Głowy ponad głowami.

Autor: Kamil Szymański

 

Polska rozmawia z Rosją, Rosja z Ukrainą, Ukraina z Polską. O interesach, o handlu przygranicznym, o historii, o gazociągu, o pojednaniu i przepraszaniu, o cmentarzach i pomnikach. Państwa prowadzą dialog, czasem nawet uczestniczą w debatach. Mogą żywić urazę lub osiągać porozumienie, mogą wyjść zwycięsko z negocjacji lub też odchodzić od stołu. Rozmowy toczone przez głowy państw, a ponad głowami obywateli. Właśnie w tym problem.Dokładniej rzecz biorąc, problem nie polega na tym, że przedstawiciele państw ze sobą rozmawiają, tylko na wyważonej interpretacji tych rozmów. Zbyt daleka personifikacja państw grozi utożsamieniem woli polityków z wolą obywateli żyjących w konkretnym momencie historycznym, posiadających własne zdanie, własne obawy, nadzieje i interesy. Pułapką, która tylko potęguje takie wrażenie, jest słowo „naród”, używane często w wyrażeniach typu „wola narodu”, „interes narodu”, „sumienie narodu” itp. Z retorycznego punktu widzenia nie jest zabiegiem szczególnie trudnym dać pozór takiej harmonii.Co prawda, w myśl zasady demokracji ogólny kierunek polityki władz państwa powinien być zgodny z zamysłem obywateli, którzy tę władzę wybrali, natomiast nie da się utrzymać twierdzenia, że to, co mówią politycy, jest jednocześnie głosem ludu. Przykładowo, że chłodne stosunki Polski z Rosją są odzwierciedleniem stosunków Polaków z Rosjanami, które przecież wcale chłodne być nie muszą. Podobnie, jest złudne – a w moim przekonaniu także szkodliwe – kreowanie wizerunku Francuzów czy kogokolwiek innego na podstawie decyzji ich reprezentantów na forum Unii Europejskiej, która to decyzja stała w sprzeczności ze stanowiskiem polskich władz. A już zupełnie nie da się z przeprosin Aleksandra Kwaśniewskiego za Jedwabne wywnioskować, że choćby zwykła większość Polaków czuje skruchę i potrzebę przeproszenia. Bo też kogo konkretnie Polacy mogliby przeprosić? Trudno przeprosić państwo albo naród, bo to jednak nie to samo co człowiek, nawet pomnożony przez wielkość rzędu milionów. W pewnym sensie mówimy tu o truizmie. A jednak, kiedy słyszymy o symbolicznych gestach i wypowiedziach polityków, czy nie warto się zastanowić, kto, do kogo i w czyim imieniu je adresuje? Dla uzmysłowienia sobie, jak duża może być rozbieżność między polityczną wolą a wolą obywateli, wyobraźmy sobie, jak mogłoby przebiegać hipotetyczne referendum w sprawie skruchy i przeprosin za Jedwabne.

Oczywiście, jest i druga strona medalu, a mianowicie taka, że właśnie po to podejmuje się pewne działania, aby rzeczywistość wykreować. List polskich biskupów do biskupów niemieckich nie miałby tak dużego znaczenia dla stosunków polsko-niemieckich, gdyby jego autorzy czekali „na lepsze czasy”. Ten list był więc istotnym elementem budowania nowej polityki, opartej na porozumieniu stron, a pośrednio też mógł mieć swój udział w przemianie świadomości żyjących Polaków i Niemców, w przezwyciężaniu wzajemnych stereotypów i budowaniu współpracy. Musimy jednak pamiętać o dwóch rzeczach: po pierwsze, że list biskupów bynajmniej nie reprezentował woli mas, lecz miał na nią pośrednio wpływać. Po drugie, że w podobny sposób można planować zgoła odmienne cele: kreować negatywne stereotypy narodowe, siać niepokój i podejrzliwość wobec grup mniejszościowych, podnosić nieuzasadnione roszczenia, wzmagać poczucie krzywdy, potrzeby rewolucji itd.

Wniosek jest taki, że rozmowy głów państw to rozmowy ponad naszymi głowami. Jakiekolwiek polityczne gesty, wypowiedzi czy decyzje wcale nie muszą korespondować ze zdaniem ludzi, w imieniu których zostały podjęte, a nawet mogą zaprzeczać dotychczasowej opinii większości, ponieważ w gruncie rzeczy bazują na tej samej iluzji harmonii pomiędzy wolą polityków a wolą obywateli.