Fahrenheit below zero, czyli o miażdżącej potędze kulis.

Autor: Piotr Prokopowicz

 

Jak próbuje Moore przekonać nas do tezy, że George Bush jest nieodpowiednim kandydatem na urząd prezydencki? Wbrew pozorom głównym orężem twórcy nie są wyważone argumenty, zgromadzone dużym wysiłkiem fakty czy też wypowiedzi ludzi pracujących wewnątrz administracji Busha. Okazuje się, że Moore w „Fahrenheicie” nie jest już dziennikarzem śledczym z „Roger and Me” – jest raczej mądrym błaznem i głupkowatym komediantem w jednej osobie, starającym się używać szyderczego śmiechu jako broni przeciwko prezydentowi USA. Technika, jaką próbuje się posłużyć w osiągnięciu tego celu, może jednak budzić poważne wątpliwości.Max Weber (zawsze warto zacząć od nazwiska Ojca Założyciela socjologii) w swoim monumentalnym dziele “Wirtschaft und Gesellschaft” opowiedział się za tym, aby oczyścić nauki społeczne z wartościowania, pozwalając im na uzyskanie nieskażonego uprzedzeniami oglądu zjawisk. Postulat neutralności aksjologicznej najwyraźniej jednak nie był, nie jest i miejmy nadzieję nigdy nie będzie możliwy do zastosowania w tak delikatnej materii, jaką jest sztuka. Dzieło, niezależnie od tego czy jest to wiersz pisany do szuflady przez sfrustrowanego nastolatka czy też skradziony z galerii obraz twórcy ekspresjonizmu, jest zawsze w pewnym stopniu przekazem określonej wizji świata, którą artysta uznał za adekwatną, prawdziwą lub po prostu za godną przedstawienia.

Podobnie sytuacja ma się z najnowszym filmem Michaela Moore’a, który przy odrobinie dobrej woli można uznać za dzieło sztuki. Pół-dokumentalny, pół-komediowy “Fahrenheit 9.11” ma bez wątpienia jasno określony cel, którego nie wypiera się nawet sam autor. Moore w każdym kadrze filmu zdaje się z przekonaniem mówić: “patrzcie, jak słabym, żałosnym a na dodatek uwikłanym w wątpliwe interesy naftowe prezydentem jest George W. Bush”. Pomimo, iż autor “Zabaw z bronią” nie skupia się zbyt dokładnie na politycznych dwuznacznościach związanych z wydarzeniami po 11 września (nie wspomina chociażby o masakrze w twierdzy Mazar-I-Sharif, w której rzekomy bunt wziętych do niewoli Afgańczyków został wykorzystany jako pretekst do pozostawienia Sojuszowi Północnemu wolnej ręki w załatwieniu prywatnych porachunków), film pokazuje wyraźnie dwa oblicza twierdzenia, iż po atakach terrorystycznych wszyscy staliśmy się Amerykanami. Z jednej strony – razem z mieszkańcami Stanów Zjednoczonych opłakujemy ofiary ataków, oburzamy się na okrucieństwo terrorystów, boimy się o losy świata. Z drugiej strony jednak, z dnia na dzień wszyscy stajemy w obliczu drugiej, równie nieprzewidywalnej co terroryści siły – kowboja z Texasu, któremu przypadło w udziale być najpotężniejszym człowiekiem na kuli ziemskiej. Zostawiając innym walkę z bojownikami islamskimi, Moore w “Fahrenheicie” zmierza się ze Stanami Zjednoczonymi George’a W. Busha. Bez jednej kuli reżyser z miasteczka Flint przeprowadza frontalny atak na Biały Dom, biorąc nas, widzów, jednocześnie jako zakładników i świadków całego wydarzenia.

Jak próbuje Moore przekonać nas do tezy, że George Bush jest nieodpowiednim kandydatem na urząd prezydencki? Wbrew pozorom głównym orężem twórcy nie są wyważone argumenty, zgromadzone dużym wysiłkiem fakty czy też wypowiedzi ludzi pracujących wewnątrz administracji Busha. Okazuje się, że Moore w “Fahrenheicie” nie jest już dziennikarzem śledczym z “Roger and Me” – jest raczej mądrym błaznem i głupkowatym komediantem w jednej osobie, starającym się używać szyderczego śmiechu jako broni przeciwko prezydentowi USA. Technika, jaką próbuje się posłużyć w osiągnięciu tego celu, może jednak budzić poważne wątpliwości.

