Internet, e-demokracja, telewizja gatunków – nowe sposoby emancypacji „obywatelskości” czy złudne nadzieje na zwiększenie aktywności obywateli?

Autor: Jasiu Kruszyński

 

Cyklicznie pojawiają się w mass-mediach poglądy i stwierdzenia dotyczące kryzysu społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Ze szczególną intensywnością występują one wokół wyborów czy to parlamentarnych czy samorządowych. Kolejne autorytety socjologiczne próbują szukać przyczyn tak niskiej frekwencji wyborców w kolejnych głosowaniach czy referendach, jakie miały miejsce na przestrzeni ostatniego szesnastolecia. Szukanie przyczyn jest jak polowanie na mitycznego Yeti – tak naprawdę nikomu się ta sztuka nie udaje, choć wszyscy zarzekają się, że znają odpowiedź; trąci to z lekka kazuistyką, a odpowiedzi zależą jedynie od proweniencji politycznej ekspertów.W sposób dość lapidarny mogę przedstawić kilka zasłyszanych opinii: mamy więc zmęczenie elitami, pozorne roszady na stołkach u szczytu władz przez ciągle te same postaci, zniechęcenie społeczeństwa polskiego do demokracji – sześć złamanych reguł demokracji, zawierających się w następujących stwierdzeniach:
1. jednostka traci na znaczeniu, liczą się korporacje (korporacjonizm), a człowiek czuje się zagubiony; sądzi, iż sam jeden nie znaczy nic i jego głos jest bez znaczenia
2. dominują interesy partykularne zamiast interesu pro publico bono
3. istnieją elity i kategorie zabiegające o swoje wpływy kosztem ogółu
4. demokracja jako pewna wykładnia myślenia ma określony zasięg: nie przeniknęła ona bowiem do wszystkich dziedzin życia (jak na przykład rodzina i jej wewnętrzne stosunki czy relacje jak na przykład układ rodzice-dzieci)
5. istnienie władzy niewidzialnej w postaci służb specjalnych czy mafii; już Immanuel Kant twierdził, iż władza powinna być „przezroczysta” tzn. żadne działanie nie powinno zostać przeprowadzone jeżeli reguły, na jakich się opiera, nie mogą być upublicznione
6. istnienie niewykształconych i niezaangażowanych obywateli nie interesujących się sprawami politycznymi

Sytuacja przypomina z lekka społeczną paranoję: wszyscy pozornie wiemy co nie funkcjonuje właściwie, jednak z głosowania na głosowanie, z wyborów na wybory, jest coraz gorzej – mówiąc krótko i dobitnie mamy do czynienia ze zjawiskiem równi pochyłej. Dlaczego wcześniej stwierdziłem, iż tak naprawdę nikt nie wie dlaczego tak się dzieje, iż dokonywana jest przez socjologów nieuprawniona ekstrapolacja? Bo gdyby było odwrotnie, to z frekwencją z wyborach nie mielibyśmy problemu, a tym bardziej z istnieniem społeczeństwa obywatelskiego w Polsce.
Conta facto, iż polskie społeczeństwo obywatelskiego to mrzonka, będę starał się pokazać nowe możliwości emancypacji zjawiska „obywatelskości”, zarówno nowe zagrożenia jak i szanse. Chciałbym się skupić w poniższym eseju na trzech elementach: Internecie, koncepcji ”e-demokracji” i tak zwanej „telewizji gatunków”.

