O efemeryczności narodów telewizyjnych.

Autor: Kamil Szymański

 

Na Ziemi jest o wiele więcej narodów i grup etnicznych do tego miana aspirujących niż miejsca dla nich wszystkich pod swymi własnymi parasolami państwowości. I nie tyle jakaś ludzka przewrotność czy zawziętość, lecz zwykła bezinteresowna arytmetyka przesądzają o konieczności szukania innych rozwiązań. W tym przypadku inne rozwiązania to zazwyczaj zdominowanie pewnego obszaru przez jedną, najsilniejszą grupę etniczną, która na mocy tej właśnie dominacji ogłasza się prawowitym okupantem owego obszaru, zarówno fizycznie, jak i kulturowo. Jeżeli nie udaje się pogodzić kilku grup etnicznych na jednym terenie, poprzez zapewnienie równości lub jakiejkolwiek innej, powszechnie akceptowanej formy współistnienia, to do głosu dochodzą argumenty siły.Podobnie jak jednostka, grupa również potrzebuje oparcia zewnętrznego, potwierdzenia tożsamości. Historia pokazuje, że o istnieniu narodu w dużej mierze decyduje opinia światowa, natomiast o istnieniu państwa – formalne potwierdzenie uznania przez inne kraje, przy czym najważniejszymi wydają się państwa ościenne. Czasy najnowsze dostarczyły nam co najmniej jednego ważnego w tym względzie czynnika: rzeczywistości medialnej. Przykład Czeczenii doskonale obrazuje niezwykłe zjawisko współzależności dwóch światów: przyziemnego i medialnego. W kontekście jednego z szerzej ostatnio omawianych procesów, a mianowicie globalizacji, mamy tu do czynienia z przeplatającymi się płaszczyznami lokalności i globalności. Takie współistnienie, współokreślanie, dopełnienie nazwane zostało przez Rolanda Robertsona glokalizacją (Robertson 1995). W niniejszym eseju zamierzam pokazać, jak w tym dwoistym świecie pojawiają się i znikają problemy, lub inaczej: jak pojawiają się i znikają całe narody, nazywane odtąd narodami telewizyjnymi. Chociaż odwołuję się do Czeczenii, stanie się oczywiste, że nie jest to przypadek odosobniony.Der Volksgeist.

