Dlaczego Polacy sobie nie ufają?

Autor: Marcin Milczarski

 

Według sondażu TNS OBOP ze stycznia 2007 roku zaufanie do innych przejawia tylko 14% Polaków. Z takim wynikiem plasujemy się na ostatnim miejscu w Unii Europejskiej. Dla porównania, wśród Duńczyków wskaźnik ten oscyluje w granicach 75%.Problematyka zaufania w naukach społecznych jest terenem, na którym gospodarowali myśliciele najwięksi z wielkich, choć nie zawsze się o tym pamięta. Przekonanie, że zaufanie jest absolutnie fundamentalnym składnikiem życia społecznego wspólne było i jest wielu autorom, takim jak choćby Thomas Hobbes, John Locke, Adam Smith, Georg Simmel, Ferdinand Toennies, Emile Durkheim, Talcott Parsons, Niklas Luhmann, Shmuel Eisenstadt, James Coleman, Anthony Giddens, Francis Fukuyama czy Piotr Sztompka (Sztompka, 2002: 308). W ramach prac teoretycznych i empirycznych traktowano o zaufaniu osobistym, pozycyjnym, komercyjnym, technologicznym, instytucjonalnym i systemowym, podejmowano problemy paniki moralnej, ryzyka i odpowiedzialności, a także indywidualnych, strukturalnych i kulturowych aspektów zaufania.

Sądzę, że z punktu widzenia tytułowego pytania, szczególnie ważny jest temat ostatni, ponieważ zaufanie uogólnione – o które w istocie tutaj chodzi – rozumiem jako część dużo większej całości nazywanej kulturą zaufania. Jest ona w gruncie rzeczy Durkheimowskim faktem społecznym, oczekiwaniem normatywnym, obiektywną, powszechną i przymuszającą regułą, mówiąca, że należy być wiarygodnym i obdarzać innych zaufaniem. Tego typu ogólnospołeczny klimat prowadzi do „[…] otwartych, innowacyjnych, spontanicznych działań, podnosi poziom mobilizacji, aktywności, wolności społeczeństwa, intensyfikuje interakcje, wzmacnia więzi społeczne, prowadzi do scalenia wspólnot i w ten sposób rozwija potencjał samoprzekształcający się społeczeństwa, jego podmiotowość. Rozpowszechniona kultura zaufania oddziałuje zwrotnie na swoje własne strukturalne uwarunkowania, zwiększając stabilność normatywną, przejrzystość organizacji społecznej, trwałość porządku społecznego, odpowiedzialność władzy, egzekwowanie praw i obowiązków” (Sztompka, 2002: 324).

Zaufanie społeczne zwykło się badać w trzech wymiarach: jednym wertykalnym – publicznym (wobec różnego rodzaju instytucji) oraz dwóch horyzontalnych – prywatnym i uogólnionym (CBOS, 2006). W ten (trójdzielny) sposób proponuję ujmować kulturę zaufania w ogóle, przy czym dopiero współbrzmienie wszystkich trzech wymiarów uprawnia do mówienia o jej pełnym funkcjonowaniu. Zaufanie uogólnione, którego opisowi poświęcony jest poniższy szkic, jest szczególną orientacją wobec innych ludzi, jest udzielaniem zaufania tym, których nie znamy.

W Polsce obserwujemy interesujący trend polegający na powolnym odbudowywaniu zaufania publicznego (prywatne było zawsze na wysokim poziomie) przy jednoczesnym utrzymywaniu fatalnych wręcz wyników zaufania uogólnionego. Owe tendencje zostały wyraźnie przestawione w badaniach CBOS-u ze stycznia 2006 roku. W społeczeństwie polskim relacje w rodzinie, wśród znajomych, współpracowników czy sąsiadów bezsprzecznie opierają się na zaufaniu, a trend ten utrzymuje się już od co najmniej czterech lat. Zaufanie do rodziny zadeklarowało 99% ankietowanych, do znajomych, współpracowników oraz sąsiadów odpowiednio 89%, 80% i 75%.

Z badań przeprowadzonych przez CBOS wynika również, że zaufanie uogólnione dodatnio koreluje zarówno w zaufaniem w sferze prywatnej, jak publicznej, ale jest ono ciągle na zastraszająco niskim poziomie. Na początku 2006 roku zaufanie do większości ludzi w Polsce posiadało tylko 19% rodaków.

