Czerwona, a przynajmniej żółta kartka…

Autor: Ewa Golik

 

Finał XX Mistrzostw Świata w Piłce Ręcznej Mężczyzn 2007, zakończony meczem Polska-Niemcy (i wygraną tych ostatnich) pozostawia pewien niesmak. I nie o grę tu chodzi – niesmak budzą incydenty organizacyjno-medialne, które, za jakkolwiek mało znaczące nie zostałyby uznane, wywołują poczucie lekkiego zażenowania.Pomińmy fakt, że każde niemal spotkanie, w dowolnej dyscyplinie sportowej, drużyn Polski i Niemiec urasta w pewnych kręgach do roli „kontynuatora Grunwaldu”, wyrównywania rachunków itd. Nie sposób jednak zignorować momentu, gdy ten niszowy bądź co bądź dyskurs, głównie rodem z internetowych forów, przedostaje się do publicznych mediów, w tym wysokonakładowej prasy, radia i telewizji.

Zacznę od „Rote Rüpeln” czyli „Czerwonych chamów”, czyli „żartobliwego przezwiska” polskich graczy, które pojawiło się na łamach niemieckiego dziennika „Bild”. Nic wielkiego – rzec by można. „Bild” to własność koncernu Axel Springer AG, odpowiednik polskiego „Faktu”, a zatem z założenia prasa „nienajwyższych” lotów. A jednak nakład centroprawicowego „Bild” sięga około 3.8 miliona egzemplarzy (co czyni go największą gazetą w Niemczech) i można pokusić się o refleksję nad „społeczną nieszkodliwością” tego typu „żartobliwych określeń”.

A można to uczynić choćby przy radosnych dźwiękach piosenki napisanej specjalnie na okoliczność polsko-niemieckiego finału, o wdzięcznej i równie radosnej treści: „Niemcy mają złoto, a Polacy won do domu”. Znowu skojarzenie z internetowym forum, ale otóż nie! – utwór rozgościł się w publicznym radiu i patriotycznie zagrzewał zawodników do walki, bo przecież „Nikomu nie damy odebrać sobie zwycięstwa, a już na pewno nie Polakom!” – jak według niemieckich mediów miał powiedzieć trener niemieckiej drużyny do swoich podopiecznych przed rozpoczynającym grę gwizdkiem.

Gwizdek rozpoczął, gwizdek grę zakończył. Przegraliśmy. Dlaczego? Wiele odpowiedzi: stres, „przegrana w głowach”, małe doświadczenie… Banalne to powody, a odpowiedź na pewno tkwi głębiej. Wnikliwością refleksji popisał się reporter z Polski, zadając po meczu pytanie jednemu z polskich zawodników o wpływ Eriki Steinbach na motywację niemieckich graczy. Bo przecież to oczywiste. W końcu zawodnicy nie pojechali na finał ot tak, żeby zagrać, zmierzyć się z przeciwnikiem, lecz po to, aby wyrównać ogólne, polskie i niemieckie, „polityczno-społeczne rachunki”.

I o ile hasło „Możecie zatrzymać nasze samochody, ale nie tytuł”, obecne na trybunach podczas meczu może jeszcze wywołać „półgębkowy” uśmiech (w końcu wszyscy znamy i śmiejemy się, półgębkiem, z dowcipu „Jedź do Polski. Twój samochód już tam jest”; mimo to dziwi radosna tolerancja organizatorów), to żartobliwie niski poziom gaf (tudzież żartów) w publicznych, bądź co bądź, mediach właśnie poczucie niesmaku wzbudza. Ciekawe, że rodzaj trybun (sejmowe, prasowe czy sportowe), z których można dać upust własnym i zbiorowym frustracjom nie stanowi dla niektórych żadnej różnicy.