Niemcy zachwycali się esencjonalną dla narodu wartością specyficznego ducha, który wśród ludu tętni i rozbrzmiewa. Jak na ironię, komfortu warunków, w których wielkim pisarzom i filozofom przyszło tworzyć tę ideologię, nie daje się porównać do okoliczności, w jakich Czeczeni każdego dnia walczą o swój naród, pisząc jego historię własną krwią. Jan Strzałka, pracujący z Janiną Ochojską w Polskiej Akcji Humanitarnej, tak pisze o tym, co zobaczył w Czeczenii: „Madina umiera w chlewie. Aiszi, jej wnuczka, zazdrości zwierzętom. – Bo gdybyśmy były zwierzętami – mówi – może ktoś okazałby nam pomoc i współczucie. Być może zająłby się nami Greenpeace. Ale Madina i Aiszi nie są zwierzętami, więc świat pozostaje obojętny na ich cierpienie.” Przypomina się wypowiedź pewnego Palestyńczyka mieszkającego wraz z kilkuosobową rodziną w Izraelu. Był to starszy mężczyzna, któremu jednak ani wiek, ani przeciwności losu nie zniszczyły poczucia humoru – Władze nie doprowadziły nam elektryczności, bo jesteśmy Palestyńczykami. Natomiast rolnicy żydowscy mają prąd nawet w kurnikach, więc apeluję do władz: przyznajcie nam statut kurnika i dajcie prąd! Są to rzeczy, o których wolelibyśmy nie wiedzieć, a jest to jeden z powodów, dla których faktycznie o nich nie wiemy. Czy zapytany na ulicy człowiek jest w stanie wskazać na mapie Inguszetię albo Osetię? Otóż po wybuchu drugiej wojny czeczeńskiej trzystupięćdziesięciotysięczna Inguszetia przyjęła dwieście osiemdziesiąt tysięcy uchodźców. I znów nie ma rady, arytmetyka nie kłamie i nie daje nadziei. „W obozach [do których dociera pomoc humanitarna i które posiadają namioty – K. S.] mieszka zaledwie 40 tys. uchodźców, a to znaczy, że reszta – czyli 240 tys. ludzi – skazana jest na głód i brak wszystkiego, co potrzebne do życia. Rosja twierdzi, że w Inguszetii nie doszło do katastrofy humanitarnej. Każdy, kto był w Inguszetii, wie, że to wielkie kłamstwo. Nie pierwsze jednak, nie ostatnie i nie największe, jeśli chodzi o Czeczenów.”
O zbrodniach wojennych i innych wyrządzonych cywilom krzywdach można by napisać całe księgi. W tej czarnej gęstwinie rozpaczy rozmiary pomocy wydają się nielicznymi promykami światła. „W następnym chlewiku wegetuje dwudziestodwuletni Aschab z rodzicami i rodzeństwem. Aschab od czterech lat jest sparaliżowany. Poszedł do lasu, w pobliżu wybuchła mina i na Aschaba spadło drzewo. Kilka dni temu otrzymał wózek inwalidzki od czeskiej organizacji People in Need, jednej z niewielu organizacji humanitarnych działających w Inguszetii. People in Need pomogło już wielu ofiarom wojny, choć w Inguszetii organizację reprezentują tylko Martin i Josef, każdy po dwadzieścia parę lat. Działają tu dzięki wsparciu finansowemu czeskiej telewizji i MSZ.” Zwróćmy uwagę na rolę czeskiej telewizji. Przykład ten przyda się w późniejszych rozważaniach. Spójrzmy także na różnice w wizerunku narodów, w domniemanej wyższości jednych nad innymi. „Emilia Achmatowa, z dzieckiem skazanym na inwalidztwo, chciała wiedzieć, kim są ci Papuasi czy Hutu, którym świat tak współczuje i okazuje pomoc. – W czym ja jestem gorsza od Papuasa?” Wreszcie, porównajmy informacje, które pochodzą bezpośrednio od ludzi, z tymi, które płyną z telewizora. „Panie Aleksandrze, dlaczego pańscy rodacy mordują, grabią, gwałcą i czy rzeczywiście w Czeczenii popełnia się zbrodnię ludobójstwa? – zapytałem po powrocie z fermy Aleksandra Pietrowa z moskiewskiego biura Human Rights Watch. Pietrow od początku wojny bada sytuację w Czeczenii, zbiera i opracowuje świadectwa wszystkich zbrodni popełnionych przez Rosjan. – Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z przerażającą zbrodnią – odpowiada Pietrow. – A dlaczego mordują, gwałcą i grabią? Bo brakuje politycznej woli, by położyć kres zbrodniom. Podczas tej wojny wszystko jest dozwolone. Armia otrzymała carte blanche. Nikt nie chce powstrzymać generałów i żołnierzy przed bezkarnym mordowaniem cywilów. Po rozmowie z Pietrowem włączyłem telewizor. Pokazywano, jak rosyjscy żołnierze rozdają chleb w wyzwolonym od bandytów Groznym. A wdzięczne staruszki dziękują im ze łzami w oczach.” Reportaż Jana Strzałki przypomina lekturę Innego Świata, tyle że na przełomie tysiącleci. W takich warunkach, w takim nieszczęściu być może jedyną rzeczą, jaką posiada naród, jest jednak jego duch, choć brzmi to nieco paradoksalnie w stosunku do tego, co zostało powiedziane wcześniej.

Gdzie mieszka tożsamość?