Już 4 lata temu w badaniach nad zaufaniem zrealizowanych przez TNS OBOP okazało się, że aż 73% Polaków uważa, że w kontaktach z ludźmi należy być ostrożnym, a tylko 19% jest gotowych obdarzyć innych zaufaniem (TNS OBOP, 2003). Jak pokazują najnowsze badania, postawy Polaków w tym względzie nie zmieniły się wiele. Różnica pomiędzy rokiem 2003 a 2007 wynosi 5 punktów procentowych. O tyle spadł jeszcze poziom uogólnionego zaufania w Polsce.
Jeżeli zgodzimy się, że zaufanie jest zakładem podejmowanym wobec innych na przyszłość, to Polacy odważnie grają tylko, gdy właścicielem kasyna jest ktoś bliski. W przypadku innych ludzi nagle gubią drogę do salonu gry. Jeśli stwierdzimy dalej, że zaufanie jest pewnego rodzaju oczekiwaniem w stosunku do innych, to Polacy ośmielają się wyartykułować swoje oczekiwanie tylko wobec tych, co do których nie mają cienia wątpliwości. Wreszcie, jeśli uznamy, że im społeczeństwo bardziej skomplikowane, tym dłuższy jest łańcuch ryzyka, to można by odnieść wrażenie, że Polska jest w połowie systemem prostym (z zaufaniem prywatnym na bardzo wysokim poziomie) i w połowie pogmatwanym, jak to tylko możliwe. Dlaczego tak się dzieje?

Pragnę zwrócić uwagę na dwie okoliczności, które w moim przekonaniu nie tylko determinują w znacznej mierze poziom zaufania uogólnionego w Polsce, ale wzięte razem ukazują dodatkowo wyjątkowość rodzimej konstelacji społecznej. Pierwszym wyznacznikiem jest miniaturyzacja społeczno-moralna, drugim natomiast trauma potransformacyjna.

W latach 1960-1990 we wszystkich rozwiniętych krajach Zachodu poziom zaufania społecznego obniżył się do niespotykanego dotąd poziomu (Fukuyama, 2000: 51-62). Wielki Wstrząs nie został wywołany ani nędzą i nierównościami społecznymi, ani większą zamożnością i bezpieczeństwem, ani błędną polityką rządów. Powodem było szczególnego rodzaju przesilenie kulturowe, które co prawda rozpoczęło się na przełomie XIX i XX wieku, ale na prawdziwe tąpnięcie Zachód poczekać musiał kilkadziesiąt lat.

Na przykład w myśli Fryderyka Nietzschego znalazły się idee, które ukonstytuowały współczesny relatywizm. Podkopane zostało w ten sposób przekonanie, że normy moralne mogą być racjonalnie uzasadniane. Na gruncie psychologii Zygmunt Freud dowodził, że kultura, rozumiana jako nacisk norm społecznych, jest źródłem cierpień jednostek, nawet przyczyną nerwic. Do epokowego wahnięcia rękę przyłożyła także antropologia, a szczególnie szkoła relatywizmu Franza Boasa i Margaret Mead. Na początku XX wieku do tego orszaku dołączyło również najmłodsze wówczas dziecko urbanizacji i industrializacji – kultura masowa, za sprawą której rozpowszechniony został konsumpcjonizm, jakiego świat wcześniej nie znał.

Nie da się wykluczyć, że kryzys zaufania uogólnionego, jaki przeżywa obecnie Polska, jest refleksem fali, która przetoczyła się przez świat Zachodu kilkadziesiąt lat temu. Za sprawą kulturowej izolacji, jakiej doświadczaliśmy przez pięćdziesiąt lat, dotarła ona do nas ze sporym opóźnieniem. Mimo to można podejrzewać, że miniaturyzacja społeczno-moralna przebiega w Polsce wedle podobnej trajektorii, której krzywizny w świecie Zachodu znakomicie udokumentował między innymi Francis Fukuyama.

