Miał wszystko

Miał wszystko

Był sobie człowiek. Zwykły szary człowiek. Który się zgubił w życiu. Tak po prostu i nagle. Pomyślał i zobaczył, że nic nie ma sensu. Jego życie jest szare, nudne i nigdzie nie zmierza, ludzie, którzy go otaczają przestają mieć dla niego znaczenie, a prostota życia wygrała w nim z radością. Więc siadł. I myślał. Siadł przy biurku i wziął do ręki pióro. Nie byle, jakie. Czarne, złocone pióro po ojcu, dziadzie i pradziadzie.

I pisał i pisał. I myślał i zamykał się w świecie swojej głowy. A to, co tam znajdował kusiło go i pociągało. Więc leciał za tym, zatapiał się i stawał się słowami, które tworzył. A myślał tak mocno, że głowa mu pęczniała, zmieniała się, włosy wypadały i spadały garściami na strony, które coraz szybciej i szybciej zapełniały się słowami. Słowami, które tworzyły go, jego myśli i świat. I stawał się wszystkim, co tworzył. A miał tak wiele twarzy, tak wiele masek w tych słowach, ze sam zupełnie się zagubił. I ta jego prawdziwa twarz przestała być jego twarzą, znajdował się w słowach, w opowieściach i historiach. Oczy i usta się zrosły, policzki nabrały miękkości i zlały się w jedno z czołem. A włosy, które spadał na świeży atrament zmieniały go i tworzyły nowe historie i światy. Nowe oblicza jego, zupełnie nowe i tak odbiegające od tego człowieka, którym był. Wiec pisał dalej i tak zatracił się w tym pisaniu, że przestał żyć. Tylko myślał i pisał, przelewał na papier każdą myśl i słowo, które się nim pojawiło. Te z serca, z głowy, nawet te, które tworzyły się w małych palcach u nogi. I pisał tak długo, że przestał się zajmować życiem. Ludzie, których kochał odchodzili, umierali. Rozstawali się i tworzyli, a on trwał w pisaniu. Stawał się. I pojawiali się nowi ludzie – ci też żyli, czuli, oddychali, tworzyli następnych ludzi i umierali. I w końcu nie zostały w nim i nie tworzyły się żadne nowe słowa. Zostały tylko te proste, puste, codzienne. Wytarte ze znaczenia, wyświechtane. Te ‘dzień dobry’, ‘dziękuję’ czy ‘kocham Cię’ rzucane ciotkom podczas pogrzebów wujka, którego kojarzy się tylko ze zdjęć. Słowa pozbawione znaczenia uczuć i emocji. I odłożył pióro. A to było tak dziwne, tak już przyrosło mu pióro do ręki, że z trudem je od niej oderwał. I siedział. Siedział tak wiele dni, a przed nim stały złogi papieru spisanego przez lata, słowa, które były jego życiem. Spojrzał w lustro, a twarz, jaką tam zobaczył, nie była jego twarzą. Była czystą kartką, na której doświadczenie nic nie zapisało. Jak kulka plasteliny, do której aż palce się świerzbią. Żadna łza na wydrążyła w niej zmarszczek, żaden uśmiech nie zmarszczył policzków, żaden krzyk czy śmiech nie wyćwiczył ust. I była to twarz tak straszna, że nie mógł na nią patrzeć. Więc płakał. I tak siedział i płakał – a było to dla niego tak nowe, że nie umiał przestać. I potoki łez rzeźbiły zmarszczki cierpienia, fałdki, które nadawały kształtu policzkom, powiekom. Osnuwały jego oczy mgłą życia. I gdy poczuł, że żadna łza w nim nie została zaczął się śmiać. I śmiał się tak tygodniami w pokoju, w którym zamknięte było jego życie. Śmiech podrywał kartki papieru, napełniał oczy blaskiem i sprawiał, że krew krążyła mu szybciej w żyłach. I gdy już wyśmiał się do ostatniego podrygu powietrza w płucach, wstał, umocniony radością i cierpieniem, które przeżył. Wyszedł na świat, który był mu zupełnie obcy. Do ludzi, których nie poznawał, samochodów, domów i ulic, które utonęły we wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa. I odkrywał ten świat na nowo. Rwał trawę z trawników, wąchał ją, kosztował, cieszył się promieniami słońca i obserwował ruch gwiazd. I tak przez wiele tygodni, jak dziecko