A teraz metka ma głos

A teraz metka ma głos

Najpierw do głosu dochodzi etyka i moralność.

Bo nie można przyczyniać się do tak otwartego i okrutnego łamania praw człowieka oraz praw pracowniczych. Nie można pozwolić, żeby ludzie pracowali po wiele godzin za tyle, co nic. By spędzali całe dnie w budynkach, które mają bardzo niewiele wspólnego z zasadami bezpieczeństwa. Bo nie można zgodzić się na pracę ponad siły kobiet i mężczyzn, traktowanych jak baterie, które można wymienić, gdy się wyładują. Bo nie można przymknąć oczu na wykorzystywanie sytuacji dzieci, które żyją w skrajnych warunkach i dla których kilkanaście godzin w fabryce to codzienność. Wtedy zaczyna się czytanie metek na ubraniach, opakowań i opisów, w nadziei, że nie znajdzie się tam napisu Made in China/India/Bangladesh/Vietnam. Wtedy dochodzi do podpisywania petycji, obserwowania działalności organizacji takich jak Clean Clothes Campaign, czytania raportów o miejscach, w których ulokowane są zakłady produkcyjne poszczególnych firm, o warunkach w nich panujących, etc.

Potem do głosu dochodzi pragmatyzm i odrobina wrodzonego lenistwa.

Bo taka działalność prowadzi w końcu do sytuacji, kiedy nie ma wręcz po co wchodzić do centrów handlowych. I w zasadzie nie ma w tym nic złego – może gdybyśmy przestali je tak nagminnie zwiedzać, nie rosłyby jak grzyby po deszczu, wysadzając z siodła małe obiekty i powodując, że mamy coraz więcej dworców przyklejonych do galerii, a nie sklepów przy dworcach. Może gdybyśmy odrzucili zwyczaj kupowania w masowych sieciach handlowych, zadziałalibyśmy wreszcie na rzecz rodzimej produkcji. Ale bądźmy ze sobą szczerzy do bólu – tak się nie stanie, bo komu by się chciało wkładać w to tyle wysiłku. Nie lubimy tłoku w galeriach, giniemy w tłumie, narzekamy na kolejki, ale przecież trzeba raz na czas kupić coś nowego do ubrania (pomijamy skrajne przypadki galeriaństwa i zakupoholizmu). Nie ukrywajmy, mało kto ma tyle czasu i energii, żeby szukać małych, najlepiej lokalnych firemek, co do których właściwych źródeł produkcji możemy być pewni. Jesteśmy w stanie robić to od czasu do czasu, przy jakiś większych, jednostkowych zakupach, gdy chcemy pochwalić się swoją troską o „naszą matkę Ziemię” czy cokolwiek innego. W naszym zabieganym (a jakże) społeczeństwie nawet zakupy spożywcze robimy przez Internet i czekamy, aż miniciężarówka podjedzie pod nasz dom i jakiś mężczyzna wpakuje nam stos siatek do domu (może to i mało ekologiczny sposób przenoszenia rzeczy, ale to nie miejsce i czas na myślenie o „mateczce”, spieszymy się). Owszem, jesteśmy w stanie dołożyć czasem kilka złotych za napis eko i to nam się chwali. Na szczęście, po kobiecemu chyba bardziej patrząc, z kosmetykami jest łatwiej, bo wiele polskich firm jest na rynku. Ale czytanie metek i szukanie ubrań z nadrukiem fair trade to jedno. Chodzenie z każdym ciuchem, kosmetykiem czy innym drobiazgiem do lokalnego warsztatu to co innego. Grubo co innego.

Na koniec przychodzi więc złość.

Bo dlaczego trzeba się tak namęczyć, by mieć czyste sumienie? Dlaczego trzeba tak długo opowiadać, żeby inni zrozumieli? Dlaczego odległość tak bardzo wpływa na nasze poczucie empatii? Dlaczego, jeśli i skoro chcemy, nie możemy po prostu pójść za swoimi przekonaniami bez nadmiernego wysiłku? To okropne zdanie, jakby wypowiedziane przez leżącego na kanapie grubasa, który narzeka, że ciągle pokazują mu w telewizji te chude dziewczyny. Ale aktywiści nazywają się tak nie na darmo i wygląda na to, że aby móc postępować w zgodzie ze swoją moralnością, trzeba zanegować lenistwo. To nie jest złe, wręcz przeciwnie, świat byłby zapewne zdecydowanie lepszym miejscem, gdyby wszyscy byli aktywistami. Ale prawda jest taka, że tak nie jest i nie będzie, a żeby zmiana jakaś drastyczna nastąpiła, trzeba dotrzeć także do tych leżących na kanapie. Przede wszystkim do nich. Więc w ich imieniu, ich i tych wszystkich, którzy próbują zrzucić ich z foteli, złość przychodzi. Dlaczego nie mogę zwyczajnie pójść do sklepu sieciowego, do którego chodziłam wiele lat i kupić sobie tego, co mi się podoba, bez obawy, że metka wyszyta jest potem i wycieńczeniem azjatyckich braci i sióstr? Jestem tylko młodą dziewczyną i nic nie wiem o gospodarce, ale jest to jeden z najciemniejszych z wszystkich pięćdziesięciu odcieni szarości kapitalizmu. Dlaczego z powodu, iż jakiś przedsiębiorca uznał, że liczą się przede wszystkim pieniądze i robi wszystko, by produkować jak najmniejszym kosztem, a więc mieć jak największe zarobki, mnie ma gryźć sumienie?

Ano ma mnie gryźć, bo przedsiębiorca dokonał takiego wyboru także dla mnie. Po to, żebym mogła wejść do sklepu i ucieszyć się, że spodnie kosztują sześćdziesiąt złotych, a nie sto. Że koszulki z tej serii są proste i bez ozdób, i że kosztują trzydzieści złotych. Dlatego, że jestem leniwa i chodzę do centrów handlowych (konsekwentnie omijając je tylko w weekendy, gdy wzmaga się mój strach przed tłumem). Dlatego, że jestem przyzwyczajona do takiej a takiej nazwy firmy na metce mojego swetra i kupię ten płaszcz, mimo iż napisane jest na nim „Made in India”, bo jest mi potrzebny, a jest nie za drogi i na miejscu. Dlatego, że obudziłam się odrobinę dopiero wtedy, gdy w źle zabezpieczonej fabryce zginęli ludzie. Dlatego, że moja etyka i moralność zbyt często przegrywają z pragmatyzmem, a kobiety w Bangladeszu wydają się być tak daleko. Dlatego, że takich jak ja są tysiące i zaledwie setki zdają się powoli budzić. To niewygodne i nieprzyjemne doświadczenie, stać w sklepie pełnym ubrań czy sprzętów elektronicznych, przepełnionych czyjąś desperacją i walką o godny byt.

I wtedy złość przechodzi, a w jej miejsce pojawiają się wstyd i zalążki aktywizmu, walczące ostro z lenistwem. Odłożyłam płaszcz, poszukam czegoś innego. Wątpię, żeby udało mi się nawrócić z miejsca w każdym aspekcie, od razu. Ale ważne jest to, żeby chociaż zacząć. Jest przecież coś satysfakcjonującego w tym zamaszystym odrzucaniu koszuli, niemalże przecież prosto w twarz Wielkiego Szefa Firmy X, obrazującym naszą niezgodę na takie działania. Choćby dla takiej doraźnej satysfakcji można by choć raz na czas to zrobić.