Procesy miniaturyzacji ulokować można w jednej, ale za to bardzo pojemnej kategorii: wzrastającego indywidualizmu i relatywizmu. Kiedyś ludzie byli na siebie skazani, byli zmuszeni kooperować w ściśle określonych ramach. Nowoczesność obfituje w ogromne możliwości wyboru interakcji, przy jednoczesnym spadku liczby zobowiązań społecznych. Ludzie mogą wybierać (i wybierają) podmioty swoich powinności, co w oczywisty sposób wpływa na zmniejszenie liczby tych zobowiązań. W ten sposób krąg zaufania i wiarygodności zostaje diametralnie zawężony.

W związku z tym, że wszyscy wyłączeni z kręgu zaufania stają się anonimowymi, zinstrumentalizowanymi i często zbiurokratyzowanymi obiektami, wiemy o nich coraz mniej. Owo zdepersonalizowanie relacji społecznych rodzić może podejrzenie, że ludzie spoza naszego kręgu są do nas mało podobni i mogą nie odpowiedzieć wiarygodnością na zaufanie. Tym samym jedyną pozytywną reakcją wobec nieznajomych pozostaje wymuszona, obojętna tolerancja, czyli stłumieniu ulega podstawowy impuls. Efektem wielu równolegle przebiegających miniaturyzacji jest brak zaufania uogólnionego, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiego współczynnika zaufania prywatnego w wybranych przez siebie enklawach i dryfującym wskaźnikom zaufania publicznego. Zmniejsza się w ten sposób liczba wspólnych (ogólnospołecznych) wartości. Miniaturyzację społeczno-moralną dobrze obrazuje przykład organizacji sąsiedzkiej powołanej w celu zaprowadzenia porządku w dzielnicy: tutaj powodem zaufania w wąskim kręgu jest nieufność, jaką mieszkańcy dzielnicy żywią wobec reszty społeczeństwa (Fukuyama, 2000: 87). W wypadku zminiaturyzowanych społeczności istnieje dualizm moralności, dwa algorytmy zaufania i wiarygodności: jeden dla ograniczonej grupy takich, jak ja, oraz drugi dla uogólnionego innego.

Co jednak powoduje miniaturyzację społeczno-moralną? Następuje ona tylko częściowo dlatego, że społeczeństwo się różnicuje. „Ważniejszą przyczyną sprawczą jest tu upowszechnienie się wiary w relatywizm moralny – przekonanie, że żaden zestaw wartości czy norm nie może i nie powinien stać się dominujący” (Fukuyama, 2000: 254). Jak wiadomo, a pisał o tym już Ferdinand Toennies, indywidualizacja i relatywizm, bezsprzeczne cechy nowoczesności, wprowadzają do życia społecznego element alienujący, atomizują je, co prowadzi do kryzysu wspólnot i rozbijania więzi społecznych.

Jak wspomniano, miniaturyzacja odcisnęła i nadal odciska swoje piętno w wielu krajach, zatem samym jej oddziaływaniem nie da się wyjaśnić wyjątkowo niskiego poziomu zaufania uogólnionego w Polsce. Specyfika naszego krajobrazu polega jednak na tym, że był on (i pewnie nadal jest) na te procesy wyjątkowo podatny. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że przynajmniej początkowo nasycenie społeczeństwa treściami miniaturyzującymi przebiegało w warunkach wielopłaszczyznowego chaosu transformacyjnego. Kraje Zachodu nie miały okazji doznać szoku wolności, jaki był udziałem Polaków. Zderzenie PRL-owskich nawyków ze społeczno-kulturowymi standardami Zachodu spowodowały potworną w skali całego kraju i bezprecedensową traumę, potęgowaną dodatkowo przez wielkość kraju oraz szczególną strukturę społeczno-zawodowa Polski przed rokiem 1989. Dziedzictwo komunizmu wraz z traumą były i są po dziś dzień istotnym ogniskiem zapalnym, jeśli chodzi o zaufanie społeczne. Przez cały czas trwania PRL-u zaufanie ulegało miniaturyzacji wertykalnej, jego horyzonty ograniczone były do dychotomii „my” i „oni”. Niestety po przełomie 1989 roku atmosfera cynizmu nie tylko nie minęła, ale jej fundamenty w ogromnej mierze zostały utrwalone innymi niż sama miniaturyzacja trudnościami transformacyjnymi.