Kiedy dochodzi do trzęsienia ziemi, specjaliści potrafią orzec, jakie ruchy wielkich płyt tektonicznych je wywołało oraz z jaką siłą ono wystąpiło. Jeśli natomiast świat drży w posadach z powodów politycznych, źródła takiego stanu znikają gdzieś między ludźmi, w ich jednostkowych umysłach. Problem ze świadomością przypomina specyficzność prędkości światła – ani jednego, ani drugiego nie można dodawać. Tożsamość narodowa nie jest prostu wypadkową sumą tożsamości jednostek. Proces powstawania tożsamości, czy też identyczności z samym sobą, wymaga użycia symboli oraz ich rozpowszechnienia. Dla nas najbardziej interesujące są właśnie niuanse przekazywania informacji, w tym również wykorzystania konwencjonalnych, ustalonych wzorców interpretacyjnych. Zatem na pytanie „gdzie mieszka tożsamość?” możemy odpowiedzieć – wszędzie tam, gdzie ludzie, i wszędzie tam, gdzie informacje. Ponieważ jednak dzisiaj informacje poruszają się niewyobrażalnie szybciej i łatwiej niż ludzie, członkowie narodu przestali być jego jedynymi nośnikami. Patrząc głębiej, dostrzeżemy, jak mocno medialna tożsamość może oderwać się od jej starszej siostry i jak swobodnie może żyć własnym, jakże odmiennym życiem.

Trzy wymiary to za mało.

Opis uniwersum, w którym osadzona jest tożsamość etniczna, wymaga wyjścia od statycznego modelu przestrzennego, stopniowo wzbogacanego o wewnętrzną dynamikę oraz swoiste cechy, decydujące o takim a nie innym kształcie dzisiejszego świata społecznego. Solidny fundament dla takiego podejścia położyła praca Zygmunta Baumana, Globalizacja (Bauman 2001). Wymieniony przeze mnie statyczny model przestrzenny nabiera konkretnej treści w kontekście historycznym: owa przestrzeń jest jedynym wspólnym obszarem spotkania dwóch skrajnych warstw społecznych w organizmach państwowych średniowiecznej Europy. Królestwo i poddaństwo to dwie twarze tego samego tworu. Odpowiednio szeroka i śmiała analogia poprowadzi nas jeszcze dalej. Samostanowienie i podległość, najważniejsze przecież sprawy wagi narodowej, wagi państwowej – też są nierozerwalne, potrzebują się wzajemnie i wzajemnie się pożerają. W tej chwili jednak zatrzymujemy się na kwestii samej konfrontacji warstwy poddanych z warstwą arystokracji. Ta ostatnia mocą daną na ogół przez Boga – wszak władza monarsza od Boga pochodzić musi – zagarnia całą dostępną zmysłom chłopstwa przestrzeń i ogłasza ją własnością królewską. Aby jednak zwykli śmiertelnicy też mogli swymi stopami dotykać gleby, monarcha – w swej dobroci niezrównany – pozwala im nie tylko oddychać, ale i pracować na roli, co jest obwarowane warunkami na tyle poniżającymi, by zachować bezpieczną granicę między królewskim sacrum i chłopskim profanum. Każdy zna swoje miejsce. W ten oto sposób wymiar władzy, trzy wymiary przestrzeni i ludzka świadomość zostają ze sobą powiązane.
Nie było jeszcze w historii ludzkości takiej formy rządów, której nie można by polepszyć. Przynajmniej nic o takiej nie wiemy. I znów historia naszego kontynentu odkrywa nam swe istotne momenty – punkt, w którym usprawnienie władzy wymagało narzucenia jednolitej fizycznej postaci państwa. Urzędnik państwowy, wysłany z misją zebrania podatków od podwładnych musi się orientować w każdym zakątku swojego kraju, a to wymaga wprowadzenia jednego standardu miar i wag. Narzucenie wszystkim sposobu pojmowania przestrzeni, tej doświadczalnej, codziennej i znanej każdemu z nas na swój własny, po części niepowtarzalny sposób, to próba zorganizowania świadomości jednostek w jedną, identyczną świadomość grupy. Są to jakby zalążki łączenia tożsamości obywateli w tożsamość narodu. Stosunki władzy formują się w świadomości ludzi za pośrednictwem przestrzeni. Idźmy zatem dalej, do czasów współczesnych.

