Głos studentów – Nie spisujcie nas na straty

Głos studentów – Nie spisujcie nas na straty

Mój głos jest poszukiwaniem trzeciej drogi, ponieważ wiele osób zakłada nieprzekraczalny podział na kształcenie akademickie i profesjonalne, a być może taką perspektywę powinniśmy odrzucić.

Truizmem będzie stwierdzenie, że jesteśmy uwikłani w kontekst przemian globalnego kapitalizmu, który doprowadził do sytuacji, którą zwykliśmy nazywać kryzysem uniwersytetu. Neoliberalny model edukacji już niemal w pełni skolonizował naszą peryferyjna naukę poprzez utowarowienie edukacji, standaryzację doświadczenia, skupienie na umiejętnościach rynkowych, tym samym zbliżając zajęcia uczelnianie do kursów dostarczających gotowe pakiety informacji. Ten kryzys będzie miał jednak charakter permanentny, co na co najmniej dekadę usankcjonowała ustawa o szkolnictwie wyższym. Przespaliśmy moment sensownego oporu i należy się jednak zastanowić co w sytuacji takich strukturalnych uwarunkowań możemy i co powinniśmy zrobić, żeby przetrwać – bo gra zdaje się toczyć już o taką stawkę. Oto kilka propozycji do przemyślenia.

Społeczeństwo postindustrialne nie obejdzie się bez szerokich mas z wykształceniem wyższym. Jednak standardy tego wykształcenia nie będą już przystawać do tego, co zwykliśmy postrzegać jako wykształcenie akademickie. Czas skończyć z postrzeganiem edukacji wyższej jako monolitu i dostrzec, że jakościowa dyferencjacja na kształcenie akademickie i zawodowe już się dokonała. Obrona klasycznego uniwersytetu w imię demokratyzacji wykształcenia to ślepa uliczka, w którą zabrnęliśmy w latach 90., a której efektem jest rzesza oszukanych absolwentów, których stopa zwrotu z edukacji okazała się niższa niż im obiecywali apologeci gospodarki opartej na wiedzy. Wielu z nich już na starcie było skazanych na niepowodzenie ale ich obecność na uczelniach zgrabnie przyczyniła się do tymczasowego obniżenia wskaźników bezrobocia. Młodsze pokolenie wymyka się  pędowi do wykształcenia za wszelką cenę i dostrzega funkcjonalną niezborność umasowionych uniwersytetów. Chcą się kształcić ale ich postulaty składają się na apel o zwrot w stronę kształcenia zawodowego (powtarzane do znudzenia hasło „więcej praktycznych zajęć”). Młodzi Polacy refleksyjnie zdają sobie sprawę z faktu, że modernizacja i bieg ku nowoczesności nie zakończy się dogonieniem innowacyjnych krajów Europy zachodniej (w co powszechnie wierzyliśmy jeszcze w latach 90.), ale że przesunęliśmy się na pozycję kraju półperyferyjnego dostarczającego tanią siłę roboczą dla centrum. W tej sytuacji nawoływanie do powrotu do modelu humboldtowskiego to obrona z pozycji konserwatywnych, która jest wodą na młyn dyskursu ministerialnego, który kreuje naukowców na feudalnych reakcjonistów.

Autonomia uczelni? O ile możliwa i pożądana jest niezależność uczelni od państwa i rynku rozumianych jako historycznie zmienny układu sił politycznych i rynkowych to przecież nie można postulować odseparowania od państwa i rynku pojmowanych jako instytucji. Być może warto w sposób otwarty zbliżyć się do dualnego modelu kształcenia, tj. podziału na wyższe kształcenie akademickie i zawodowe. Wtedy uczelnia może zapewnić sobie reprodukcję kadry jak i odpowiedzieć na zapotrzebowanie masowego rynku i jednocześnie przetrwać. Może nie brońmy się przed zamianą uczelni w szkołę zawodową, ale pomyślmy jak przy tym nie zamieniać seminariów w szkolenia.