Używając języka twórcy perspektywy dramaturgicznej w socjologii interakcyjnej, Ervinga Goffmana, można powiedzieć, iż Moore stara się dowieść swoich tez dotyczących prezydenta Stanów Zjednoczonych poprzez bezpośrednie wejście w kulisy jego życia codziennego. I tak widzimy George’a Busha, gdy niezręcznie tłumaczy się z przedłużających się wakacji na swoim rancho w Texasie, albo gdy stroi dziwne miny do kamery w przerwie między ujęciami. Charakterystyczne i znamienne dla całego filmu jest to, jak podczas pojawiania się napisów początkowych widzimy George’a Busha, Condolezzę Rice oraz Collina Powella w trakcie nakładania makijażu przed wystąpieniem telewizyjnym. To najlepsza zapowiedź tego, co zamierza robić Moore w “Fahrenheicie”. Ma zamiar zerwać z prezentacją tego, co na scenie, a uwypuklić to, co niedostępne przeciętnemu widzowi – życie w kulisach. Wystarczy przytoczyć chociażby scenę (znajdującą się nawet w zapowiedzi filmu), w której Bush po płomiennej wypowiedzi dla dziennikarzy o konieczności intensyfikacji działań antyterrotystycznych mówi “a teraz patrzcie na ten strzał” i z radością 12-letniego dziecka uderza kijem w piłeczkę golfową. Moore mówi tym samym: “tylko patrzcie – to właśnie ten dwulicowy głupek jest naszym prezydentem”, choć w rzeczywistości pokazuje jedynie człowieka, który porzucił na chwilę rolę prezydenta USA by stać się zwykłym farmerem grającym w golfa.

To, że technika gwałcenia kulis jest skuteczna można sobie bez trudu uświadomić wspominając chociażby wykorzystaną w ostatniej kampanii prezydenckiej sprawę ministra Siwca, który pocałował papieskim zwyczajem ziemię, licząc przy tym, że całe zajście nie będzie zarejestrowane przez towarzyszące mu kamery. Bardziej szokujące, ale wykorzystujące właśnie tę samą technikę manipulacji przekazem, są fragmenty filmu Moore’a przedstawiające żołnierzy amerykańskich z zapałem opowiadających o tym, jak wjeżdżając do płonącego Bagdadu za sterami czołgów i wozów opancerzonych słuchali piosenki zespołu “Bloodhound Gang”, gdyż jej słowa “The roof, the roof, the roof is on fire, we don’t need no water let the motherfucker burn” pasowały im do nastroju chwili.

Można jednak postawić pytanie – czego dowodzi Moore pokazując kulisowe zachowanie Busha i żołnierzy amerykańskich? Weźmy jeden, dość jaskrawy i szeroko dyskutowany przykład. Osobiście nie robi na mnie wrażenia fakt, że gdy o godzinie 9:03 czasu nowojorskiego George Bush dowiaduje się o uderzeniu drugiego samolotu w gmach World Trade Center, siedzi przez kilka minut w zamyśleniu nie podejmując żadnego działania. Irytuje mnie natomiast to, w jaki sposób Moore wykorzystuje tę sytuację by snuć spoza kadru złośliwe komentarze. Gwarantuję, że jeśli dostałbym jeden dzień, dobrego montażystę i odpowiednią dawkę materiałów archiwalnych z Watykanu mógłbym, wykorzystując chorobę Ojca Świętego, wyprodukować równie lub bardziej złośliwy paszkwil na Jego Świątobliwość. Czy dowodziłoby to błędów w myśleniu Jana Pawła II lub śmieszności oświadczeń Kongregacji Nauki Wiary? Bynajmniej. Byłoby to co najwyżej niesmaczne, podobnie jak niesmaczną jest technika notorycznie wykorzystywana przez Moore’a w jego najnowszym filmie.

“Fahrenheit 9.11” mocno mnie zawiódł. Nie jako film, lecz jako przekaz perswazyjny właśnie. Zamiast dobrze poprowadzonego dokumentu, który opierałby się na rzetelnej argumentacji oglądamy dobrze zmontowaną satyrę na George’a W. Busha (swoja drogą Internet jest pełny podobnych, choć krótszych produkcji) przeplataną opartymi na szantażu emocjonalnym fragmentami o śmierci żołnierzy amerykańskich oraz idyllicznym życiu w Iraku przed atakami sił USA. W świetle powyższego, wydaje mi się, iż nawet Machiavelli miałby problemy z obroną filmu Moore’a. Bo jeśli nawet szczytnym jest cel pokazania jak wątpliwą postacią jest Bush, dokonując tego przy pomocy środków uważanych powszechnie za niewłaściwe, film traci siłę wyrazu. Ci, którzy przekonani są, iż Bush nie powinien nigdy zostać prezydentem USA (włączając w to autora tego tekstu), nie zmienią zdania po prawie dwugodzinnym seansie w kinie. Co jednak znacznie ważniejsze – ci, którzy popierają amerykańska głowę państwa, również swojej opinii nie zmienią, gdyż zamiast dobrego dokumentu o cieniach prezydentury George’a W. Busha dostają weekendowe wydanie paradokumentalnego brukowca. A brukowcom nie wierzy nikt. Nawet jeśli mówią prawdę.