APOTEOZA INDOEUROPEJSKIEGO DUCHA  (CZYLI KILKA SŁÓW O IDEOLOGII W INDOEUROPEISTYCE)

APOTEOZA INDOEUROPEJSKIEGO DUCHA (CZYLI KILKA SŁÓW O IDEOLOGII W INDOEUROPEISTYCE)

Czy słyszeli Państwo może o hipotezie „Wielkiej Lechii”? O Imperium pra-Polaków z którego rzekomo wywodzą się wszystkie współczesne kultury europejskie? Przypuszczam, że tak: w ostatnich miesiącach słowo „Lechici” obiło się o uszy wszystkim. Ta przedziwna teoria rozbawiła internautów (najróżniejszych orientacji politycznych) do tego stopnia, że przez krótki moment Lechici mieli szansę prześcignąć popularnością kilka innych teorii spiskowych czy pseudonaukowych hipotez – choć oczywiście „wiedza” o zamierzchłej przeszłości ze spekulacjami na temat pewnej katastrofy sprzed lat kilku równać się nie może…

Niezorientowanych w temacie Wielkiej Lechii odsyłam do bezpośredniego źródła zamieszania wokół pradziejów naszego kraju: do książki Janusza Bieszka Słowiańscy królowie Lechii. Polska starożytna bądź do licznych, demarkacyjnych opracowań internetowych (przede wszystkim do bloga prof. Napiórkowskiego „Współczesne Mitologie”). Internet bezceremonialnie rozprawił się z tym osobliwym lechickim tworem; wielu blogerów objawiło nadużycia, przekłamania i niekonsekwencje na których oparła się bieszkowa opowieść o dawnym imperium Ariów-Słowian. Nie było to zresztą szczególnie trudne. Hipoteza Imperium Lechitów jest na tyle jaskrawym przykładem pseudonauki, że demaskuje się sama: choć szczelnie zabezpieczona teoriami spiskowymi – za nieznajomość „prawdy o nas samych” odpowiada według Bieszka spisek zawistnego zachodu, historiografów-zaborców z Niemiec itp. – okazuje się być nieznośnie niespójna i sprzeczna z nawet tak (politycznie) niewinnymi dziedzinami nauki jak geologia historyczna.

Z tego też względu pomysły Bieszka przysparzają mi więcej śmiechu niż obaw. Odczuwam wręcz pewien rodzaj wdzięczności dla autora: jego teoria, w swojej kuriozalności, przypomniała wszystkim o tym, jak łatwo manipulować faktami w imię wielkich narracji, przesądów czy ideologii. Uwaga ta powinna odnosić się zwłaszcza do tych dziedzin nauk, które nie dysponują szczególnie obfitym materiałem badawczym; do badaczy, którzy opierają się w swych interpretacjach i syntezach przede wszystkim na rekonstrukcjach.

W wypadku badań nad zamierzchłą przeszłością naukowców nie krępują fakty tak mocno, jak przy okazji innych dziedzin nauk; cierpią oni raczej na brak źródeł. Odrobina wyobraźni, luźne potraktowanie pojęcia „metody”, szczypta myślenia życzeniowego i pseudo-filozoficznej spekulacji, a efekt pracy może być podobny do hipotez Bieszka – jednocześnie sposób prezentacji do złudzenia przypominać może korpus pomysłów i idei, które zwiemy „nauką” czy „wiedzą”.

O Lechitach dowiedziałem się od swojego taty. Przyznam, że w pierwszym momencie nie do końca uwierzyłem w jego streszczenie (audycji radiowej, w której podjęto temat Bieszka). Pomysł uczynienia ze wspólnoty praindoeuropejskiej proto-Polaków-Lechitów wydał mi się zbyt niedorzeczny, aby mógł być prawdą… A przecież moja nieufność nie miała cienia sensu, i to z dwóch powodów: 1) przede wszystkim, szaleńców w Internecie nie brakuje, nie brakuje także kretyńskich książek czy podejrzanych wydawnictw książkowych (odsyłam do innej publikacji Bieszka, Cywilizacje kosmiczne na ziemi); 2) jeśli dobrze się zastanowić, indoeuropeistyka, niemalże od samego swego początku, splatała się z para-naukowymi teoriami i służyła przeróżnym ideologiom.

