In vitro po włosku

Autor: Krzysztof Kasparek

 

Od przeszło roku do dyskursu publicznego w Polsce włączyło się kolejne ogniwo zapalne- problem kształtu ustawy regulującej możliwość zapłodnienia „in vitro”.

Niestety, podobnie jak większość tematów ocierających się o problematykę z zakresu bioetyki spotyka się ona z niemalże całkowitym pominięciem opinii ekspertów w dziedzinie medycyny, biologii oraz innych nauk eksperckich. Podobnie jak w sprawie przymusowej „kastracji chemicznej” osób skazanych za czyny pedofilne w myśl art. 200- 204 K.K., wliczaniu homoseksualizmu w poczet parafilii, czy powoływaniu się na „badania” wykazujące większy odsetek zachowań pedofilnych wśród homoseksualistów w mediach widzimy i słyszymy niemalże wyłącznie polityków, biskupów i ideologów z prawej lub lewej strony, grzmiących na nas z trybuny sejmowej, ambony albo stron dzienników.

 

W przemowach tych pada wiele emocjonalnie nacechowanych słów takich jak „moralność”, „duch katolicki” „dobro społeczeństwa” „duch postępu”.

Wypowiedzi merytoryczne, osób faktycznie znających się na zagadnieniu, będących ekspertami w danej dziedzinie giną w tłumie słownych przepychanek, utarczek erystycznych i zabiegania o głosy wyborców. Próbuje się sięgać po narzędzia takie jak referendum, czy sondaże, których wartość jest moim zdaniem, delikatnie mówiąc znikoma. Co z tego że X% społeczeństwa chciałoby (albo nie) przymusowej kastracji pedofili, gdy znakomita większość z nich nie ma bladego pojęcia czym jest jednostka diagnostyczna jaką jest pedofilia, a tym bardziej, na czym polega i jak wygląda kastracja chemiczna.

 

Studenci nauk społecznych pobierając nauki z zakresu metodologii uczą się o zjawisku zwanym „błąd znawstwa”. W skrócie polega on na błędnym założeniu projektującego badania nt. znajomości osób badanych problemu zawartego w pytaniu. Moim skromnym zdaniem dokładnie ten sam błąd popełniają twórcy sondaży i referendów dotyczących w/w problemów.

 

Stopień świadomości polskiego społeczeństwa dotyczący problematyki in vitro jest w mojej opinii gorszy niż mierny. Gdyby pokusić się o rekonstrukcję wyniesionego z mediów stanu wiedzy przeciętnego Kowalskiego- wyglądałby on mniej więcej tak:

 

- Są embriony, które biorą się z próbówki.

 

- Hoduje je sztucznie [bardzo ważne słowo] naukowiec w jakimś laboratorium.

 

- Część z nich zabije a część umieści w przyszłej mamie.

 

Pytanie jakie stawia sobie przeciętny Kowalski to (powtarzając za wypowiedziami w mediach):

 

- Czy mogę pozwolić bawić się temu uczonemu w Pana Boga i dać mu możliwość projektowania ludzi?

 

- Czy mogę pozwolić by wybrał, które embriony przeżyją a które nie?

 

- Komu mogę pozwolić na skorzystanie z takiego zabiegu?

 

- Czy dawcami tych embrionów może zostać ktoś inny niż rodzice dziecka?

 

 

Dodam, że jest to bardzo optymistyczna próba rekonstrukcji stanu wiedzy.

 

Jak widać nie ma w nim miejsca na informacje o tym jak przebiega proces zapłodnienia, jak przebiega sam proces umieszczenia zarodka w macicy, jakie towarzyszy temu ryzyko, jaka jest średnia przeżywalność, jak wyglądają aktualne regulacje prawne w tym zakresie, czy chociażby, jakie modele obowiązywały/ją w innych krajach i jak się sprawdzały/ją.

 

Czym skutkuje brak wiedzy przy podejmowaniu takich ważnych decyzji?

 

Pominę tu projekt „Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej Contra in vitro” (to od nich można było usłyszeć porównania In vitro do aborcji), który został już odrzucony przez Sejm RP.

 

Proponuję natomiast przyjrzeć się projektowi ustawy stworzonej przez Bolesława Piechę. Przewiduje ona całkowity zakaz metody in vitro. Co ciekawe już zamrożone zarodki mają zostać wszczepione biologicznym matkom (czyli posługując się dużym uproszczeniem wykonaniem zabiegu in vitro na dawczyniach gamet) lub poddane adopcji (ponownie w dużym uproszczeniu dokonanie in vitro, z tym że na kobietach które przyjmą embriony wyhodowane bez udziału ich gamet). Mamy więc do czynienia ze zwalczeniem in vitro metodą in vitro.

 

Podobnie obrazoburczo do obecnego dorobku wiedzy ma się projekt Jarosława Gowina. In vitro mogą wykonać jedynie małżeństwa cierpiące na bezpłodność obojga lub jednego z partnerów. Zakazuje on tworzenia zarodków zapasowych. Oznacza to, że wszystkie wytworzone embriony muszą być wszczepione jednorazowo do macicy (zapewne poseł ukochał ciąże mnogie). Zabrania również korzystania z gamet pochodzących od innych dawców (być może objawia się tu darwinizm społeczny- ludzie obciążeni genetycznie z większym ryzykiem wydadzą na świat dzieci obciążone genetycznie, a dobór naturalny załatwi resztę.) .