Pierwsze połączenie Polski z Internetem nastąpiło 17 sierpnia 1991 roku. Do 1994 roku polski Internet był prawie wyłącznie siecią akademicką a jedynym operatorem Internetu w Polsce była instytucja o nazwie NASK (Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa), działająca początkowo w ramach Uniwersytetu Warszawskiego, a od grudnia 1993 roku do dziś jako samodzielna Jednostka Badawczo-Rozwojowa podległa Komitetowi Badań Naukowych.
Na dzisiejszy dzień w Polsce Internet nie jest jeszcze medium masowym, ponieważ nie spełnia wszystkich koniecznych warunków. Z definicyjnego punktu widzenia istnieją 2 typy uwarunkowań, które muszą zostać spełnione abyśmy mogli mówić o medium masowym:
1. techniczne
2. społeczno-demograficzne
Pierwsze jest związane z wymogiem dostarczenia tych samych treści w jednakowym czasie, drugie natomiast wymaga istnienia dostatecznie dużej anonimowej liczby odbiorców zróżnicowanych społecznie. Internet, gdy mówimy oczywiście o warunkach polskich, nie spełnia tego ostatniego kryterium z prostych bardzo powodów: na polskiej wsi występuję sporadycznie, przeciętna osoba korzystające z jego zasobów ma wykształcenie średnie lub wyższe, niewielki jest także odsetek osób starszych korzystających z tego medium.
Biorąc pod uwagę liczby, w Polsce korzysta z niego około 30% społeczeństwa, mamy około 10 milionów uczestników Internetu (ta liczba cały czas rośnie…), którzy korzystają z jego zasobów conajmiej raz w miesiącu; jednak 78% korzystających to ludzie pomiędzy 17 a 19 rokiem życia, z czego prawie połowa, bo 48%, to kobiety. Da się w takim razie obronić tezę, że istnieje silna bariera wiekowa i społeczno – środowiskowa wśród naszych rodaków (prawie 30 % użytkowników Sieci, 3 mln, mieszka w pięciu największych miastach, polscy internauci to osoby o wyższym niż przeciętny statusie społecznym i majątkowym oraz najczęściej osoby dobrze wykształcone. Co trzeci użytkownik Internetu zalicza się do grupy prywatnych przedsiębiorców, przedstawicieli wyższej kadry kierowniczej i reprezentantów wolnych profesji czy pracowników biurowych. Z Internetu korzysta 40% ogółu pracowników umysłowych.)
Internet jest przede wszystkim narzędziem komunikacji: sprawnego przekazywania informacji i łatwego do nich dostępu. Wydaje się, że co do tego panuje w społeczeństwie znaczne niezrozumienie. Spora część użytkowników prywatnych traktuje Internet głównie – jeśli nie wyłącznie – jako narzędzie rozrywki. Duży udział w tym podejściu ma młodzież, stanowiąca sporą część użytkowników Internetu, która zazwyczaj podchodzi do Sieci w sposób bardzo entuzjastyczny, ale zarazem niezwykle powierzchowny. Dla przykładu można przytoczyć nazwy wielce popularnych gier internetowych jak „Counter Strike” czy „World of Warcraft”; dużą popularnością cieszą się także serwisy randkowe oraz wszelkiej maści i tematyce „chat–roomy”. Podobne jest podejście do Internetu większości firm: posiadanie witryny WWW stało się bardzo modne i popularne, w związku z czym niemal każdy stara się taką witrynę sobie założyć. Jednak z reguły już po jej utworzeniu jest ona traktowana jak przysłowiowe „piąte koło u wozu”, które bardziej nastręcza problemów niż pomaga. „Internetowy PR” jest w Polsce jeszcze „w powijakach”.
W naszym społeczeństwie wciąż znikome jest zrozumienie znaczenia informacji i narzędzi do jej przetwarzania. Choć słowo „Internet” słyszał prawie każdy, niewiele osób zdaje sobie sprawę, jakie tak naprawdę mogą być jego możliwości w zwykłym codziennym życiu. Tymczasem już dziś istnieje w polskim Internecie szereg serwisów dostarczających przydatne i konkretne informacje, które są niedostępne lub trudno dostępne inną drogą.
Wydaje mi się, że rozwiązaniem tego problemu jest przede wszystkim edukowanie społeczeństwa o korzyściach jakie – niekoniecznie materialne – można osiągnąć dzięki „surfowaniu” w sieci. Edukowanie nie tylko poprzez szkołę, z czym najczęściej się to słowo kojarzy, ale przez różnego rodzaju działania publiczne, konferencje (takie jak np. tarnowska „Miasta w Internecie”), demonstracje szczegółowych zastosowań, etc. Szczególnie wskazane byłoby wsparcie tego typu inicjatyw ze strony władz samorządowych czy lokalnych.
Z drugiej strony, trzeba ze wszelkich sił wspierać tworzenie serwisów internetowych np. miejskich czy gminnych (faktycznie zawierających informacje przydatne dla mieszkańców, a nie mających charakter folderu promocyjnego), nawet, jeżeli początkowo wydawałoby się to działaniem wymierzonym „w pustkę”. Większy popyt na korzystanie z Internetu nie powstanie, jeżeli nie „zainwestujemy” atrakcyjnej zawartości treściowej o wysokim poziomie merytorycznym. Jeżeli przysłowiowy Kowalski będzie wiedział, że przez Internet dowie się wszystkiego o tym, w jaki sposób załatwia się konkretną sprawę w urzędzie miasta, w którym pokoju i jakie potrzebne są do tego dokumenty, jeżeli będzie mógł natychmiast odszukać najbliższy warsztat samochodowy bądź znaleźć w mieście sklep z artykułami dla wędkarzy, jeżeli będzie wiedział, czy w miejscowości, do której wybiera się na weekend są jeszcze wolne miejsca noclegowe i będzie mógł od razu dokonać rezerwacji, wówczas ów Kowalski w znacznie większym stopniu zainteresuje się korzystaniem z Sieci. Niemałą rolę do spełnienia zdaje się tu mieć też upowszechnienie urządzeń typu WebTV, pozwalających na korzystanie z Internetu bez komputera, za pomocą telewizora, w nieco podobny sposób jak korzysta się z telegazety. Wiele osób wciąż jeszcze odczuwa obawę lub niechęć w stosunku do komputera, a tego typu urządzenia pozwoliłyby im korzystać z dobrodziejstw Sieci bez jego pośrednictwa. Warto też – wzorem krajów zachodnich – upowszechniać możliwości bezpłatnego korzystania z zasobów informacyjnych Internetu np. w bibliotekach publicznych, czy za pomocą ustawionych w ogólnie dostępnych miejscach tzw. „kiosków informacyjnych”, tu jednak rzecz jasna niezbędne byłyby określone inwestycje finansowe ze strony miasta czy gminy.
Patrząc na doświadczenia światowe, w rozwoju Internetu możemy wyróżnić cztery etapy: Pierwszą fazę – fazę zastosowań wyłącznie akademickich – mamy już w Polsce za sobą. Powoli opada też fala jego traktowania jako rozrywki; choć oczywiście zastosowania te zawsze będą obecne, nie powinny jednak dominować. Obecnie polski Internet wchodzi w etap zastosowań biznesowych: coraz więcej mówi się o sklepach internetowych, elektronicznym marketingu i reklamie, choć ciągle więcej się w tym zakresie mówi niż robi w praktyce. Ostatnia faza – faza wykorzystania Internetu jako powszechnego medium komunikacyjnego w społeczeństwie – jeszcze ciągle przed nami.
Oby udało się ją osiągnąć możliwie prędko. Bowiem aktywizacja obywateli, która miałaby przyjąć charakter masowej, jest tylko możliwa, jeżeli zmieni się optyka postrzegania Internetu: w tym może być nam pomocna możliwość przesyłania darmowych sms-ów w przypadku organizowania spontanicznych manifestacji czy „smart-mobów”. „Bystry tłum” to pojęcie zaproponowane przez Amerykanina Howarda Rheingolda w książce „Smart Mobs: The Next Social Revolution” (z 2002 roku), na określenie nowych form zachowań zbiorowych, które są możliwe dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technologii komunikacyjnych, jak Internet i telefonia komórkowa, do koordynacji działań tłumu i innych form działania zbiorowego. Cytowanym przez Rheingolda przykładem ”bystrego tłumu” jest pokojowa demonstracja zorganizowana w 2001 roku w Manili stolicy Filipin na placu Epifanio de los Santas Avenue (znanym jako „Edsa”), którą udało się przeprowadzić dzięki rozsyłanym przez ruch opozycyjny wiadomościom SMS o treści: „Go 2EDSA, Wear black” („idź na EDSA, ubierz się na czarno”). W ciągu 75 minut udało się zgromadzić 20 tys. osób. To my sami, jako użytkownicy Internetu, musimy podjąć decyzję o przeznaczeniu tegoż medium. W moim pojęciu jest to duża szansa, która nie powinna zostać zmarnowana.

