Damn it, China!

Autor: Anna Kowalska

 

Oczy świata zwracają się w stronę Tybetu. Po 49 latach od pamiętnego powstania w 1959 roku i opuszczenia Lhasy przez Dalajlamę, Tybetańczycy domagają się swoich praw. Apelują, w prowincjach, jak i stolicy swojego historycznego kraju o przywrócenie im możliwości kultywowania tradycji i religii, poszanowania ich godności, powrotu duchowego przywódcy. Pokojowy początkowo marsz, w ciągu kilkunastu dni przemienił się w krwawe zamieszki. Nie ma pewności, co do liczby ofiar zdarzeń. Ze względu na politykę chińskich władz, które trzymają rękę na pulsie, zwłaszcza w atmosferze przygotowań do olimpiady sierpniowej w Pekinie. Oficjalne wersje z 17 marca podają liczbę 10 ofiar, mówią o strzelaniu ponad głowami a także o użyciu gazów łzawiących. Jednak, według informacji płynących od świadków zdarzeń, uczestników demonstracji potraktowano ostrą amunicją. Rząd tybetański na uchodźstwie w Dharamsali ocenia liczbę ofiar na 80.Dalajlama, duchowy przywódca Tybetańczyków, 18 marca ogłosił na swoimoficjalnym”>http://www.dalailama.com/news.219.htm]oficjalnym blogu, iż pragnie dla swego narodu znaczącej autonomii. Gotowy jest też na rozmowy z prezydentem Chińskiej Republiki Ludowej, Hu Jintao. Jednocześnie oświadczył, że jeśli większość Tybetańczyków w Tybecie ucieknie się do przemocy w swych usiłowaniach i dążeniach ku wolności, on będzie musiał zrezygnować z pełnionej przez siebie funkcji „reprezentanta Tybetanczykow”. Niestety, Chińczycy skutecznie blokują dostęp do przesłań Dalajlamy, stąd nie może on przemówić bezpośrednio do protestujących.

Tymczasem ludzie giną, a głowy zachodnich państw milczą. Papież Benedykt XVI, prawdopodobnie dbając o interesy Kościoła i utrzymanie poprawnych stosunków z Pekinem, woli nie narażać się Państwu Środka i nie zajmuje żadnego stanowiska w sprawie rozlewu krwi w Himalajach. Wszak już jesienią tamtego roku odmówił przyjęcia Dalajlamy
w Watykanie.

Własne interesy, zysk i dobre stosunki polityczne z rosnącym w potęgę Tygrysem rewolucji przemysłowej i gospodarczej wydają się zaślepiać oczy przywódców na rzeź niewiniątek.

Władze USA pewnie nie zbojkotują olimpiady, gdyż amerykańska gospodarka zawisła na włosku w obliczu nierównowagi wymiany handlowej z Chinami. Tak na marginesie – niektórzy Amerykanie przyznają, że aż 90% rzeczy w ich domu wyprodukowanych zostało w Chinach (źródło:amazon.com). Jednak, jak pokazuje książka Sary Bongiorni „Rok bez Made in China”, da się przeżyć z rodziną bez produktów z Chin, będąc konsumentem nawet tak opanowanego przez chińszczyznę rynku. Udany eksperyment zachęca innych do kupowaniu rodzimych produktów, których listę dla USA można znaleźć pod adresemhttp://nomoremadeinchina.ning.com ”> http://nomoremadeinchina.ning.com[/url].

Wydaje się, że poparcie globalnych działań zmierzających do utrzymania pokoju na świecie jest łatwe, przed kamerami, w świetle fleszów i atmosfery globalnej aprobaty – trudniejsze, gdy chodzi o konkretne reagowanie w sytuacjach wymagających odzewu. Jedno słowo wydaje się tu właściwe – ignorancja. Szczególnie skłania ono do przemyślenia znaczenia, gatunkowego ciężaru, który niesie, podczas świąt wielkiej nocy. Piłat umył ręce. Jak wiele nauczyliśmy się od tamtego czasu? Ta pruderia kryjąca się pod kontuszem pięknych haseł konstytucyjnych: równość, wolność, braterstwo. Cóż naprawdę znaczą cele i zadania ONZ? Czy są tylko obietnicami bez pokrycia, pisanymi na piasku zmiennych nastrojów świata areny politycznej?

Gdzieś tam w klimacie ostrej zimy, okupione latami represji i znieważenia społeczeństwo walczy o swoja przyszłość. Moment jest dobry i właściwy. Serca świata oczekują na spektakularną olimpiadę. Jak wiele jest w nich także miejsca na protest przeciwko nielegalnym, bestialskim aborcjom, więzieniu i torturowaniu pokojowo nastawionych ludzi?

Oby znamienite głowy wpływowych państw okazały się, tym razem ludźmi skłonnymi do współczucia i troski o losy tych członków naszej światowej społeczności, którzy najciszej krzyczą. Czyżby tak obce były im altruistyczne postawy? Gesty dobroci, poparcia idei pokoju i dialogu prowadzącego do rozwiązań, świadczyłyby o właściwym wykorzystaniu ich pozycji społecznych. Przede wszystkim nie zawiedzeniu tych, którym zaufali obywatele krajów żyjących w luksusie pokoju.

Sportowcy mają dylemat – bojkotować olimpiadę czy nie? A nam – co pozostaje? Mieć nadzieję, że politycy poprą Dalajlamę w jego staraniach przywrócenia pokoju i autonomii w Tybecie, gdy przemyślą sprawę raz jeszcze.

Oprócz tego, by wspomóc ich w tak odważnym kroku, możemy na przykład podpisaćpetycję w internecie, wziąć udział w proteście ulicznym, odesłać chińską koszulkę ambasadorowi chińskiemu w Warszawie, bądź za ok. 12zł – wysłać przesyłkę do biura prezydenckiego Hu Jintao Guojia Zhuxi (do czego zachęca autor jednego z blogów i podaje potrzebne adresy).