 

Podobnie projekt zespołu Małgorzaty Kidawy- Błońskiej przewiduje zabieg in vitro jedynie dla bezpłodnych par heteroseksualnych tylko (tak jak w przypadku J. Gowina nie straszne jej I prawo Mendla). Pary będą mogły w jego myśl selekcjonować zarodki, które zostaną wszczepione. Te, które nie zostaną zaimplantowane nie zostaną zabite a jedynie zamrożone niczym Walt Disney czekając na … mniej wybrednych rodziców? „Lepsze czasy”? A może pobranie z nich komórek macierzystych? (Choć nie sądzę by ostatnie z rozwiązań ucieszyło pomysłodawców).

 

Jedyny (sic!) ekspercki spośród 5 planów przygotowanych w ramach głosowania ustawy o in vitro nosi nazwę„Projekt Społeczny”. Także jako jedyny zauważa zjawisko, jakim jest współczesna genetyka i możliwość sprawdzenia obciążenia genetycznego ze strony rodziców. Umożliwia takim właśnie parom wykonanie zabiegu sztucznego zapłodnienia ze zmniejszeniem zagrożenia powstania embrionu z wadą podlegającą dziedziczeniu (Gamety mogą zostać pobrane od osób trzecich). Zabiegowi mogłyby również poddać się osoby samotne oraz oczywiście pary cierpiące na bezpłodność. Podobnie jak w planie Kidawy-Błońskiej- możliwe jest selekcja zarodków, jednak to, co stanie się z „odrzuconymi”(śmierć bądź zamrożenie) pozostaje w decyzji biologicznych rodziców. Przykrą sprawą dotyczącą owego projektu jest fakt, że podpisali się pod nim jedynie posłowie lewicy, co czyni go niestety związanym z pewną określoną ideologią. Nie mniej jest to projekt najszerzej uwzględniający osiągnięcia w dziedzinie genetyki i kontroli narodzin.

 

 

Ku mojemu zaskoczeniu w dzisiejszej (18 IX 09) GW pojawił się rzadko spotykany jak na tę tematykę wywiad ekspercki z P. prof. E. Torillazizi- etykiem medycznym z Uniwersytetu Foggia. P. prof. opowiada w nim, co dzieje się, gdy ideologia i (przykro mi, że muszę użyć tego słowa) ciemnota, decyduje o kształcie i regułach w sprawach, na których się nie zna i znać nie chce.

 

Włoski parlament uchwalił w lutym 2004 r. bardzo restrykcyjna ustawę w sprawie in vitro, w myśl której:

 

- Maksymalnie możliwe jest stworzenie 3 embrionów

 

- Zakazano diagnostyki preimplantacyjnej (w dużym uproszczeniu zabieg pozwalający stwierdzić, które z embrionów są zdrowe)

 

- Wszystkie stworzone embriony zostają wszczepione do macicy.

 

- Zakazano korzystania z cudzych komórek rozrodczych.

 

 

 

Pomijając efekty społeczne (podziemie, „turystyka in vitro”, bunt lekarzy etc.) jakie spowodowała źle rozpisana ustawa przytoczę wymienione przez P prof. efekty biologiczno medyczne jakie za sobą pociągnęła. Były to między innymi:

 

- wzrost liczby dwojaczków i trojaczków urodzonych w efekcie in vitro (% ciąż trojaczych we Włoszech sięga dziś 2,7% wszystkich ciąż, średnia w Europie to 1,1%)

 

- wzrost liczby spontanicznych poronień

 

- wzrost liczby wewnątrzmacicznych zgonów płodów

 

- wzrost liczby ciąż pozamacicznych

 

Warto wspomnieć, że powyższe zmiany nastąpiły przy braku akceptacji środowisk włoskich lekarzy i cytując prof. Turillazzi „część z nich uznała to za zamach na swoją wolność i dalej robiła swoje”. Poza tym wiele włoskich par zdecydowało się na przeprowadzenie zabiegu w krajach o mniej restrykcyjnych przepisach. Można się więc pokusić o stwierdzenie, że powyższe niepokojące wskaźniki najprawdopodobniej wzrosłyby jeszcze bardziej, gdyby rzeczywista liczba wykonywanych zapłodnień in vitro w tym kraju przeprowadzono „po włosku”.

 

Czytając polskie pomysły na wygląd ustawy o in vitro, z których 4 na 5 proponowanych chce zafundować nam „drugą Italię” zastanawiam się, co jest rzeczywistym celem ustawodawców. Pozostaje tylko żywić nadzieję, że uda nam się wyciągnąć nauczkę z tej „włoskiej lekcji”. Kończąc pozwolę sobie ponownie przytoczyć słowa P. prof. Turillazzi i powiedzieć, że „Nie jest dobrze, gdy ideologia przysłania naukę i dobro obywateli”.