stawiał pierwsze kroki na świecie, od którego kiedyś uciekał. A jak poznał go (tak dla siebie) zaczął poznawać ludzi, cieszył się nimi, słuchał, mało mówił, bo z trudem przychodziło mu tworzenie słów nowych, innych od tych zostawionych na wyblakłych kartkach zamkniętych w Pokoju. Uczył się ludzi, uczył się tej wielkiej sztuki, jaką jest rozmowa. Poznawał przyjaciół, uczył się rozróżniać uczucia, emocje. I nadszedł dzień, w którym popatrzył w lustro i pomyślał, że wie już wszystko. Naoglądał się i przeżył cierpienie, zna smak radości, słodkie tajemnice miłości i czystą przyjemność płynącą z codziennego, zwykłego życia. Wtedy siadł do biurka i zaczął czytać. Czytał o tych wszystkich postaciach i maskach, którymi się stawał w pisaniu, o światach i wędrówkach, które przemierzał. I zapragnął uciec od zwykłego życia, które prowadził. Więc zaczął stawać się tymi postaciami, przybierał maski. Był złodziejem, mordercą, kochającym ojcem i tajemniczym kochankiem. Pewnego ranka został małą dziewczynką, by wieczorem położyć się do łóżka jako młody biznesmen. Robił i tworzył postacie tak odmienne od siebie, a ułatwiał mu to fakt, że znał się na ludziach. Poznał te tajemnicze zasady życia, zachowań, które nami kierują na każdym kroku, a które tak ciężko jest kontrolować. Umiał czytać i rozpoznawać świat dużo szybciej niż zwykli, normalni ludzie. Więc bawił się, grał, przestał być marionetką świata, teraz on pociągał za sznurki. Żył pełnią życia, jak mało komu jest dane. Na wszystko mógł sobie pozwolić. Mógł być chłopakiem przynoszącym kwiaty swojej dziewczynie i staruszkiem, który z zapałem przechadza się po alejkach. Sklepikarką karmiącą gołębie czy gangsterem gnającym po ulicach na motorze. Żył. Żył w tak strasznych znaczeniu tego słowa, że serce zaczynało pękać od wzruszeń, a mózg od nowych wspomnień. Pewnego dnia, wracając do pokoju, tym razem jako mody poeta, z gazetami w kieszeniach palta i niedopałkiem w ustach, poczuł tak ogromną radość, że zaczął tańczyć. I tak tańczył, przetańczył noc i dzień. Tańcząc kręcił się po pokoju, rzucił niedopałek na ziemię i położył się zasnąć snem sprawiedliwym, który leczy zmęczenie i uspokaja serce. A niedopałek leżał. I podbiegła do niego myszka, wytężyła wszystkie siły i rzuciła na stos papierów – zakurzone zwały kartek, które od lat zalegały pokój. A one zaczęły płonąć. I płonęły, choć rękopisy, ogniem żywym i wesołym. Kartki z gracją i polotem oddawały się językom ognia, dawały się pieścić iskrom i znikały z cichym, zaspokojonym sykiem. I tak ginęły, po kolei, kartka po kartce, a wraz z nimi ginął poeta. Jego wspomnienia, jego światy, maski, miłości, radości i klęski. I on sam, w swoim śnie coraz bardziej malał, kurczył się, znikały zmarszczki, włosy znowu wypadały, tak jak paznokcie i zęby. Powoli odrywała się skóra, niknęła krew. Malał, biedniał, zacierał się, a wszystko to i ogień i kartki i on – jak żywy rozkładający się obraz człowieka, tworzyły przedstawienie tak piękne, że wszystkie gołębie z okolicy przystawały w locie przy oknie, przy którym działy się te cuda. I tak to trwało. I kończyło. Dokładnie tyle czasu, ile się tworzyło. I w ostatniej minucie, gdy dogasała ostatnia iskra słychać było tylko cichy śmiech poety. Śmiech radości, rozkoszy, który przerodził się w krzyk bólu, prawdziwego cierpienia z głębi trzewi, by w końcu zgasnąć, zamilknąć. Nastała cisza. Nowa cisza, nowy jej wymiar. Cisza, która wie i widzi. I która kiedyś podejdzie do nowego zgubionego człowieka, wleje się w jego serce i duszę, poderwie rękę i każe mu pisać. I napisze mu nową ścieżkę, nową historię, która znowu zrealizuje go i spełni, by znowu zakończyć się w ciszy. Tej nowej.