Media kreślą mapę świata.

Nic już nie stoi na przeszkodzie, by skonstatować, jak dzisiaj władza, świadomość i przestrzeń znajdują wspólny kanał komunikacyjny. Nie można nie docenić skali, z jaką globalizacja narzuciła światu swoją własną logikę postępowania. Omawiane przez nas zjawiska nie tylko zmieniły swe miejsca w dotychczasowym modelu. One uczyniły dużo więcej: raz poruszone nigdy nie spoczywają. Nasz statyczny układ przestrzenny okazał się zbyt ciasny i nieużyteczny, teraz musimy uwzględnić dodatkowo wewnętrzną dynamikę tego układu, jej konsekwencje bowiem posiadają najwyższą rangę dla zrozumienia obecnych przekształceń makrospołecznego świata.
Kiedy w jakimś zakątku świata dokonuje się masowych mordów, to jest to problem tylko dla ofiar. Jeśli znajdą się tam dziennikarze lub jeśli informacje zdołają w jakikolwiek inny sposób przedostać do środków masowej komunikacji, to wydarzenia zakątka stają się problemem całego globu. Opinia publiczna domaga się wyjaśnień, doniesień, ciągłych informacji oraz przedsięwzięć zaradczych. Następuje punkt kulminacyjny światowego zainteresowania, maksymalna intensywność polemik i działań na rzecz poszkodowanych. Od tego momentu stopniowo, acz konsekwentnie, problem będzie coraz mniejszy, bez względu na to, w jakim stopniu został rozwiązany. Po kilku tygodniach czy miesiącach cała sprawa, jak to się określa, ucichnie. Świat zapomni o uciskanym narodzie. Oprawcy nadal będą oprawcami. Prześladowani – wciąż prześladowanymi. Co więcej, wykorzystawszy swoje pięć minut na globalnej arenie, nie będą mogli już liczyć na więcej. Ich czas minie bezpowrotnie. Pytamy, zdziwieni, co się tu wydarzyło? Jak to możliwe, że całe narody wzbijają się wysoko niczym wzburzone fale i – o zgrozo – niczym fale się załamują, by zniknąć pod widzialną powierzchnią?
Dzieje się tak dlatego, że działa tu silny mechanizm glokalizacji, wiążący na nowo to, co światowe, szybkie, łatwe do uchwycenia i porzucenia, z tym, co lokalne, niepowtarzalne, trudne do zrozumienia i trudne do rozwiązania. Problemy narodów mają swe korzenie w lokalności i w terytorium. Tutaj pierwszorzędną rolę od niepamiętnych czasów odgrywały więzy krwi, języka, ziemi. Po części to ziemia określała naród, po części była ona wtórna wobec jego świadomości, jego ducha. Jak pokazałem wcześniej, organizacja grupy etnicznej w jeden twór państwowy mogła się dokonywać za pośrednictwem przestrzeni, w której sfera sacrum spotykała się z profanum, a władza dworu stąpała dumnie po swoim królestwie, wkraczając również pod strzechy ludu i umacniając się w jego świadomości. Dziś jednak każdy element naszego modelu może być pośrednikiem, każdy może być zarówno czynnikiem, jak i biernym tworzywem. Elementy nieustannie zmieniają swe miejsca i między sobą negocjują znaczenia. Niegdyś