Koncepcja ”e-demokracji” jest pochodną koncepcji rozwoju obywatelskości w Internecie. W bardzo krótkim czasie ukutych zostało kilka terminów mających za zadanie nazwać ten rodzaj zaangażowania obywateli: „teledemokracja”, „demokracja cyfrowa”, „demokracja wirtualna”. Najdalej chyba posunęli się w tej dziedzinie Kamarck i Nye nazywając swoją książkę „Demokracja.com”. Pomijając kwestię semantyki, chodzi tutaj o model demokracji bezpośredniej sensu stricte, czyli przeniesienie władzy ze zbiurokratyzowanych struktur reprezentacyjnych z powrotem w ręce „zwykłych, szarych ludzi”. Celem jest tutaj jak największa emancypacja obywateli i zwiększenie ich świadomości sprawstwa. Możemy tutaj mówić o specyficznej próbie „rewitalizacji” społeczności i odbudowie struktur zarówno na poziomie mikro- jak i makro-.
Wyróżnić możemy 4 główne płaszczyzny „e-demokracji”:
1. elektroniczną biurokrację – relacje obywateli z organizacjami biurokratycznymi każdego szczebla., wszelkiego rodzaju dokumenty w formie elektronicznej, składanie podań czy różnego rodzaju wniosków
2. zarządzanie informacją polityczną – zapewnienie sieciowej informacji o działalności ciał przedstawicielskich, struktur rządowych czy sądowniczych każdemu obywatelowi na serwisach internetowych czy osobiście każdemu na e-mail
3. procedury demokracji bezpośredniej sensu stricte - wypowiadanie się obywateli na forum publicznym, możliwość uczestnictwa w referendach czy wyborach bez konieczności fatygowania się do lokalu wyborczego (szczególnie taka możliwość jest ważna dla osób starszych, niepełnosprawnych i samotnych)
4. budowa społeczeństwa obywatelskiego – odbudowa i petryfikacja więzi lokalnych, pobudzenie dyskursu publicznego czyli mówiąc krótko budowanie „Lebensweltu” odwołując się do terminologii Jurgena Habermasa.