Drugi pogląd nie jest łatwy do zaakceptowania, zwłaszcza dla osób zajmujących się – amatorsko bądź profesjonalnie – wspólnotą indoeuropejską. Za nami niemalże 200 lat filologicznych i kulturowych badań porównawczych, badań obiecujących odkrycie początków kultury Zachodu, gwarantujących odsłonięcie podstaw „białej mitologii” i zdemaskowanie podwalin metafizyki europejskiej oraz europejskiego logosu; 200 lat obietnicy, która przez ten czas kilkakrotnie odżywała z nową mocą, za każdym razem w trochę innej formie i z trochę innym zapleczem ideologicznym.

Na początek: obietnica w wydaniu XIX-wiecznych indologów i sanskrytologów, którzy – po odkryciu przez bawarskiego uczonego Franza Boppa (1791-1867) wspólnych źródeł języków indyjskich oraz europejskich – rozpoczęli tworzenie coraz barwniejszych i wymyślniejszych zestawień najróżniejszych mitów i świadectw historycznych: a wszystko to w celu odkrycia „biegu historii powszechnej”. U podłoża rozwoju ducha dziejów umieścili oni wyrazistą opozycję Ariowie-Semici. Jak pisał Ernest Renan w wydanej w 1863 roku Vie de Jésus (książce przełożonej już w 1904 roku na język polski przez Andrzeja Niemojewskiego jako „Żywot Jezusa”), Indo-Ariowie oraz Semici to „dwie rzeki wypływające ze źródeł cywilizacji”; to rozdzielona we wczesnym dzieciństwie dwójka braci, którzy stali się sobie obcy. Do ustalenia pozostała natura tych różnic.

W tym miejscu otwiera się nieskończony przestwór możliwości dla każdego antysemity: Renan na przykład z lubością stwierdzał, że kulturę semicką znamionuje subiektywizm oraz egoizm, podczas gdy Ariowie wykazywali (wykazują?) zdolność do patrzenia na świat kategoriami obiektywnymi oraz tworzenia pojęć abstrakcyjnych; Semici są fanatykami, Indo-Ariowie to ludzie otwarci, od początku swej historii zmierzający ku wolności i demokracji. Norweski znajomy Renana, Christian Lassen, różnice upatrywał zaś w podejściu do religii: jego zdaniem „Semici nie zrozumieli w Bogu jego różnorodności (la variété), niezliczoności (la pluralité) oraz płciowości (le sexe)”; to patriarchalny monoteizm pchnął Semitów w objęcia nietolerancji i zamknięcia, których rzekomo nie sposób znaleźć u Europejczyków.

Portret Semitów utrwalony w pismach Renana – najbardziej wpływowego (obok Maxa Müllera) orientalisty XIX-wieku – przedstawia się dosyć upiornie. Z drugiej strony, kolejna fala zainteresowania korzeniami europejskiej cywilizacji pokazuje, że rasistowskie i antysemickie wybiegi w pracach Renana czy Lassena mogą uchodzić za drobny wypadek przy pracy.

W latach 30-tych XX wieku na terenie Niemiec grupa quasi-naukowców rozpoczęła zwrot w badaniach porównawczych, który należy, jak sądzę, nazwać po prostu „posługą nazistowskiej ideologii”. Katedry uniwersyteckie i stanowiska rektorskie przejęły wtedy takie barwne postaci nauki, jak Standartenführer „SS” Walther Wüst. Przy użyciu kategorii „rasy”, zderzając z dowolnością jazzowego muzyka mitologie i opowieści wyjęte z różnych poematów epickich sami fundowali oni mity: Indo-Europejczyków jako wojowników-zdobywców, Niemców jako najczystszych wyrazicieli aryjskiego obrazu świata, aryjskiej mitologii i metafizyki itd. W tym samym czasie analogiczne twory, przetwarzające dyskurs o indoeuropejczykach w narzędzie polityki rasowej, powstają w innych zakamarkach świata „indoeuropejskiego”, m.in. w Indiach, gdzie Vinayak Savarkar, przez historię zapamiętany głównie jako zleceniodawca zabójstwa Mahatmy Gandhi’ego, rozwija teorię Hindutwy, „Indyjskości”.

Wyjście w badaniach porównawczych od wcześniej zaprojektowanego obrazka „Indo-Arjów” okazało się być niezwykle nośne: skoro już wiadomo, co jest esencją indoeuropejskości, wystarczy poszukać właściwych jej przejawów, jakiegoś Ducha (artfremden Geist, używając określenia Wüsta), który przenika naszą kulturę przypominając o jej początku.