przestrzeń pełniła tę użyteczną, podobną do rynku, funkcję komunikacyjną, którą obecnie zagarnęły media, i to zagarnęły w stopniu niespotykanym. Tożsamość, która się tworzy na strunach sieci masowej komunikacji, to jest właśnie owa tożsamość medialna, która różni się ogromnie od swej tradycyjnej siostry. Media mają do zaoferowania prędkość, ilość i powszechność informacji, ale nie mają czasu – ten bowiem płynie dla wszystkich tak samo. Podczas gdy jeszcze w ubiegłym wieku sprawy narodów dojrzewały wraz z pokoleniami ich wieszczów, teraz szans na taką harmonię nie ma. Media nie tylko odzwierciedlają swych widzów, swych twórców, ale też zwrotnie konstruują ich świadomość. Duch narodu czeczeńskiego inaczej żyje na arenie międzynarodowej, inaczej zaś w inguskich ruinach. Proces nazywania, definiowania, fundamentalny dla tożsamości ugruntował się tylko w uciekinierach uznających się za Czeczenów. Ten sam proces, raz przeniesiony na poziom sieci medialnej, nigdy się nie finalizuje, lecz podlega ciągłym przekształceniom.
Jednocześnie musimy pamiętać o tym, jak świadomość widzów wpływa na widowisko i vice versa. To właśnie ów zwrotny mechanizm jest przyczyną powstawania samonapędzających się łańcuchów wydarzeń. Oto przykład: gdy nagle dowiadujemy się o krzywdach popełnianych na narodzie czeczeńskim, domagamy się od mediów wyjaśnień, uzupełnień, raportów, analiz. Środki masowego przekazu dostarczają nam tych informacji, ale zarazem pogłębiają w naszej świadomości sam fakt istnienia narodu czeczeńskiego, którego być może wcześniej nie zauważaliśmy. Z drugiej strony, znudzeni, zniecierpliwieni, zmęczeni tak trudnym tematem, tak żmudnym w swej naturze procesem rozwiązywania problemów etnicznych, przestajemy oczekiwać od mediów dalszych bodźców. Naturalnie, otrzymamy satysfakcjonujący przekaz zwrotny, który pozwoli łatwiej zapomnieć o całym kłopocie. Jest tak, jak pisałem niemalże na samym początku – o niektórych sprawach wolelibyśmy nie wiedzieć i pewnie dlatego o wielu z nich się nie dowiadujemy. Emilia Achmatowa dziwi się, dlaczego świat opłakuje Hutu, a nie pamięta o Czeczenach. Świat nie może zapamiętać zbyt wielu rzeczy. Jesteśmy pochłonięci Hutu, bo są popularni, bo pojawiają się w telewizorze. Czeczeni też się pojawiali w telewizorze! – mogłaby zakrzyknąć pani Achmatowa. Ale Czeczeni już mieli swój czas na antenie. Dla opinii światowej czas trwania narodu jest niepokojąco zbliżony do czasu trwania wiadomości telewizyjnych…
Kto chce mieć mandat na słuszność; kto chce obracać się w sferze sacrum; kto chce malować codziennie nowe mapy świata; kto chce określać horyzonty; kto chce decydować, jakie narody są ważniejsze, jakie zaś mogą zostać przykryte białą plamą w mozaikowym, kolorowym i zmiennym jak kalejdoskop atlasie świata… ten musi kontrolować media.

