Dlaczego nie chodzę na protesty

Dlaczego nie chodzę na protesty

Z moim brakiem aktywności politycznej jest trochę jak z paleniem papierosów; wiem, że nie powinienem, ale i tak to robię. W pełni popieram kobiety walczące o swoje prawa czy protestujących studentów (chociaż do dziś do końca nie wiem o co w naszym proteście chodziło). Co więcej; za każdym razem kiedy czytam o ludziach budujących barykady, jestem szczerze wzruszony, a wartości Rewolucji Francuskiej są mi bliższe niż Amen w pacierzu. Zazwyczaj jednak na próżno szukać mnie w tłumie protestujących osób.

Myśle, że na potrzeby tego eseju mógłbym przedstawić dwa powody. Pierwszy- prostszy, drugi- bardziej złożony. Prostszy polega na tym, że jako badacz społeczny czuję się niejako na uprzywilejowanej pozycji obserwatora. Siedzę sobie wygodnie przed telewizorem, czytam gazetę, rozmawiam z ludźmi, wyciągam wnioski, aczkolwiek staram się nie angażować po żadnej ze stron naszego i tak podzielonego społeczeństwa.

Powyższa retoryka jest oczywiście błędna i szkodliwa. Przypomina mi opowieść o pastorze, który zamknięty w gettcie nie protestował kiedy zabierano do obozów koncentracyjnych Żydów czy więźniów politycznych, w konsekwencji; nie miał kto protestować kiedy na koniec zabierano i jego.Drugi powód jest na tyle złożony, ze sam nie wiem od czego zacząć. Może od tego, ze jako całe społeczeństwo bardzo dużo krzyczymy, a nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Ludzie wychodzą na ulice i nawet jeżeli walczą o słuszna sprawę to używają języka imperatywów, którymi rzekomo tak gardzą w przeciwnym obozie politycznym (nawet jeżeli protestujący upominają się o podstawowe prawa człowieka, to bardzo często ma to zabarwienie polityczne). Ostatnio widziałem skądinąd bardzo dobry filmiki KODu na temat szalonej wycinki drzew. Byłbym zachwycony, gdyby nie końcówka, gdzie lektor krzyczy o Jarosławie Kaczyńskim, który trzynastego grudnia spał do południa. Co Jarosław Kaczyński robił 13 grudnia średnio mnie interesuje, w przeciwieństwie do padających drzew, jednakże przez narracje czuje się jeszcze bardziej zniechęcony do Komitetu Obrony Demokracji. Skoro już mowa o demokracji, to bardzo przykre jak stała się ona hasłem do wycierania ust każdego, któremu coś się nie podoba i ma ochotę o tym pokrzyczeć, a przecież w demokracji chodzi przede wszystkim o dialog. Dialog, którego zabrakło chociażby podczas organizacji manifestacji studentów.

Na sam koniec; protesty tracą swój sens kiedy odbywają się co tydzień, a potwierdza to fakt, że tylko o pierwszym Czarnym Proteście (straciłem dla niego jedną z dwóch nieobecności na zajęciach) było głośno w zagranicznych mediach i tylko on przyniósł  wymierne efekty. Uważam, ze w dzisiejszych czasach – w ramach obrony wszystkiego co mieści się pod parasolem ochronnym demokracji, czyli prawa kobiet, autonomie uczelni, prawo do życia w zdrowym środowisku, bardziej wymierne efekty osiągniemy poprzez działania oddolne; lepiej wykupić sobie Zakrzówek, posadzić kilka drzew, ożywić ulicę, a nade wszystko; rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz tłumaczyć.

Ilustracja: Jørgen Carling