W tej propozycji jest jedno zastrzeżenie. Komercjalizacja wiedzy i oferowanie kursów zawodowych problemów raczej nie rozwiążą problemu nauczania socjologii. Również nie jest rozwiązaniem tworzenie kolejnych pseudo-atrakcyjnych kierunków studiów. Trzeba raczej bronić pozycji, z której wynika, że kształcenie socjologiczne oferuje pewną wartość dodaną w stosunku do rozmaitych szkół biznesu i przedsiębiorczości – nie mamy z nimi co konkurować, bo zawsze będziemy mniej atrakcyjni w nauczaniu ich specjalności. W obecnej sytuacji rynkowej absolwenci zmuszeni do elastyczności będą co chwila uczestniczyć w jakichś szkoleniach, które będą miały na celu „dopasowanie ich kompetencje do zmieniających się okoliczności” ( kształcenie ustawiczne, Long-life Learning). Szkolenia dają zamknięta porcję praktycznej wiedzy – innymi słowy, w przypadku zmiany warunków konieczne są kolejne szkolenia. Jednak na studia idziemy zwykle tylko raz w życiu i to co może nam zaoferować socjologia, to przygotowanie do krytycznego odbioru i selekcji takiej spakowanej wiedzy „coachingowej” w naszej zawodowej przyszłości. Wyobraźnia socjologiczna to potężne narzędzie, które pozwala oddzielić ziarna od plew.

Tyle jeśli chodzi o paradygmat. Jakie praktyczne rozwiązania mogą nas do niego zbliżyć?

Państwo macie odpowiednie narzędzia, a ja chciałem o nich przypomnieć. Po pierwsze, siłą uniwersytetu jest kolektywne wytwarzanie wiedzy i poddawanie pod wątpliwość obowiązującego status quo. Studentów trzeba do tego zachęcać, bowiem zdążyli się już przyzwyczaić do modelu szkoleń. Przychodzą po gotową dawkę wiedzy, żądają usługi. Nie dyskutujmy czy mają do tego prawo, nie umoralniajmy ale pokażmy im alternatywny model. Bardziej wymagający, ale przynoszący zupełnie inne efekty, otwierający umysły na nowe możliwości wykorzystaniu własnej wiedzy. Mówię o tym na podstawie badań absolwentów przeprowadzonych przez studentów Karowej¹ – wynika z nich, że takie właśnie umiejętności absolwenci przypisują studiom socjologicznym. Kolektywne wytwarzanie wiedzy (z ang. collaborative learning) to dyskusja w grupie, zadawanie pytań, eksplikowanie innym własnego zdania i wzajemna ocena.  Kolektywne wytwarzanie wiedzy to przeciwieństwo szkoleń, które zakładają transfer wiedzy od wszechwiedzącego eksperta do tych, którzy są ignorantami. W modelu tym studenci nie odgrywają roli pasywnych recypientów wiedzy ale jej odkrywców – zbliża nas to metody majeutycznej. Taki model w oczywisty sposób impregnuje na konformistyczne podporządkowanie serwowanym pakietom gotowej wiedzy. Taki model Państwo znacie, ale próbuje Wam się wmówić, że jest skrajnie niesłuszny.

Aby wyraźniej zarysować opozycję między szkoleniami a kolektywnym wytwarzaniem wiedzy posłużę się metaforą E. Fromma – „tryb mieć” i „tryb być”. „Tryb mieć” jest dominującą cechą globalnego kapitalizmu: obsesja posiadania, mierzalności kapitałów. W edukacji „tryb mieć” oznacza: wkuwanie formułek, mechaniczne i instrumentalne pochłanianie zestandaryzowanych pakietów wiedzy. Natomiast „tryb być” w edukacji to samokształcenie, intelektualna trzeźwość, świadomość siebie i świata wokół nas. W praktyce „tryb być” zwiększa naszą zdolność do działania oraz „unaocznia wewnętrzne konflikty i konflikty życia społecznego, które są negowane przez ideologie. Uwalnia człowieka z iluzji na temat samego siebie”.  Trudno o lepszą szczepionkę na konformizm.

Wracając do kwestii kolektywnego wytwarzania wiedzy, jego elementem może być stworzenie w programie studiów i zajęć przestrzeni negocjacji. Szanujemy i studiujemy socjologiczną klasykę ale chcemy też czytać i studiować rzeczy, które dzieją się na bieżąco i które nas interesują. W obliczu dostępności ogromnej liczby publikacji nikt nie poczytuje wykładowcom za grzech, że nie czytają wszystkiego – ale czasem studenci też mają coś do zaproponowania. Tym samym uczy się nas nauka odpowiedzialności za kształtowanie własnego programu studiów i oducza przychodzenia po gotowe kursy. Nie są to postulaty abstrakcyjne, ponieważ wielu z nas uczestniczyło w takich zajęciach: na Erasmusie bądź w Polsce na starszych latach studiów.