Zmiany nagłe, niespodziewane, głębokie i o szerokim zakresie są z definicji traumatogenne, nawet jeśli ze swej natury mają charakter pozytywny. Niezależnie od faktu, że na przykład poszerzają zakres wolności obywatelskich, aktywizują społeczeństwo czy uniezależniają instytucje państwowe od drapieżnej ingerencji innych państw (jak miało to miejsce w Polsce) społeczeństwo wybijane jest z rutyny, co powoduje rozchwianie na kluczowych płaszczyznach. Dotyczy to między innymi znajomości i zrozumiałości świata, bałaganu normatywnego, spadku poziomu bezpieczeństwa ontologicznego, przewidywalności sytuacji, rozmontowania więzi społecznych czy wreszcie kryzysu zaufania. Trauma postkomunistyczna, jakiej doznało społeczeństwo polskie po 1989 roku, oznaczała wielkie ilości nieznanego dotąd ryzyka w postaci dezintegracji instytucjonalnej, „eksplozji przestępczości”, pogorszenia warunków życia wielu ludzi, anomii moralnej i niekompetencji cywilizacyjnej – głównie prawnej, demokratycznej i dyskursywnej (Sztompka, 1994). Nowy ład był po prostu zaprzeczeniem głęboko zinternalizowanych norm i postaw komunizmu. Po krótkim okresie euforii transformacyjnej nastąpiło społeczne zniecierpliwienie oraz rozczarowanie, wyraźny kryzys zaufania horyzontalnego i wertykalnego, zastąpienie etosu Solidarności (wartości wspólnotowych) walką o indywidualne interesy (Osiatyński, 2004: 9-79). Trudności ekonomiczne, w tym głównie bezrobocie, jakie dotknęły milionów ludzi w Polsce, widoczna gołym okiem polaryzacja, anarchizacja życia społecznego (z krzepnącym dopiero wymiarem sprawiedliwości czy próbami napisania konstytucji), niedojrzałość elit politycznych i relatywna deprywacja katalizowały kolejne procesy bolesnego rozkładu tkanki społecznej (Sztompka, 1999). W perspektywie zaufania uogólnionego podsycane było i w wielu wypadkach nadal jest raczej jego przeciwieństwo, czyli uogólniona nieufność.

Trauma skutecznie blokowała wykształcenie nowej kompetencji cywilizacyjnej, która pozwalałaby uznać uogólnionego innego za wiarygodnego po prostu, a nie na zasadach chłodnej kalkulacji czy afektu. Trudno zatem powiedzieć, żeby Polacy byli nieracjonalni, wydaje się, że zupełnie trzeźwo ważą korzyści i straty w tych kwestiach. Nie chodzi zatem tutaj o błąd inercji, gdy głęboko zakorzenione nawyki trwają wbrew nowym warunków. Polska rzeczywistość nie zmieniła się do tego stopnia, żeby przeciętny obywatel mógł udzielić drugiemu przeciętnemu obywatelowi kredytu zaufania – nieufność jest solidnie ugruntowana (chociaż z drugiej strony nieufność lub zaufanie nieuzasadnione stanowią przypadki jeszcze gorsze). Prawdopodobnym jest, że Polacy obawiają się po prostu, że wspomniany przeciętny obywatel może należeć do kategorii, która sama zwolniła się z wiarygodności i odpowiedzialności.

Polskie społeczeństwo po przejściach nie potrafiło wchłonąć wolności tak, aby uniknąć traumy. Swoją drogą nie jest powiedziane, czy jakiekolwiek społeczeństwo byłoby w stanie wyjść obronną ręką z takiego potrzasku historii. Być może z uwagi na zbyt duże zagęszczenie niesprzyjających okoliczności Polakom udać się po prostu nie mogło.

Francis Fukuyama w toku swoich wieloletnich badań doszedł do następującego wniosku: „W sferze politycznej i gospodarczej historia wydaje nam się postępowa i zorientowana na cel [...]. W sferze społecznej i moralnej jednak historia zdaje się toczyć cyklicznie, widać w niej przypływy i odpływy ładu społecznego na przestrzeni wielu pokoleń” (Fukuyama, 2000: 254-255). Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy tę konkluzję można dzisiaj odnosić do Polski. Pierwsza intuicja podpowiada, że nie, bo analizy Fukuyamy w ogóle nie dotyczą krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Z drugiej jednak strony ważne okazać by się mogło drobiazgowe prześledzenie Zachodnich wyznaczników odbudowy kapitału społecznego, w tym także zaufania. Teoria socjologiczna podsuwa nam w tym względzie pewne sugestie.