Podejście to budzi wiele kontrowersji, pojawia się pytanie o redefinicję klasy politycznej i ich roli a także ich wpływ na życie każdego Polaka. Mielibyśmy wtedy nową grupę bezrobotnych – bezużytecznych już zawodowych polityków, gdyż każdy z nas mógłby występować w takiej roli. Kolejnym problemem jest sprawa organizacji i zarządzania tego typu internetowymi głosowaniami, przedstawianie projektów ustaw, możliwości wnoszenia poprawek, oprotestowywania określonych rozwiązań. Istnieje dużo znaków zapytania, niejasności czy wątpliwości co do sensowności założeń tego projektu ale z drugiej strony, patrząc na życie polityczne w Polsce i obsadę dwóch tek najświeższych wicepremierów, zastanawiam się czy nie byłoby to o niebo lepsze rozwiązanie.
Koncepcja „e-demokracji” jest olbrzymią szansą na aktywację biernych dzisiaj Polaków. Jednak, biorąc pod uwagę dane statystyczne, jest to raczej, jak to ujął oniegdaj pewien poeta, „pieśń przyszłości” bowiem liczba użytkowników Internetu w Polsce jest ciągle zbyt mała aby móc sensownie na ten temat rozmawiać bez poczucia, że dyskutujemy o czymś, co jest rozumiane w kategoriach „political science-fiction”, jednakże ”każda utopia, nawet daleka i a priori nie osiągalna kreśli horyzont dążeń i oświetla działanie”