Kolejnym krokiem zbliżającym nas do nowego paradygmatu edukacji, może być uwzględnienie faktu postulatu przewijającego się w debacie publicznej,  aby zapraszać praktyków do prowadzenia zajęć. I to jest święta racja, ale praktyków nie należy szukać poza uczelnią, bo to Wy nimi jesteście. W nowych warunkach jesteście Państwo rozliczani przede wszystkim z pracy naukowej, a nie z dydaktyki. Dlatego też,  na co dzień implementujecie wiedzę socjologiczną w rozmaity i ciekawy sposób. Nie spotkałem jeszcze w Polsce kogoś, kto by żył tylko z nauczania socjologii. Nie bójcie się pokazać nam w trakcie zajęć alternatywnych sposobów wykorzystania wiedzy socjologicznej – tych które znacie najlepiej, a nie tych zdefiniowanych arbitralnie w Krajowych Ramach Kwalifikacji.

Koło Naukowe Socjologii Publicznej w którym działam, promuje wizję socjologii zaangażowanej, która jest jednym z wielu alternatywnych sposobów wykorzystania tej wiedzy, ale stanowi dobry przykład. Chcemy, aby osoba zaangażowana w sferę publiczną otwarcie ujawniała własne, oceniające stanowisko i kryjące się za nim wartości. Wtedy dla studentów będzie jasne gdzie kończą się fakty, a zaczyna ocena, gdzie kończy się teoria a zaczyna ideologia, kiedy badacz jest w laboratorium a kiedy na barykadzie. Jednocześnie będziemy mogli zobaczyć inny wymiar socjologicznej wiedzy i tego co możemy z nią zrobić. Znacie Państwo badania i wiecie jak powszechne jest wśród studentów poczucie niepewności i zagubienia, poczucie że coś na ich edukacyjnej i życiowej drodze poszło nie tak. Wbrew implementowanej logice usługodawca-klient, dla wielu studentów kadra akademicka nadal stanowi autorytet i punkt odniesienia w procesie zawodowej i życiowej socjalizacji.

Nie bójcie się też samego zaangażowania. Wykładowca, który ustępuje pola w debacie publicznej, będzie w końcu zastąpiony przez zewnętrznego eksperta, a uczelnia jeszcze bardziej zmarginalizowana. Weźmy przypadek reformy szkolnictwa – akademicy stracili wpływ nawet na stosunki w obrębie uczelni. Sprawiło to, że ich studenci przestali postrzegać swoje kompetencje jako potencjalne narzędzia sprzyjające zmianie społecznej i wpadają w zniechęcenie – to oni już wolą te szkolenia, które im dają coś konkretnego do ręki.

Chociaż studiuję socjologię piąty rok, dopiero na studiach magisterskich zetknąłem się z zajęciami które realizują postulaty kolektywnego wytwarzania wiedzy jaki i pokazywania alternatywnych ścieżek. Możecie oczywiście Państwo powiedzieć, że młodsi studenci nie są dość dojrzali do takiej formy współpracy, ale stoimy w obliczu olbrzymiego dropoutu na studiach licencjackich (zdarza się, że połowa zrekrutowanych studentów nie dotrwa do licencjatu). Wiemy też, że mamy do czynienia z negatywną selekcją – dla wielu socjologia nie stanowi pierwszego wyboru. Dlatego tym bardziej trzeba w studentach rozbudzać i podtrzymywać pasję, a nie mieć pretensję o brak zaangażowania. Rozmawiamy z nimi i wiemy, że czują się studiami rozczarowani. Ci wytrwalsi, którzy doszli do studiów magisterskich raczej już takich pretensji nie zgłaszają. Wielu z Państwa oczywiście takie metody nauczania stosuje, ale rzecz w tym, żebyście nie ulegli presji i z nich nie rezygnowali. Wreszcie na co dzień spotykamy się z zarzutem, że brakuje nam wykształcenie ogólnego i kapitału kulturowego. Przepraszamy i bolejemy nad kondycją systemu edukacji, ale nie jest to wystarczający powód, by spisywać nas na straty.

¹Badania przeprowadzone przez studentów Instytutu Socjologii UW w ramach seminarium badawczego „Badanie ścieżek zawodowych absolwentów Karowej oraz badanie pracodawców” (2013) pod kierownictwem dr Agnieszki Jasiewicz-Betkiewicz

Referat wygłoszony na konferencji PTS „Socjologia i socjologowie we współczesnej Polsce” podczas panelu „Jak kształcić przyszłych socjologów?”, 24 stycznia, Pałac Staszica w Warszawie