Efemeryczne narody telewizyjne.

Czeczenia? Wielu z nas nigdy tam nie było, nie rozmawiało z tamtejszymi ludźmi. Nie znamy dokładnego miejsca ich pobytu. Według nas, widzów, ich domem jest przede wszystkim kineskop. Stąd nazwa: narody telewizyjne, czyli takie, które obserwujemy z daleka, bezpieczni w swoich fotelach. Prawie zawsze przyglądamy się im w kontekście tragedii. Są to narody, które goszczą u nas w głowach niemalże zupełnie niezależnie od tego, jak istnieją w świadomości ich rzeczywistych obywateli. Immanentną cechą narodów telewizyjnych jest ich efemeryczność, co znaczy, że pojawiają się szybko i równie szybko znikają, dokonawszy swego krótkiego i burzliwego żywota w śmietniku mało atrakcyjnych informacji.
Sparaliżowany młody Czeczen nie dostałby wózka inwalidzkiego bez finansowego wsparcia czeskiej telewizji. Polska Akcja Humanitarna, nie mając wielkiego wyjścia, musiała szukać odbiorców w Internecie i przed billboardami reklamy społecznej. Widownia jest kapryśna i leniwa, łatwo zmienia zdanie i nie przyznaje się do swoich błędów. Do języka potocznego dostał się frazeologizm „głodujące dzieci w Afryce” – typowy efekt narodu telewizyjnego. Hasło, które zostało w krótkim czasie przeciążone i wyeksploatowane, teraz nie ma znaczenia. Dziś widownia może odetchnąć z ulgą, gdyż pojawiły się głosy, że Afryce (Nigerii, Etiopii, Senegalowi) nie potrzebna jest pomoc humanitarna, lecz walka z korupcją. Ustawiczne starania o dofinansowanie biednych krajów okazują się błędem, gdyż pieniądze są marnotrawione lub wykorzystywane do własnych celów przez tamtejsze władze. Wobec takiego obrotu sprawy bogata północ czuje się uwolniona od moralnego obowiązku wspierania biednych.
Bratobójczej wojnie w Rwandzie przyglądaliśmy się codziennie, lecz przez krótki czas. Nasuwają się wątpliwości, czy przeciętny odbiorca był w stanie opisać skrótowo, na czym polegał konflikt i dlaczego w ludobójstwo pochłonęło w 1994 roku aż 800 tysięcy ludzi. Prezydentem kraju jest Paul Kagame, który wygrał wybory z zadziwiającym dziewięćdziesięciopięcioprocentowym poparciem. Jak czytamy w „Forum”: „świat wyjątkowo uważnie przyglądał się wyborom w tym afrykańskim kraju” . Czy na pewno? Czy światowa opinia publiczna poświęciła wystarczająco wiele uwagi temu faktowi? Wydaje się, że najzwyczajniej nie było ono dla mediów wystarczająco interesujące, w przeciwieństwie do rzezi.
Podobnie, a to już powinno przerażać, stało się w przypadku relacji z wojen bałkańskich. Stopień komplikacji konfliktu z całą pewnością wymagał gruntownego wyjaśnienia historii i struktury etniczno-religijnej regionu, tymczasem widownia otrzymywała przeważnie obraz beznadziejnej, chaotycznej masakry, jakby zupełnie oderwanej od polityki. Co więcej, niedawne zabójstwo serbskiego premiera, które przecież sięga korzeniami do ludobójstwa ostatniej wojny, zasłużyło na publikację jedynie jako zamach na ważną osobę, natomiast nie jako kontynuacja tragicznej historii narodu serbskiego. W efekcie głównymi zainteresowanymi zbrodnią pozostają Serbowie, bowiem ani Europa, ani Stany Zjednoczone już o nich nie pamiętają.