Kolejne pytanie, które pojawia się w kontekście obywatelskości, jest pytaniem o rozwój telewizji jako głównego, najbardziej popularnego i najszerzej dostępnego mass-medium w Polsce. Instytucja telewizji ulega nieustannym przemianom ewoluując do telewizji w pełni interaktywnej. Obecnie jednak możemy mówić o zjawisku, określonym jako „telewizja gatunków”. Rozwijając ten termin, możemy wyróżnić trzy główne jej działy, a mianowicie:
1. film
2. rozrywka
3. informacje

W przypadku filmów zasada stosowana przez wszystkie kanały telewizyjne jest następująca: sensacja, horror, erotyka na pierwszym miejscu w najlepszym czasie antenowym a tak zwane „filmy offowe” czy „kino zaangażowane” w późnych godzinach nocnych i na dodatek niezmiernie rzadko. Parytetem jest szeroko rozumiana „zabawa”, co jest konsekwentnie w naszej telewizji realizowane; pomijając chyba jedynie kanał TV TRWAM. Oczywiście istnieją także kanały jak „Ale kino”, „TVP Kultura” czy „Kino polska” pokazujące reportaże, klasykę światowego tudzież polskiego kina. Grupa docelowa takich kanałów jest jednak niewielka, dlatego uważam, że są one tylko i wyłącznie wyjątkiem od reguły „równania w dół”, czyli pokazywania idiotycznej „papki” reklam, oper mydlanych, seriali, teleturniejów.
Sfera „rozrywki” jest niezwykle pojemna definicyjne, ale najpopularniejszymi programami tej kategorii są przeróżne teleturnieje, traktowane jako rodzaj specyficznego widowiska, które koncentrują się w głównej mierze na testowaniu wiedzy i umiejętności, które możemy podzielić na cztery rodzaje:
1. wiedza faktualna i akademicka np. „Wielka Gra”
2. wiedza o charakterze codziennym, testowanie znajomości z dziedziny popkultury np. ”Jaka to melodia?”
3. wiedza o charakterze społecznym np. „Big Brother”, późniejsze „sequele” i jego wszystkie modyfikacje
4. wiedza o konkretnych jednostkach czy naszych najbliższych np. „Czar par”

Historia teleturniejów sięga przełomu lat 40tych i 50tych; ich ojczyzną są Stany Zjednoczone i rok 1955 – wtedy pojawił się na kanale CBS teleturniej „Pytanie za 64 tysiące dolarów”; pierwszy polski teleturniej to rok 1958 i „Krzyżówka z papugą”, z kolei 4 lata później na licencji włoskiej pojawia się „Wielka Gra”, która w polskiej telewizji zrobiła niesamowitą karierę.
Współczesne polskie teleturnieje, które w większości są „kalką” programów zachodnich oscylują wokół następujących elementów:
1. panowania nad uczuciami: strach np. „Czynnik Strachu”
2. wiedzy o charakterze partnersko-rodzinnym np. „Poznańscy”
3. talentów np. „Taniec z gwiazdami”, „Idol” czy „Droga do gwiazd”
4. zdolności do transgresji uczuć, np. wstyd w połączeniu z wszelkim „reality show”
Teleturnieje możemy potraktować jako swoiste lustrzane odbicie hierarchii wartości, sposobów postępowania czy zachowań, które są cenione w danym społeczeństwie. Dzięki nim możemy się dowiedzieć:
1. co jest ważne i istotne społecznie: promowanie postaw konformistycznych, konsumenckich i systemu kapitalistycznego
2. co prowadzi do sukcesu, inaczej jakie rodzaje kapitału są w życiu niezbędne – głownie nagrodami są pieniądze i tak zwane „gifty materialne” a także „społeczna widzialność”, jak w przypadku osoby Sebastiana Florka z I edycji „Big Brother”
3. jaką rolę pełni współcześnie telewizja: cenzora, mentora, rzecznika dobrego smaku i gustu (TVN Style), patrona, tłumacza czy prawodawcy