Natknąć się na tego Geista można zaś wszędzie: U Szekspira, Hölderlina, w symbolu swastyki, której taneczny obrót przywodzi niektórym na myśl zarówno rozpostarte ramiona boga Śiwy, jak i dialektykę Hegla. „Duch Przodków” objawiać się może nawet na niektórych flagach narodowych, rzekomo odtwarzających indoeuropejską symbolikę barw bądź wyrazić w rytmie tętentu koni wojsk (na przykład Napoleońskich)…

Metoda Wüsta, o zgrozo, dalej jest w użyciu. Niektórzy wciąż starają się ożywić konstrukt „indoeuropejskości” do celów (świadomie bądź nieświadomie, ciężko stwierdzić) ideologicznych. Co gorsza, dzieję się to także na uniwersytetach, w ramach instytucjonalnej działalności naukowej. A to zjawisko, w przeciwieństwie do kuriozalnej teorii Lechitów, budzi moje obawy: odpowiedni tytuł naukowy, umiejętność zaczepienia nawet najbardziej arbitralnych sądów w żargonie danej dyscypliny, w końcu – najpospolitsza, zdawać by się mogło, umiejętność formułowania wypowiedzi w sposób zrozumiały i atrakcyjny dla odbiorcy potrafi całkowicie zaćmić różnicę między streszczeniem wyników badań a indoktrynacją, między ujawnianiem źródeł ideologii a jej projektowaniem, między opisem danej kultury a jej wartościowaniem.

Na szczęście współcześni naukowcy zajęci kulturą indoeuropejską na ogół stronią od podobnej arbitralności. Ostrożność znamionującą dzisiejszy model badań porównawczych ilustruje książka duńskiego językoznawcy Roberta Beekesa, profesora Uniwersytetu w Lejdzie, Comparative Indo-European Linguistics (pierwotnie wydana po holendersku w 1990 roku). Lektura tej pracy może wydać się niestety nużąca: brak w niej dużych narracji, opowieści o wielkich inicjacjach rytualnych czy indoeuropejskich strukturach myślowych. Dowiemy się raczej, że „praindoeuropejczycy byli zapoznani z agrokulturą” – jesteśmy bowiem w stanie, przez porównanie materiału z wielu języków, zrekonstruować słowo oznaczające „sianie” bądź „oranie”; natkniemy się na zestawienia kilku formuł religijno-poetyckich z różnych hymnów i poematów, wskazujących na istnienie u wspólnych początków jakieś jednolitej, choć niemożliwej do odtworzenia konwencji poetyckiej itp. Domyślam się, że dla wychowanych na pracach Dumézila poszukiwaczy źródeł europejskiej ideologii może to być spory zawód – dojrzały naukowiec w obliczu ograniczoności materiału badawczego godzi się jednak w porę zawiesić głos.

Nie wiem tylko co należy zrobić z tymi, którzy zawłaszczają porzucony przez naukę obszar badań. Co począć z hochsztaplerami, którzy siłą inwencji, „spekulacji filozoficznej”, mistycznych wglądów i osuwania się w (indoeuropejski) mit rozwijają przeróżne konstrukty ideologiczne przylepiając je do niedostępnych dla nas umysłów indoeuropejskich przodków? Sygnalizuję tym pytaniem problem, na który nie potrafię odpowiedzieć.

Być może najlepszym pomysłem jest po prostu wyśmianie podobnych szaleństw. Dlatego na zakończenie pragnę przedstawić własną hipotezę praindoeuropejskiej wspólnoty. Przypuszczam (nie ja jeden: zob. postać indoeuropeisty Gordona Childa…), że nasi przodkowie byli proto-marksistami, anty-religijnymi promotorami postępu żyjącymi w komunie opartej na miłości i akceptacji. Nasi ojcowie uznawali homoseksualizm, ich wspólnota opierała się wręcz na rytualnych, homoseksualnych inicjacjach seksualnych (odsyłam do prac Bernarda Sergeta). Zgaduję, że byli też wegetarianami (musimy na tym poprzestać: weganizmowi przeczy, niestety, nasz materiał badawczy, tj. zestaw wspólnych rdzeni oznaczających mleko, masło, sery itp.). Co najważniejsze, z podziwem patrzyli na cywilizację semicką, swojego „oddzielonego brata” (i tu znajdziemy coś na poparcie: książki Saula Levina o rzekomych zapożyczeniach semickich w językach indo-europejskich). Bo kto powiedział, że praindoeuropeistyka służyć ma wyłącznie ideologiom skrajnej prawicy?

Ilustracja: soozed