Czy religia jest źródłem terroryzmu? Sam Harris i jego Koniec wiary.

Autor: Piotr Prokopowicz

 

Co sprawia, że wykształceni młodzi ludzie są w stanie bez najmniejszego wahania nałożyć na siebie kamizelkę wypełnioną ładunkami wybuchowymi, wypchać kieszenie gwoźdźmi i trutką na szczury, po czym wysadzić się w zatłoczonym autobusie lub samolocie lecącym nad Atlantykiem? Gdzie tkwią przyczyny tego jawnego lekceważenia życia własnego i bliźnich? Sam Harris, badacz zajmujący się neurobiologią wierzeń religijnych, absolwent filozofii Uniwersytetu w Stanford, daje prostą odpowiedź na te pytania: winna jest religia.Kiedy 10 sierpnia 2006 roku media poinformowały o udaremnieniu spisku mającego na celu wysadzenie dziesięciu samolotów linii transatlantyckich przy pomocy płynnych materiałów wybuchowych, do wiadomości publicznej podano również informację o aresztowaniu dwudziestu czterech Brytyjczyków wyznania muzułmańskiego, mających rzekomo uczestniczyć w przygotowaniu zamachów. Kim byli ludzie, którzy pragnęli poświęcić swoje życie, zabierając przy okazji życie setek pasażerów? Czy byli żądnymi krwi psychopatami, pozbawionymi jakichkolwiek uczuć wobec bliźnich? A może każdego z nich do podjęcia tak radykalnych działań zmusiły bieda, degradacja i wieloletnie poniżenia doświadczane w kraju? Jak donosił New York Times w swoim„>http://www.nytimes.com/2006/08/14/world/europe/14suspects.html?ref=europe]artykule z 14 sierpnia, żadna z tych odpowiedzi nie się być bliska prawdy. Niedoszli zamachowcy okazali się przeciętnymi, młodymi, wykształconymi Brytyjczykami wyznania muzułmańskiego, których jedynym marzeniem stał się los męczennika.Shazad Khuram Ali, Abdul Waheed, Zahid Javed, Waseem Kayani, Shamin Uddin i inni młodzi ludzie aresztowani w sierpniu w związku z planowanymi zamachami bombowymi, urodzili się i zdobyli wykształcenie w Wielkiej Brytanii. Pochodzili z dobrych domów, często odnosili sukcesy na polu osobistym i zawodowym. Podobne tło socjoekonomiczne nie jest wyjątkowe w przypadku większości terrorystów: Ahmed Omar Sheikh, organizator porwania i egzekucji dziennikarza Wall Street Journal Daniela Pearla, był studentem London School of Economics; trzech spośród czterech autorów zamachów w Londynie sprzed ponad roku, Hasib Hussain, Mohammad Sidique Khan i Shehzad Tanweer z powodzeniem realizowali się jako uczniowie, studenci i sportowcy.

Co sprawia, że wykształceni młodzi ludzie są w stanie bez najmniejszego wahania nałożyć na siebie kamizelkę wypełnioną ładunkami wybuchowymi, wypchać kieszenie gwoźdźmi i trutką na szczury, po czym wysadzić się w zatłoczonym autobusie lub samolocie lecącym nad Atlantykiem? Gdzie tkwią przyczyny tego jawnego lekceważenia życia własnego i bliźnich? Sam Harris, badacz zajmujący się neurobiologią wierzeń religijnych, absolwent filozofii Uniwersytetu w Stanford, daje prostą odpowiedź na te pytania: winna jest religia.

O Harrisie, znanym amerykańskim publicyście, zrobiło się głośno, kiedy opublikował swój „Manifest ateisty”, zawierający podstawowe argumenty za wyższością sekularnego światopoglądu nad każdą forma wiary religijnej. W charakterystycznym dla niektórych współczesnych naukowców ostrym, polemicznym stylu, Harris dał upust swojej intelektualnej niechęci do religii, obwiniając ją za większość współczesnych nieszczęść, deklarując przy tym, iż jedynie ateizm może stanowić podstawę stabilnego porządku ogólnoświatowego.

W podobnym duchu napisana jest jego najnowsza książka, wydana pod wiele znaczącym tytułem „Koniec wiary: religia, terror i przyszłość rozumu” [The End of Faith: Religion, Terror and the Future of Reason], w której Sam Harris opisuje swoje poglądy na temat przyszłości religii we współczesnym świecie. W jednym z najważniejszych rozdziałów, zatytułowanych Problem z Islamem, Harris przedstawia swoje hipotezy na temat jednego z najbardziej palących problemów dzisiejszych nauk społecznych: źródeł terroryzmu samobójczego. Czyniąc cnotę z odrzucenia politycznej poprawności, Harris stara się udowodnić, iż większa część, jeśli nie całość winy, leży po stronie podstawowych dogmatów Islamu. Wyliczając ustępy Koranu i hadis skupiające się na fizycznej eksterminacji i pogardy Allaha wobec niewiernych, autor „Końca wiary” stara się wskazać do jakich tragedii może doprowadzić ślepa akceptacja wizji świata opierająca się na perspektywie bezpośredniego wejścia do raju dla każdego muzułmanina oddającego życie w obronie wiary:

Jesteśmy w stanie wojny z Islamem. Stwierdzenie tego prostego faktu przez naszych przywódców może nie służyć bezpośrednio celom naszej polityki zagranicznej, jednak ze stanem tym mamy bezsprzecznie do czynienia. Nie chodzi tylko o to, że jesteśmy w stanie wojny z religią pokoju, która została „porwana” przez ekstremistów. Jesteśmy w stanie wojny dokładnie z tą wizją życia, która została przepisana wszystkim muzułmanom w Koranie, rozwiniętą później w hadisach mówiących o czynach i słowach Proroka. Przyszłość, w której Islam i Zachód nie stoją na skraju wzajemnego unicestwienia to przyszłość, w której większość muzułmanów nauczyło się ignorować dużą część swojego kanonu tak, jak większość chrześcijan nauczyło się to robić. Taka transformacja nie musi jednak nastąpić, biorąc pod uwagę doktrynę Islamu. (The End of Faith, str. 109)