Pomimo olbrzymiej różnorodności teleturniejów w Polsce są one skoncentrowane na wywoływaniu uczucia przyjemności u widza, które można podzielić na pięć kategorii:
1. dokonywanie samooceny
2. pozorna integracja z innymi (relacje paraspołeczne)
3. przyjemność ekscytacji
4. edukacja (wiedza o charakterze krzyżówkowym)
5. eskapizm, wyobrażenie siebie w roli grającego

Programy informacyjne, biorąc pod uwagę hipotezę „porządku dnia codziennego” określają to, o czym myślimy podając wyselekcjonowane i poddane wcześniej obróbce informacje. Istotne staje się dla nas to, co zostało zaprezentowane medialnie – w innym przypadku informacje nie mają szansy zaistnienia w społecznej świadomości. Programy te są perfekcyjnie wyreżyserowanym spektaklem, któremu po pierwsze daleko do obiektywizmu, bowiem różny klient (odbiorca) determinuje różne opinie na temat tego co słuszne i właściwe. Po drugie, gdyby analizować świat tylko poprzez pryzmat tego typu programów, to oprócz wojen, śmierci, morderstw, pedofilii, skorumpowanych i sprzedajnych polityków, patologicznych rodziców, wyrodnych uczniów i całej gamy podobnych tragedii i nieszczęść, niczego innego na nim byśmy nie znaleźli. Po trzecie, dzięki takim kanałom, jak TVN 24 mamy złudne poczucie kontrolowania otaczającej nas rzeczywistości poprzez fakt informowania nas na bieżąco o tym, co aktualnie ma miejsce czy to w polskim Sejmie podczas obrad czy sytuacji skaczących ludzi z wież Word Trade Center.

Konsekwencje obecnego stanu telewizji są więc następujące: doszło relatywnie do zmniejszenia różnorodności programowej, kategoria „gatunku” stała się podstawą jej istnienia we współczesnym świecie; pojawił się także „format” czyli precyzyjny przepis czy recepta określająca charakter danego programu (przykładem może być „Big Brother” i późniejsze jego kontynuacje). Ogólnie mówiąc stan polskiej telewizji wpisuję się w koncepcje „dialektyki oświecenia” i „przemysłu kulturowego”, gdzie produkuje się proste treści, niewyszukane, dla widza o przeciętnych potrzebach kulturowych, gdzie podstawowym kryterium jest kategoria zysku. Bardzo mało w polskiej telewizji, szczególnie w telewizji pretendującej do miana publicznej, jest tak zwanej „misji” w postaci programów edukacyjnych i to nie tylko dla najmłodszego widza. Konotuje to następujące fakty:
1. dochodzi do destrukcji wartości emancypacyjnych par excellence
2. wytwarzana jest fałszywa świadomość co do naszych potrzeb, które są permanentnie intensyfikowane poprzez reklamy, których ilość graniczy już z obłędem
3. dochodzi do powstania swoistej autocenzury samych twórców, którzy zgodnie z zasadą „równania w dół”, tworzą programy o znikomej wartości żeby nie powiedzieć, że o żadnej
4. podstawowym zaś wygranym jest sama telewizja, która socjalizuje nas do wizji zaproponowanej i kontrolowaną wyłącznie przez nią samą

Wnioski, są raczej pesymistyczne w swojej wymowie: jedynie Internet stwarza możliwość ponownej „aktywacji” polskich obywateli w wymiarze jednostkowym jak i grupowym. Jednak jest on tylko nośnikiem, płaszczyzną stwarzającą takie rozwiązania a to, czy będziemy za jego pomocą bardziej świadomi i bardziej zaangażowani społecznie zależy tylko od nas samych.