jak mantry słowa wolność, ani tym bardziej szafowanie hasłem: to wszystko już było. Trzeba iście ponowoczesnego umysłu, by problem ten nie tyle rozwiązać, co wypośrodkować.

 

 

***

Orska, świadomie bądź nie, wywołała jeszcze jednego wilka z lasu. A właściwie to dwa. Mam tu na myśli sławetną polemikę Lyotarda i Habermasa dotyczącą tradycji myśli oświeceniowej. Habermas zaciekle bronił nowoczesnego projektu. Przywoływał przy tym ideę emancypacji, w której upatrywał możliwości przemian współczesnych społeczeństw. Stawiał się jednocześnie po stronie wartości lewicowych, czyli zaangażowanych. Swojego oponenta broniącego myśli ponowoczesnej ustawiał natomiast po stronie konserwatyzmu i zachowawczości. Oczywiście takie jednoznaczne stawianie sprawy nie miało sensu i zupełnie zakłamywało trzon sporu, co doskonale pokazał Huyssen w swoim tekście Nad mapą postmodernizmu. Autor tego ciekawego szkicu stara się połączyć postmodernizm z lewicowym zaangażowaniem, co w kontekście niektórych utartych poglądów zakrawa na próby łączenia wody z ogniem.

 

Sposób rozumowania Huyssena niesie ze sobą możliwość nowego spojrzenia na sprawę literatury zaangażowanej, która stała się kością niezgody wśród polskich krytyków i naukowców. Podobne rozwiązanie problemu proponował Jankowicz, pisząc w artykule Jak być dziś krytyczką wśród pisarek, iż nie liczy się sam gest zaangażowania, lecz sposób jego wykonania. Niestety myśl ta nie została dostatecznie rozwinięta w dalszej części artykułu. A szkoda, bo z pewnością rozwiązuje ona wiele kwestii spornych. O co konkretnie chodzi? O połączenie tego, co estetyczne, z tym, co polityczne. Choć postulat ten brzmi znajomo (co z pewnością wytknęłaby mi Orska), to jest on najlepszym wyjściem z powstałego impasu. Założeniem tego projektu jest rozpowszechnione stwierdzenie, iż literatura nie jest jednym z wielu języków komunikacji. Inaczej: owszem jest jednym z wielu dostępnych kanałów społecznego porozumiewania się, ale ustrukturyzowanym w zupełnie inny sposób niż na przykład język mediów czy polityki. Tego aspektu nie wolno w żaden sposób lekceważyć i spychać go do podrzędnego kryterium, co z pewnością czyni Stokfiszewski, powołując się na dzieła o dość lichej wartości artystycznej. Po drugie, to co uznać można za polityczne nie jest jedynie domeną treści dzieła. Przykłady na to podaje Jankowicz w swoim artykule. Konieczne w zaistniałej sytuacji jest ponowne, mocne wyartykułowanie poglądu, iż każda zajmowana przez nas pozycja, każde działanie, każdy akt twórczy jest polityczny.

 

Trzeba rozstać się z utopijną wizją edukowania mas za pomocą kultury, którą to myśl za wszelką cenę stara się wskrzesić Stokfiszewski. Powiedzmy sobie szczerze: nie ma możliwości, by idee wypracowywane na uniwersytetach trafiały pod strzechy domostw w stanie czystym. Tym samym bezsensowna jest walka z „popularną ontologią”. Przypomina ona walkę z wiatrakami. Jedyne, czego można dokonać, to spowodować przesunięcia w jej obrębie. Tu powracamy do Foucaulta, tym razem obalającego mit otwartej rewolucji. I choć zapewne powolne i kompromisowe działania Stokfiszewskiego nie satysfakcjonują, to nie ma innego wyboru. O skuteczności przemian opartych na drobnych i wydawałoby się nic nie znaczących krokach niech niedowiarków przekonają ruchy kobiece czy mniejszościowe, działające na przestrzeni ostatnich dwóch wieków.

 

Czy możliwe jest w takim wypadku przegonienie chmur znad polskiej krytyki i twórczości? Zapewne niezupełnie i nie ma się co łudzić, że kiedykolwiek zobaczymy czyste niebo. To jednak nie powinno odbierać w żaden sposób sił i ochoty, do walki o nową wizję literatury. Wielu zapewne uzna moją propozycję za utopijną i być może będą mieli w tym wiele racji. Jednak utopie zawsze miały to do siebie, że popychały do działania, do zmiany. Gdyby nie one, z pewnością nie moglibyśmy mówić ani o polskich pisarkach, ani tym bardziej o krytyczkach czy postmodernistkach.