Komentarz do poety

Zastanawiam się, czy mówimy o problemie społecznym, czy o narastającym społecznym statusie, czy tez odzwierciedleniu naszych czasów. Czasów, gdy miejsce prawdziwych łez wzruszenia czy uśmiechu, zastępują lajki na portalach społecznościowych i coraz to nowe inicjatywy, które rozgrywają się tylko w rzeczywistości cyfrowej. Jeszcze dwadzieścia lat temu nie było mowy o „rzeczywistości cyfrowej”, teraz większość z nas ma swoje cyfrowe alter ego, które mówi naszym głosem i posiada nasze zdjęcia. Główny bohater mojego opowiadania zatraca się w pisaniu, traci dla niego głowę i twarz, dosłownie. Zapomina o otaczającej go rzeczywistości, na rzecz tej urojonej, rzeczywistości, która rozgrywa się tylko w jego głowie. Mówiąc słowami Wittgensteina, granice mojego języka, są granicami mego świata. I tu właśnie zachodzi ten stosunek – słowa kreują świat, znajdujące się w nim postaci, gdy prawdziwa rzeczywistość obumiera i główny bohatera traci dlań zainteresowanie. Ciekawy jest ten problem, (tak, ja jednak uważam, że to problem) gdy człowiek traci własną tożsamość na rzecz urojonej. Ciekawy upływ czasu, który mierzy się słowami, słowami, które zaczynają dominować i więzić bohatera w swojej skorupie, bez wyjścia. Czyż nie każdy z nas jest niewolnikiem słów, tych szufladek, które mierzą nasze życie i nasze dokonania? Jak łatwo jest zabijać i ranić słowami, jak łatwo tworzyć i kreować nowe. Kiedyś słyszałam piękny wykład o słowach, o tym, że człowiek, zanim sięgnie po młotek i zbuduje dom, sięga po słowo i mówi „czas zbudować dom”. Słowo jest najbliższym i najbardziej dostępnym człowiekowi narzędziem do kierowania rzeczywistości. Może więc nic dziwnego, że główny bohater mojego opowiadania zamyka się w nich i celem jego życia jest wymyślanie coraz to nowych i nowych słów, które w końcu zaczynają kreować go i przemieniać w postacie z jego imaginacji. Ciekawy jest też moment otrzeźwienia, w którym bohater zaczyna zdawać sobie sprawę, z tego co utracił i zaczyna płakać i śmiać się i te najbardziej rdzenne emocje zaczynają rzeźbić bruzdy i rysy jego twarzy, kształtują jego twarz i dają blask w oczy. A jednak ucieka się znów w słowa, bo wraca do czytania i przemienia się w postacie, nie z rzeczywistości realnej, ale tej wymyślonej, pociągającej i kuszącej. Mamy więc kompleks człowieka – boga, człowieka, który staje się artystą tworzenia i unicestwienia. Człowiekiem, którego dotykają różne doświadczenia, w rzeczywistości realnej, ale mające swoje korzenie w rzeczywistości fikcyjnej. I to natura w końcu staje w opozycji do człowieka, niedopałek zostaje popchnięty przez myszkę i hałdy papieru zajmują się. Sięgając do symboliki myszy, można zorientować się, ze mysz jest symbolem szatana. Ale czy na pewno? Co złego jest w unicestwieniu zła, złej sztuki kreacji i pychy człowieczej? Nie ma nic złego w tym akcie zagłady, wręcz przeciwnie, akt spalenia jest tak piękny, że gołębie zatrzymują się przy oknie i oglądają to widowisko, które trwa tak długo, jak akt tworzenia. Może trochę biblijnie, może religijnie, mamy stwórcę, lecz mamy też jego upadek. Trywialny wręcz, od małej iskry giną pokolenia postaci i ogrom wszechświata, które autor tworzy.

Jaki wniosek wysnuwa się z tych przemyśleń? W mojej opinii chodzi o zakłamanie ludzkie, o pychę, która tak często towarzyszy człowiekowi, o nadmierną wiarę w nasze możliwości. Człowiek nie jest Stwórcą, jednak często pretenduje do tego miana. W codziennej rzeczywistości nakładamy maski, które mają nam ułatwić kontakt z innymi osobnikami, jednak zanim zdążymy się zorientować, te maski staja się nasza twarzą. W rezultacie stajemy się tworami, jak główny autor, bez bruzd i rysów twarzy, a z doświadczeniem zapisanym na portalu w Internecie. Smutna jest dola współczesnego człowieka, wręcz schizofrenicznie rozdartego pomiędzy rzeczywistość realną, a cyfrową i mam nadzieje, że opowiadania, jak to, pozwolą lepiej przyjrzeć się podobnym problemom, a czytelnika nakłonią do refleksji co robią z ta cienką i powikłaną nicią, którą nazywamy życiem.

Ilustracja: reskalos