Jest sporo przykładów narodów telewizyjnych. Kto się upomina o Tybetańczyków? Ile czasu temu nękanemu od dziesięcioleci narodowi poświęca się w wiadomościach? Odpowiedź brzmi: kilka lakonicznych zdań odnotowujących kolejna wizytę Dalaj Lamy u znanych osobistości. Gdy jednak jeden z największych polskich dzienników zorganizował akcję wysyłania apeli do Ambasady Chin w Polsce, odzew był tak wielki, że elektroniczna skrzynka Ambasadora została zablokowana. Już raz rząd ChRL, znany ze swej nieustępliwości, zwolnił (po wieloletnim więzieniu) Ngałang Sandrol – mniszkę uważaną za ważną duchową przywódczynię Tybetańczyków, a jednocześnie niebezpiecznego wroga władz komunistycznych. Najważniejsze dla nas jest jednak to, że Pekin uczynił to właśnie po silnych naciskach opinii światowej. Zwolennicy twardej polityki, w której liczą się prawie wyłącznie argumenty militarne i ekonomiczne, z biegiem czasu muszą weryfikować swoje poglądy. Od niewinnego plebiscytu Eurowizji, gdzie każdy posiadacz telefonu komórkowego może zagłosować na swoich ulubieńców, po referendum Irlandczyków w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej – widzimy jak międzynarodowa społeczność nie tylko ogarnia swoją uwagą międzynarodowe wydarzenia, ale również posiada coraz większy na nie wpływ. Zarazem najważniejszym kryterium w światowym wywieraniu nacisku stał się cenzus komunikacji, dostępu do mediów.
Zdali sobie z tego sprawę Afgańczycy, którzy wkrótce po zakończonych działaniach wojennych Amerykanów wprost zniknęli z naszego pola widzenia. Niezwykłą szansą, by owo milczenie przełamać, okazały się lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Paryżu, gdzie reprezentantka Afganistanu, muzułmanka ubrana we flanelową koszulę i długie dresowe spodnie, przebiegła dystans stu metrów, oczywiście plasując się na ostatniej pozycji. Wynik nie był tu rzeczą najważniejszą, co doskonale wiedzieli afgańscy szkoleniowcy – wszak nie wysłano zawodniczki osiągającej najlepsze rezultaty, lecz tę, która jako jedyna w reprezentacji płynnie mówiła po angielsku. Natychmiast też przyciągnęła uwagę dziennikarzy, a świat błyskawicznie dowiedział się o jej wyczynie i raz jeszcze podniosły się dyskusje o pozycji kobiety w islamie. W ten sposób Afganistan przynajmniej na chwilę skupił na sobie wzrok publiczności, choć z pewnością w rywalizacji o czas antenowy przegrywa z Irakiem. Tę nierówną walkę podjęła Liberia i tylko dzięki swemu pokrewieństwu z Ameryką zdołała wreszcie zagościć w telewizji. Podobne, trudne zadanie czeka także Kurdów i jeśli nie wykorzystają obecnej szansy na zaistnienie w mediach, wciąż będą najliczniejszym narodem bez państwa.
Poniekąd rozumiemy, że taka jest brutalna logika ulotnego istnienia narodów telewizyjnych. Jesteśmy zmęczeni jedną wojną, przenosimy uwagę na inną. Pozostaje pytanie, dlaczego media nie wykorzystują tego samego mechanizmu do ponownego zainteresowania nas tymi sprawami. Odpowiedź na to wykracza jednak poza ramy tej pracy. Starałem się pokazać, jak w erze globalizacji funkcjonują narody telewizyjne i jak groteskowe są ich efemeryczne, medialne wizerunki w porównaniu z długotrwałymi, fizycznymi krzywdami doznawanymi przez ich obywateli. Zupełnie jak gnębieni czystkami etnicznymi Czeczeni, którzy w marcu 2003 roku w referendum przeprowadzonym pod lufami automatów zgodzili się na przyłączenie ojczyzny do Federacji Rosyjskiej (Forum 2003, s. 19). Bez nagłośnienia.

„Besłan – pytam – kogo oni jeszcze bombardują? – Sam już nie wiem – odpowiada – czasami myślę, że w Groznym pozostali już tylko rosyjscy cywile, więc pewnie mordują swoich…”

Bibliografia:

Bauman Zygmunt, 2001, Globalizacja, PIW, Warszawa.
Robertson Roland, 1995, Glocalization: Time – Space and Homogeneity – Heterogeneity, w: R. Robertson (red.), Global Modernities, Thousand Oaks, Londyn.
Strzałka Jan, 2000, Każdy dzień to żałoba, Polska Akcja Humanitarna, www.pah.ids.pl.
Forum, 2003, nr 35, „Polityka” Spółdzielnia Pracy, Warszawa.