Pierwszą reakcją czytelnika na podobne sformułowania musi być konsternacja – przecież od kilku przynajmniej lat słyszymy zewsząd, iż za atakami terrorystycznymi stoi w głównej mierze nie Islam, ale zachodni imperializm (tak twierdzą zwykle orientaliści i naukowcy społeczni) lub jakiegoś rodzaju patologia moralna zamachowców (tak twierdzi George W. Bush, jeden z twórców „wojny z terrorem”). Jednak, jak słusznie zwraca uwagę Harris, terroryści pochodzą najczęściej z kraju, w którym przeprowadzają zamachy, a pomimo wielu tragedii, które spotkały Tybet, w mediach nie słychać zbyt często o wysadzających się terrorystach wierzących w reinkarnację. Podobnie rzadko, pomimo, iż doświadczyli oni imperializmu na wystarczającą skalę, słyszymy o dżinistach składających ładunki wybuchowe z płynnych półproduktów w samolotach. Musimy przynajmniej dopuścić możliwość, iż w atakach terrorystycznych chodzi o coś więcej niż deprywację materialną. Jak wskazuje Harris, religia początkowo opierająca swoje zabiegi konwersyjne na terytorialnym podboju terenów pogańskich, nie zaprzestała tego procederu aż do dziś, znajdując jego uzasadnienie w wersach koranicznych. „Święta wojna” muzułmanów, polegająca w głównej mierze na fizycznej walce w obronie wiary, przeniosła się we współczesne czasy na pokładach samolotów, w wagonach metra i autobusach. Oczywiście, mówi Harris, odpowiednie akrobacje kazuistyczne wystarczą, aby zdyskredytować al-jihād al-asgha (mniejszy jihad) jako walkę zbrojną, wtórną wobec walki wewnętrznej al-jihād al-akbar (jihadu większego). Niestety, jak wskazuje na to dokładna lektura Koranu, trudno zignorować fakt, iż muzułmanie ciągle dzielą świat na dwa wrogie obozy: Dar al-Islam (Dom Islamu) i Dar al-Harb (Dom Wojny).

Harris nie ogranicza swojego zmasowanego ataku na wiarę do religii Koranu. Wspomina grzechy Chrześcijaństwa, zaczynając od szczególnie wdzięcznych dla tego celu krucjat poprzez działania Świętego Oficjum, na zakazie używania prezerwatyw i hodowli komórek macierzystych kończąc. Harris odnajduje w Biblii fragmenty, które mogłyby stać się podstawą do podobnych okrucieństw, jakie są efektem rozprzestrzenienia się współczesnego Islamu, jednak zauważa zaraz, iż muzułmanie mają do tego typu działań znacznie więcej podstaw. Jest to prawdopodobnie najbardziej spekulatywnie i nieprzekonująca część książki, w której Harris zdaje się nie wyciągać poprawnych wniosków z własnych przesłanek – jeśli religie księgi (Chrześcijaństwo, Judaizm i Islam) dają wiele pretekstów do okrucieństwa wobec bliźnich, może to nie sam Islam jest odpowiedzialny za ataki terrorystyczne, ale specyficzny sposób indoktrynacji religijnej spotykany w krajach muzułmańskich? Autor „Manifestu ateisty” ignoruje tę możliwość, obwiniając głównie stadium, w jakim znajduje się dzisiejsza religia muzułmańska, atakując przy tym każdy rodzaj wiary religijnej:

Najwyższy czas abyśmy zauważyli, iż wszyscy racjonalni ludzie mają jednego wspólnego wroga. To wróg, który czai się tak blisko nas, tak zwodniczy, że odnosimy się do jego rad nawet wtedy, gdy niszczy możliwość ludzkiego szczęścia. Naszym wrogiem nie jest nic innego jak wiara. (The End of Faith, str. 131)

Harris ma rację co do jednego – nie trzeba szukać daleko, aby zauważyć, iż współczesny Islam nie jest jedyną religią która wywiera przemożny wpływ na kształtowanie polityki międzynarodowej. W wywiadzie dla Polityki Zbigniew Brzeziński, urodzony w Polsce doradca prezydenta Cartera, wskazuje na rosnące uzależnienie amerykańskich decyzji militarnych od prężnego lobby Izrealskiego, które, opierając się na radykalnie różnych motywacjach, idzie ramię w ramię z radykalną prawicą chrześcijańską odnośnie kształtu konfliktu na Bliskim Wschodzie. Aż 44% Amerykanów wierzy, iż Armageddon rozegra się w ciągu najbliższych 50 lat, a jeśli prawie połowa spośród obywateli najpotężniejszego państwa na świecie jest przekonana, że przyjście Chrystusa będzie poprzedzone krwawym konfliktem na wzgórzu Megiddo, to może rzeczywiście powinniśmy przemyśleć czy największym problemem współczesnego świata jest globalne ocieplenie klimatu.

Czy religia rozumiana jako wiara w nieweryfikowalne empirycznie istnienie rzeczywistości świętej może być traktowana jako czynnik popychający współczesny świat w niebezpieczne objęcia ignorancji i nuklearnego holocaustu? Książka Dana Harrisa, pomimo kilku uproszczeń i momentami niezadowalającej argumentacji, staje się ważnym i trudnym do zignorowania głosem w debacie na temat przyszłości naszej cywilizacji.