Podstawę kultury zaufania – a więc i zaufania uogólnionego – stanowi przede wszystkim splot konkretnych, kumulowanych przez pokolenia doświadczeń zbiorowych, ale również aktualnego kontekstu strukturalnego społeczeństwa. Według Piotra Sztompki należą do niego „Konsekwentna aktywność normotwórcza i porządkowanie istniejącego prawa, odsłanianie tajników organizacji społecznej – mechanizmów funkcjonowania gospodarki i polityki, wytwarzanie poczucia stabilności i ciągłości procesów gospodarczych oraz przedsięwzięć politycznych, rządy prawa i odpowiedzialność władzy wszystkich szczebli, rozbudowa instytucji chroniących prawa obywateli i porządek publiczny, pełna realizacja prawa i rygorystyczne egzekwowanie obowiązków” (Sztompka, 2002: 325). Kolosalne znaczenie ma także indywidualny kapitał członków społeczeństwa przejawiający się w poziomie wykształcenia, bogactwie materialnym i duchowym, stanie zdrowia czy jakości życia rodzinnego oraz psychologiczne cechy ludzi jak na przykład optymizm życiowy, poczucie sprawstwa, wysokie aspiracje i przyszłościowa orientacja. Zasoby te stanowią, jak określa to Sztompka, „polisę ubezpieczeniową” obywateli, dzięki której podjęcie przez nich ryzyka związanego z ufaniem innymi jest łatwiejsze.

Wydaje się, że jeśli nie wszystkie, to przynajmniej większość z wyżej wymienionych zmiennych może być – w przeciwieństwie do latami kształtowanej mentalności – racjonalnie kreowana. Co jednak z miniaturyzacją, której przecież bogactwo czy wysoki poziom wykształcenia nie powstrzymują? Zdaniem Fukuyamy nie jest prawdą, jakoby kapitału społecznego nie dało się odbudowywać, kiedy ludziom dobrze się wiedzie, nie jest prawdą, że nowoczesne kapitalistyczne społeczeństwa pochłaniają go więcej niż są w stanie wytworzyć. Zdaniem Fukuyamy ludzkość nie ma wyjścia i kapitał społeczny musi odbudowywać – nawet jeśli miałoby to się odbywać na całkowicie wyrachowanych zasadach.

Być może w tym kierunku ewoluować będzie zaufanie uogólnione w Polsce. Być może reguły współczesności z kapitalistyczną logiką na czele, wymuszą na obywatelach najpierw interesowną moralność, a dopiero później prawdziwe zaufanie. Historii, w tym tożsamości homo sovieticus, zmienić się nie da. Stąd poza rozwiązaniami instytucjonalnymi, które użyźniają polską glebę, nasz kraj potrzebuje przede wszystkim czasu, by trudna przeszłość przestała być teraźniejszością.

Źródła:

CBOS (2006) „Zaufanie w sferze prywatnej i publicznej a społeczeństwo obywatelskie”, 6-9/01, nr 3480.
Fukuyama, Francis (2000) Wielki Wstrząs. Natura ludzka a odbudowa porządku społecznego, Warszawa: Politeja.
Osiatyński, Wiktor (2004) Rzeczpospolita obywateli, Warszawa: Rosner i Wspólnicy.
Sztompka, Piotr (1994) „Teorie zmian społecznych a doświadczenia polskiej transformacji”, Studia Socjologiczne, 1 (132), ss. 9-17.
Sztompka, Piotr (1999) „Kulturowe imponderabilia szybkich zmian społecznych: zaufanie, lojalność, solidarność, w: Piotr Sztompka red., Imponderabilia wielkiej zmiany, Warszawa-Kraków: PWN, ss. 265-282.
Sztompka, Piotr (2002) Socjologia. Analiza społeczeństwa, Kraków: Znak.
TNS OBOP (2003) „Zaangażowanie Polaków w sprawy społeczne a demokracja”, 13/01, K.003/03.